Model tak zwanego Kościoła otwartego jest dziś jedynym, dzięki któremu katolicy mogą skutecznie pełnić swą misję.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 1/2013.

Przy okazji jubileuszu 50. rocznicy rozpoczęcia obrad II Soboru Watykańskiego rozgorzała w Polsce emocjonalna dyskusja na temat zjawiska nazywanego Kościołem otwartym. Wielu polemistów przywoływało tę rzeczywistość jako przykład błędnego zrozumienia soborowych reform. Mówiono często, że ojcowie Vaticanum II mieli zupełnie inne intencje, a owa podnoszona na soborze otwartość Kościoła wobec współczesnego świata została wymyślona lub przeinaczona w kolejnych dziesięcioleciach. W tych okolicznościach warto przyjrzeć się sprawie, odwołując się do świadectwa spisanego tuż przed i w trakcie obrad soboru. Świadectwo to jest o tyle istotne, że jego autor – Juliusz Eska – uważany jest za człowieka, który termin „Kościół otwarty” jeśli nie ukuł, to spopularyzował w polskiej publicystyce. Jego książka o tym samym tytule – wydana w Bibliotece „Więzi” w roku 1964 – została oddana do druku w grudniu 1963 r., a więc prawie dokładnie 50 lat temu.

Juliusz Eska (ur. 1927) należał do pokolenia, które dojrzewało podczas wojny. Walczył w Powstaniu Warszawskim w szeregach zgrupowania „Paweł”, batalionu „Antoni”. Od 1958 roku członek redakcji, a następnie wieloletni zastępca redaktora naczelnego „Więzi”. To z pracy w tej redakcji zrodził się pomysł na książkę. Tom zatytułowany „Kościół otwarty” wedle intencji autora był odpowiedzią na wezwanie Kościoła skierowane do wiernych świeckich, by włączyli się w toczoną wokół soboru dyskusję. „Nie należy pozostawać tylko biernym świadkiem wydarzeń decydujących o przyszłości chrześcijaństwa” – czytamy we wstępie. Przy tej okazji wyraźnie zostaje zaznaczona pierwsza zdobycz tego wyjątkowego czasu: Watykan oficjalnie uznał prawo laikatu do posiadania i publicznego wyrażania własnej opinii o Kościele. Tym samym głos świeckich w tej debacie stał się potrzebny. Z dzisiejszej perspektywy ten fakt może nam się wydawać czymś oczywistym. W pierwszej połowie lat 60. tak jednak nie było, dlatego zapewne katolicki publicysta eksponuje tę sprawę już na początku swej książki.

Dzieło Eski nie jest głosem teologa, lecz – jak sam zaznacza – publicysty, którego po prostu interesują problemy Kościoła i religii. Na zawartość tomu składają się teksty powstałe na przestrzeni sześciu lat pracy. Biorąc pod uwagę fakt, że papież Jan XXIII ujawnił intencję zwołania nowego soboru powszechnego już w 1958 roku, można założyć, że wszystkie teksty były pisane w perspektywie przygotowań do tego epokowego wydarzenia lub podczas trwania pierwszych dwóch jego sesji. Autor miał zatem okazję zapoznać się nie tylko z materiałami przygotowawczymi, śledzić literaturę i dyskusję z tego czasu, ale również przeczytać słynne i zaskakujące wówczas orędzie ojców soborowych z 20 października 1962 r., skierowane do świata, a zawierające m.in. deklarację o pożegnaniu Kościoła z triumfalizmem i mówiące, że Kościół ma służyć ludziom, ma obowiązek troszczyć się o godność osoby ludzkiej, o pokój ludów i sprawiedliwość społeczną. Był to też okres, w którym swój pontyfikat rozpoczął Paweł VI, kiedy w obradach uczestniczyli świeccy audytorzy i kiedy dyskusja dotyczyła m.in. schematów o liturgii, Kościele, laikacie i o ekumenizmie. Warto pamiętać, że Juliusz Eska pisząc „Kościół otwarty”, nie mógł znać całości nauczania soborowego ani jego najważniejszych dokumentów.

Wychodzenie z zakrystii

Wspomniana dyskusja wokół soboru, jaka odbywa się aktualnie z okazji rocznicy jego rozpoczęcia, uwypukliła kilka tez przypisywanych nurtowi Kościoła otwartego. Twierdzi się między innymi, że ludzie tego nurtu uznają Vaticanum Secundum za tak ważne i wyjątkowe wydarzenie, że to, co było przed nim, nie zasługuje na zbyt wielką uwagę. Druga teza zakłada, że wszystko, co dobre w reformie ostatnich dziesięcioleci wzięło się bezpośrednio z soboru. Trzecia teza jest oskarżeniem, że w kręgach katolicyzmu otwartego rozumiano soborowe aggiornamento opacznie – jako upodobnienie Kościoła do współczesnego świata ze wszystkimi złymi tego konsekwencjami.

Wszystkie te tematy znajdują swoje miejsce na kartach książki Juliusza Eski. Jego zdaniem prąd wielkiej odnowy rozpoczął się wraz z pontyfikatem Leona XIII (1878-1903). W XIX wieku rozdźwięk pomiędzy katolicyzmem a historią osiągnął punkt szczytowy. Na tle tego, co było wówczas wyrazem postępu, Kościół wydawał się martwy i anachroniczny. Katolicyzm nie był już siłą inspirującą rozwój społeczny i cywilizacyjny, a wielkie procesy zmian na świecie dokonywały się poza nim i bez niego. Efekt był taki, że kraje przodujące w cywilizacyjnych zmianach, zaczęły szybko laicyzować się. Leon XIII zrozumiał to i zainicjował dość szeroko zakrojoną reformę „wychodzenia z zakrystii” oraz „odnowy Kościoła w głowie i członkach”. Ten prąd reformatorski trwał aż do końca lat 40. XX wieku. Eska uważa, że niedocenianie tego okresu jest poważnym błędem. Dokonano bowiem wówczas ogromnej pracy, bez której dzieło II Soboru Watykańskiego w ogóle nie byłoby możliwe. Warto przypomnieć, że właśnie w tym czasie nastąpiło istotne ożywienie teologii dogmatycznej, nauk biblijnych i filozofii chrześcijańskiej. Dzięki temu mógł się rozpocząć jakikolwiek dialog między wiarą a ówczesną nauką. Rozwinął się też ruch liturgiczny, a duszpasterstwo zaczęto specjalizować. Wtedy też powstały pierwsze ważne organizacje zrzeszające świeckich, z Akcją Katolicką na czele.

Wielkie znaczenie miały też liczne w tym czasie wypowiedzi i dokumenty papieży, szczególnie Piusa XI i Piusa XII, poświęcone zastosowaniu etyki chrześcijańskiej w różnych dziedzinach życia kultury i społeczeństwa. Wraz z tą pierwszą falą reform i otwarciem drzwi Kościoła niespodziewanie ukazała się skala problemów, której nikt się nawet nie domyślał. Nie dlatego, że ich wcześniej nie było, ale dlatego, że dopiero „wyjście z zakrystii” te problemy z całą mocą ujawniło.

Redaktor „Więzi” docenia te wszystkie zmiany, choć zaznacza, że Kościół nadal nie tyle czuł się związany ze światem w jego dziejowej drodze, ile traktował go jako teren podboju. Z drugiej strony właśnie te zmiany po II wojnie światowej sprawiły, że później było możliwe powstanie „Wielkiej Odnowy” (sam Eska używał tu wielkich liter). W tym bowiem czasie Kościół został postawiony w zupełnie nowej sytuacji dziejowej. Poza zmianami technologicznymi i cywilizacyjnymi – które jeszcze bardziej przyspieszyły – pojawiły się takie wyzwania jak: powstanie państw socjalistycznych z programowym ateizmem w krajach tradycyjnie katolickich, upadek kolonializmu i tworzenie niepodległych niechrześcijańskich państw, wzrost znaczenia tzw. trzeciego świata oraz rozwój świadomości społecznej milionów ludzi z krajów zacofanych, którzy oskarżali Kościół o kolaborację z warstwami uprzywilejowanymi.

To również w tym czasie rodził się z wolna otwarty stosunek do świata, nacechowany rzeczywistą i konsekwentną afirmacją wszystkiego, co jest w nim wartościowe, a także powstawały podstawy nowego rozumienia roli laikatu w Kościele. Świeccy, którzy mieli być początkowo tylko przedmiotem wychowania i wykonawcami dyrektyw Watykanu, stawali się sami podmiotem przemian. To z tego nurtu zrodził się „prąd Wielkiej Odnowy”, który – powiedzmy to jasno – był wówczas w ogromnej mniejszości. Dopiero pontyfikat Jana XXIII przyniósł zasadniczy przełom. Zasługą tego papieża, który za swoją dewizę uznał hasło: accomodata renovatio, jest oficjalne otwarcie drzwi Kościoła dla nowego myślenia. Jan XXIII dzieło odnowy wziął sobie na tyle do serca, że zwołał nowy sobór powszechny. A do obrad przystąpili kardynałowie i biskupi reformatorzy w na tyle licznej grupie, by stanowić głos wyraźny i znaczący.

Nie wszystko zatem zaczęło się na Vaticanum II i nie wszystko, co wcześniejsze, nie jest godne uwagi – podkreśla Juliusz Eska. Ale jednocześnie daje wyraz przekonaniu, że trwający sobór jest w jakimś sensie wyjątkowy. Jego zdaniem nie było w historii Kościoła reformy sięgającej tak głęboko, dotykającej zagadnień tak fundamentalnych, a zarazem równie szerokiej i powszechnej w zakresie objętych nią spraw i problemów. Za jej wyjątkowością przemawia też nie mająca precedensu głębia historycznego rachunku sumienia, jaki Kościół wówczas przeprowadził w stosunku do przeszłości oraz teraźniejszości. Jak to trafnie ujął Paweł VI, Kościół musiał na nowo zdobyć świadomość samego siebie i dopiero z tej samoświadomości wyprowadzić współczesny kształt, który miał lepiej wyrazić jego istotne cechy oraz jego misję. Był to więc zarazem powrót do źródeł, pogłębienie samowiedzy i dostosowanie – nie tyle do świata w ogóle,  ile do jego potrzeb, a to spora różnica. Na soborze Kościół chciał lepiej i głębiej zrozumieć swą istotę, aby na nowo ułożyć swoje stosunki ze światem, nie odwracając się od niego, lecz afirmując i uświęcając rozwój historii.

Harmonia tradycji i współczesności

Czym zatem ma być owo dostosowanie do potrzeb nowego świata, do współczesności? To pytanie zadaje sobie Juliusz Eska, a z perspektywy początku XXI wieku widzimy, że formułuje je niejako w naszym imieniu. Do dziś bowiem spieramy się o to, jak dalece nasz katolicyzm winien się uwspółcześniać. 

Czy wystarczy zainstalować sprzęt nagłaśniający w barokowej świątyni lub wybudować kaplicę w stylu Corbusiera? Czy księża z mandoliną i zakonnice na skuterach to jest ta współczesność, o którą nam chodzi? – pyta autor. Czy może raczej mamy na myśli działalność w stylu Abbé Pierre’a lub Małych Braci od Karola de Foucauld? I w końcu – czy wystarczy zmienić język i metody działania, by już wchodzić w dialog ze światem? Eska odpowiada na to pytanie negatywnie. Takie uproszczone podejście nazywa wprost wulgaryzacją prawdy o uniwersalizmie Kościoła. Sama zmiana języka i metod nie sprawi, że Kościół wejdzie w dialog z nową epoką. Formy zewnętrzne są ważne, ale nie one stanowią istotę problemu. Ta, według redaktora „Więzi”, polega na nieustannej pracy nad zrozumieniem i uświęceniem konkretnych ludzi, konkretnego życia, tkwiącego w określonych sytuacjach w określonym czasie. Dopiero z tego zrozumienia winny rodzić się specyficzne formy i język. Wszelkie nowości w Kościele mają być przejawami tego procesu uwspółcześniania. Jeśli nie są jego ogniwami, może się okazać, że są zbędne lub wręcz szkodliwe.

Żadna nowa epoka nie przekreśla wszystkiego, co zbudowały poprzednie. Współczesność charakteryzuje zawsze pewne połączenie tradycji z nowoczesnością, a harmonia tego połączenia jest decydująca

Dla Juliusza Eski praca Małych Braci od Karola de Foucauld jest dobrym przykładem dostosowywania Kościoła do potrzeb nowych czasów. Ich sukces nie bierze się z faktu, że mówią do ludzi innym językiem, ale stąd, że swoim życiem codziennym pośród ludzi starają się ich zrozumieć, a swoją obecnością i modlitwą uświęcać. Język, który dociera do ludzi, bierze się właśnie z tej codziennej pracy. Bez niej byłby martwy. Czy oznacza to w takim razie, że teraz wszystkich księży trzeba upodobnić do Małych Braci? Absolutnie nie. Eska jest orędownikiem tradycji oraz jej ciągłości. Żadna nowa epoka nie przekreśla wszystkiego, co zbudowały poprzednie. Współczesność charakteryzuje zawsze pewne połączenie tradycji z nowoczesnością, a harmonia tego połączenia jest decydująca. Także współczesność Kościoła winna być taką harmonią tradycji i nowoczesności. Nieustanne uwspółcześnianie katolicyzmu ma opierać się na tej harmonii. Tradycyjnych zakonów nie trzeba więc odsyłać do lamusa, lecz wymagać od nich wysiłku zrozumienia współczesności i uświęcania konkretnych ludzi oraz takiego połączenia  tradycji z nowoczesnością, by nie zachwiało to im właściwej harmonii.

Co ciekawe, autor uważa, że główny ciężar procesu uwspółcześniania Kościoła spoczywa na laikacie. Hierarchia w nim naturalnie uczestniczy, ale jej funkcja jest raczej regulująca.

Apostolstwo obecności

Tu dochodzimy do istoty sprawy, czyli do tego, jaki powinien być współczesny Kościół. Juliusz Eska nie ma wątpliwości, że przede wszystkim otwarty. I opisuje, czym  – jego zdaniem – ma się charakteryzować postawa otwarta. Po pierwsze, gotowością na nieustanną i jednoczesną konfrontację z najczystszym źródłem wiary – Ewangelią oraz ze współczesnym światem, na zasadach, o których była mowa wyżej. Ta permanentna konfrontacja może dać nieoczekiwane efekty, wydobywając nowe aspekty prawd, wydawałoby się, dobrze znanych, ukazać je w nowym świetle czy też rozszerzyć horyzonty. Po drugie, postawa otwarta oznacza taką ocenę współczesnego człowieka, w której każdy wierzący jest zarazem po trosze ateistą – ponieważ żyje w świecie w dużej mierze ateistycznym – a każdy ateista w społeczeństwie o silnych tradycjach religijnych jest prawie zawsze po trosze chrześcijaninem. Wydaje się, że ten opis dość dobrze przystaje do aktualnej sytuacji w Polsce.

Kościół ma obowiązek ten świat rozumieć oraz mieć swój udział we współodpowiedzialności za jego rozwój. Musi więc być wobec niego otwarty

Nasza współczesność jest niezwykle pluralistyczna. Chrześcijaństwo przestało być religią nadającą ton światowym przemianom. Laicyzacja, wpływ prądów społecznych o inspiracjach niereligijnych oraz wzrost znaczenia społeczeństw niechrześcijańskich zrodziły w światowej skali układ wielowymiarowy. Układ ten ustawił katolicyzm w roli równorzędnego partnera innych religii oraz wiodących idei, partnera, który nie może liczyć na żadne przywileje. Postawa otwarta akceptuje tę sytuację, nie obraża się na nią, lecz odczytuje ją jako znak przeorientowania misji Kościoła. Od znanej wszystkim metafory Kościoła pielgrzymującego przez świat przechodzimy do innego, nie mniej ważnego aspektu: Kościoła pielgrzymującego razem ze światem. Kościół ma służyć światu siłą swej prawdy i łaski w drodze doczesnej i nadprzyrodzonej – ku jego uświęceniu i zbawieniu. Dlatego Kościół ma obowiązek ten świat rozumieć oraz mieć swój udział we współodpowiedzialności za jego rozwój. Musi więc być wobec niego otwarty.

Misja Kościoła wobec współczesnego człowieka polega na zwróceniu go ku Chrystusowi i jego ostatecznemu celowi, na dopomaganiu mu w jego drodze do Boga. Jeśli z jakichś przyczyn cel ten nie jest w danym momencie możliwy do osiągnięcia, misja ta polega na tym, by życie człowieka było przynajmniej dobre, choćby miało nawet być przy tym oparte o światopogląd niereligijny – uważa Eska. Ideałem chrześcijańskim jest oczywiście społeczeństwo, w którym wszyscy są osobami wierzącymi. W dzisiejszej praktyce chodzi o dążenie do tego ideału, a tam, gdzie się to nie udaje, by to społeczeństwo było przynajmniej „naturalnie chrześcijańskie” – czyli sprawiedliwe, takie, w którym ludzie mogliby być bezpieczni i szczęśliwi, w którym znaleźliby swobodne warunki do rozwoju, również w wymiarze religijnym. Takie prowadzenie ludzi do Boga, czy też do – po Bożemu pojętego – dobra, wymaga dobrej znajomości obiektywnych warunków, potrzeb i uwarunkowań społecznych, w których ci ludzie żyją oraz problemów, z jakimi się borykają. Dlatego Kościół winien być blisko ludzi, nie tylko tych wierzących. I w końcu – podkreśla autor – winien tych ludzi pokochać takich, jakimi są, tego wymaga postawa otwarta.

Przechodząc do poziomu konkretu i sposobu pełnienia misji Kościoła, całe współczesne doświadczenie chrześcijaństwa wskazuje, że jedyną misją, jaką współczesny świat jest zdolny przyjąć jest podzielanie z nim trudu jego sytuacji, warunków egzystencji oraz współudział w rozwiązywaniu problemów, które przed nim stoją – pisał publicysta „Więzi” 50 lat temu. Nie pouczanie z zewnętrznych pozycji autorytetu, ale pójście razem i apostolstwo obecności. To jedyna droga, na której Kościół może pokazać ludziom Boga i pomóc im Go prawdziwie odnaleźć. Egzystencjalne świadectwo będzie skuteczniejsze niż racje słowne.

Postawa otwarta oznaczać ma również gotowość do aktywnego udziału świeckich w społecznym i politycznym życiu pluralistycznego społeczeństwa, nawet jeśli jest w nim sporo zła i zakłamania. W odniesieniu zaś do hierarchii i kleru Eska przypomina nauczanie Jana XXIII i jego politykę tak zwanego aktywnego neutralizmu. Chodziło w niej o pozytywne zaangażowanie bez utożsamiania się z żadną stroną politycznego sporu. Jest to o tyle ważne, że Kościół ma tu również kolejne zadanie do spełnienia: budowanie jedności społeczeństwa. Naturalnie biskupi wielokrotnie będą krytykować takie czy inne fakty społeczne oraz tych czy innych polityków. Otwartość w tym wypadku zakłada, że nie wolno dopuścić do „koegzystencji plecami”. Jedność społeczeństwa jest w kategoriach chrześcijańskich dobrem moralnym, do którego Kościół powinien nieustannie dążyć.

Autor stosuje również kategorię otwartości do wyznawców innych wyznań i religii. Proponuje traktować ich jako partnerów wspólnej służby wobec ogólnoludzkiej społeczności. Tym, co może nas łączyć, jest nie tylko wiara w jedynego Boga. Płaszczyzna wspólnoty jest o wiele szersza. Obejmuje już nie tylko ludzi wierzących, ale w ogóle wszystkich, którzy zachowali wiarę w istnienie wartości moralnych. Elementem łączącym jest przeciwstawienie się materializmowi oraz walka o miejsce dla wszystkich wartości, których uznanie i którym służenie sprawia, że człowiek pozostaje naprawdę człowiekiem.

Aktywne towarzyszenie

Fakt, że wyznawcy innych wyznań czy religii oraz ludzie dobrej woli są dziś sprzymierzeńcami katolicyzmu otwartego nie oznacza od razu, że ci sami ludzie przestają być terenem misji Kościoła. Istotne jest tu jednak właściwe jej zrozumienie. W tym kontekście Juliusz Eska przywołuje Karla Rahnera, jednego z głównych teologów odnowy, i jego tezę mówiącą, że Kościół istniał zawsze w warunkach diaspory, ponieważ jest to przeznaczony mu przez Boga stan naturalny. Zatem naturalnym jego stanem jest rozproszenie i pielgrzymowanie ze światem. To z kolei oznacza, że Kościół wszędzie i zawsze będzie miał misyjny charakter.

Zanim autor przejdzie do precyzyjnego wyjaśnienia, czym ma być nowy apostolat, stawia dwie tezy wypływające z otwartego pojmowania katolicyzmu. Pierwsza z niech mówi, że Kościół nie jest dla siebie, ale dla ludzi. Druga natomiast, że od Kościoła-instytucji ważniejszy jest Kościół duchowy, obejmujący w mistyczny sposób wszystkich ludzi dobrej woli i że misją Kościoła widzialnego jest również troska o cały ów niewidzialny Kościół.

W pierwszych dekadach XXI w. widzimy jasno, że Kościół faktycznie ma postać diaspory, także w Polsce. Na co dzień stykamy się z postawami ateistycznymi, antyklerykalnymi czy też przesiąkniętymi materializmem. Eska zadaje sobie pytanie, jak w takich okolicznościach winien wyglądać nasz katolicki apostolat. Według niego podstawą otwartego rozumienia misji Kościoła wobec współczesnego człowieka i społeczeństwa jest pewien rodzaj optymizmu. A dokładnie: przeświadczenie, że człowiek nie jest przez grzech pierworodny odwrócony całkowicie od dobra, a tylko wewnętrznie skłócony; że pomimo grzechu posiada naturalne dążenie do dobra i prawdy, choć oczywiście jest ono hamowane przez skłonność do łatwizny. W konsekwencji ani poszczególne osoby, ani kultury, cywilizacje czy ustroje społeczne nie są absolutnie złe, czy też absolutnie dobre. Zadanie Kościoła nie polega na ich totalnym osądzaniu czy klasyfikowaniu na podstawie wyznaczników: dobry–zły lub katolicki–niekatolicki. Zadanie to polega na dostrzeżeniu tych dobrych wartości, choćby były ukryte, wydobyciu ich i budowaniu na nich, nawet jeśli miałyby rodowód pozachrześcijański.

Postawa otwarta świadomie rezygnuje ze środków bogatych, nacechowanych siłą czy też wzbudzaniem strachu. Nie tylko dlatego, że nie szanują one godności człowieka, ale również dlatego, że sprzeciwiają się one naturze samej wiary, której istota leży w świadomym i wolnym akcie. Stąd tak ważne jest dążenie do tego, by człowiek – o ile to możliwe – stał się najpierw wolny, zanim zostanie prawdziwym chrześcijaninem.

Pojęciu misji ograniczającej swą funkcję do prowadzenia ku sakramentom, Eska przeciwstawia misję rozumianą jako chrystianizację dogłębną. Skoro zadaniem Kościoła jest prowadzenie ludzi do Boga tak blisko, jak to jest możliwe, to nie w każdym przypadku musi to być od razu doprowadzenie do regularnych praktyk religijnych. Z czego wcale nie wynika, że misja była bezowocna. W pierwszym rzędzie ważniejszy wydaje się taki apostolat, który skłania lub dopomaga w rozwoju tkwiących już w człowieku wartości w sposób zgodny z jego osobistym rozwojem, w zgodzie z jego aktualnymi potrzebami i jego aktualną sytuacją życiową. Dopiero później z rozwoju tych wartości może się zrodzić potrzeba szukania coraz to większego dobra i większej prawdy, a na tym gruncie Bóg może wzbudzić łaskę autentycznej wiary. To właśnie jest owo towarzyszenie Kościoła człowiekowi i społeczeństwu.

Takie otwarte podejście do apostolatu rezygnuje z łatwych rad i rozwiązań typu: nawróć się na katolicyzm, a wszystko będzie dobrze, czy też: zacznij chodzić do kościoła, a twoje problemy znikną. Postawa otwarta wobec wyznawcy innego wyznania czy innej religii w praktyce będzie oznaczała postulat, aby człowiek ten pozostawał wierny wskazaniom swojej wiary i w jej ramach się doskonalił. W stosunku do niewierzącego – by rozwijał w sobie wartości humanistyczne. Wobec społeczeństwa – aby stopniowo wzrastało w wolności i sprawiedliwości. Autor „Kościoła otwartego” przyszłość widzi nie we wzorze apostoła-działacza, apostoła-łowcy dusz, który przykazanie miłości traktował de facto jako taktykę misyjną, a nie jako najwyższą wartość samą w sobie. Przyszłość należy do zwykłych chrześcijan, kierujących się zasadami otwartości. Dlatego głównym zadaniem Kościoła jest dziś nie formowanie misjonarzy, ale przede wszystkim gruntowna formacja laikatu, kształtowanie katolików na prawdziwych chrześcijan, a co za tym idzie – na prawdziwych apostołów.

Juliusz Eska nie kryje przekonania, że odpowiednio pojęta idea Kościoła otwartego jest dziś jedynym modelem, dzięki któremu katolicy mogą skutecznie pełnić swą misję w świecie i w nim egzystować. Choć postawa otwarta jest nurtem, który w Kościele był od zawsze, II Sobór Watykański dowartościował ją i uczynił naczelnym zadaniem na nowe czasy. Autor przestrzega przy tym przed dwoma niebezpieczeństwami. Po pierwsze, by pojęcia Kościoła otwartego nie ograniczać nigdy do żadnego konkretnego środowiska, gdyż na otwartość monopolu nie posiada żadna organizacja, instytucja ani ruch. Po drugie, by za wszelką cenę wystrzegać się zbanalizowania treści tego określenia. Rzecz w tym, aby otwartość nie oznaczała schlebiania aktualnej modzie, lecz coś o wiele głębszego – wierność przesłaniu Ewangelii, którym się przede wszystkim żyje.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 1/2013.