Prawica cynicznie wykorzystuje do walki politycznej troskę rodziców o dzieci i nakręca nastroje homofobiczne. Kłopot w tym, że również deklaracja prezydenta Trzaskowskiego raczej pogłębia problem, niż prowadzi do rozwiązania.

Jak już się narażać, wyrażając opinie w sprawach publicznych, to konsekwentnie wszystkim. No, może prawie wszystkim. Inaczej nie potrafię. Faktem jest po prostu, że to, co mam do powiedzenia w związku z wybuchem nowej polskiej wojny kulturowej, idzie nie pod jeden prąd, ale pod wiele różnych prądów.

Nie ma innej możliwości, niż omówić rzecz chronologicznie – zaczynając od deklaracji prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego „Warszawska polityka miejska na rzecz społeczności LGBT+”, podpisanej 18 lutego, zwanej też warszawską kartą LGBT+.

Nowe sankcje?

Czy problem dyskryminacji osób nieheteronormatywnych w Polsce istnieje? Tak, poza wszelką dyskusją. Czy istnieje także w Warszawie? Tak, choć w skali mniejszej niż w małych miejscowościach, gdzie dużo większa jest siła społecznego ostracyzmu. Czy zatem potrzebne są działania podejmowane przez samorządy na rzecz przezwyciężania krzywdzących stereotypów i społecznej dyskryminacji w tej dziedzinie? Tak.

Czy warszawska karta LGBT+ jest dobrym działaniem podjętym w tym kierunku? Nie. Z kilku istotnych powodów uważam ten dokument za błąd i merytoryczny, i polityczny.

Dorośli toczą ideologiczne spory, a najczęstszym źródłem wiedzy o seksie dla dzieci i młodzieży stały się filmy pornograficzne

Po pierwsze, karta jest przede wszystkim niejasna. Zawiera wiele słusznych haseł, jak odrzucenie dyskryminacji, nienawiści i przemocy. Wprowadza jednak nie tylko inicjatywy potrzebne i zrozumiałe, jak monitoring przestępstw, walka z przejawami niechęci wobec osób nieheteronormatywnych czy wsparcie psychologiczne dla nich, lecz także rozwiązania, które można rozumieć wieloznacznie. Niekiedy w dokumentach dotyczących polityki publicznej możliwość różnorakiej interpretacji bywa zaletą (bo pozwala budować kompromisy) – w tym, tak delikatnym przypadku jest jednak wadą. Rodzi bowiem naturalne i zrozumiałe pytania. Skoro bowiem sam dokument może być interpretowany różnie, to wszystko zaczyna zależeć od tego, kto będzie go interpretował. A nie o to powinno chodzić w spójnej odpowiedzialnej polityce.

Pierwszy z brzegu przykład niejasności karty: prezydent Trzaskowski specjalnie podkreślił 11 marca (prawie miesiąc po podpisaniu karty), że edukacja, o której mowa w dokumencie, to w warszawskich szkołach „lekcje dla chętnych – dodatkowe, nieobowiązkowe i za zgodą rodziców”. To bardzo potrzebne wyjaśnienie. Tylko dlaczego nie ma takich stwierdzeń od początku w samej Karcie? Nie trzeba przecież wcale było wielkiej wyobraźni, żeby przewidzieć w tej sferze spore wątpliwości niektórych rodziców. A podkreślenie roli rodziców byłoby zgodne i z polskim prawem, i ze standardami WHO (które, wbrew przekonaniu polskiej prawicy, tę pierwszorzędną rolę rodziców podtrzymują). Nowy prezydent Warszawy wybrał jednak inną drogę: najpierw podpisał niejasne sformułowania karty, a później zamieszczał sprostowania na Facebooku (nie muszę wyjaśniać, że wpis na FB nie ma statusu oficjalnego dokumentu, a karta nim jest). Roztropny polityk takich sytuacji powinien unikać.

Inny przykład: co oznacza zapowiedź stosowania „sankcji” wobec kontrahentów miasta za nieprzestrzeganie klauzul antydyskryminacyjnych? Nie podejrzewam, aby dokument antydyskryminacyjny zapowiadał wprowadzenie nowej formy dyskryminacji wobec firm i instytucji współpracujących z miastem – i to w oparciu o przesłankę światopoglądową. Na pewno można jednak różnie takie stwierdzenia interpretować – a w samym dokumencie kilkakrotnie wprost mowa jest o zamiarze doprowadzenia do pożądanej zmiany kulturowej („Warszawa […] musi to zmienić”)? A proces wprowadzania klauzul antydyskryminacyjnych rozpoczął się nazajutrz po podpisaniu karty.

Przed wyborami, po wyborach

Po drugie, warszawski dokument antydyskryminacyjny opiera się na podejściu wycinkowym, a nie całościowym. Tym się na przykład różni od gdańskiego Modelu na rzecz równego traktowania, przyjętego w czerwcu 2018 roku, pod koniec poprzedniej kadencji prezydenta Pawła Adamowicza, że traktuje wyłącznie o problemach zgłaszanych przez jedno środowisko. W Gdańsku tymczasem (choć i tam prace nie były wolne od nacisków ideologicznych) zaprezentowano podejście całościowe – z rozdziałami poświęconymi np. dyskryminacji ze względu na niepełnosprawność, wiek, religię czy światopogląd. W Warszawie jedna z wielu przesłanek dyskryminacyjnych została potraktowana w sposób uprzywilejowany i priorytetowy. Dlaczego tak postanowił prezydent Warszawy – wystarczająco nie wyjaśniono.

Po trzecie, jest to dokument przyjęty mało demokratycznie. Prezydent Trzaskowski – jak każdy polityk – znajduje się pod naciskiem rozmaitych lobbies. Przed wyborami samorządowymi unikał kontaktu z organizacjami grupującymi osoby nieheteronormatywne. Z ich strony usłyszał wtedy: „Ma pan 160 stron programu wyborczego, a w nim ani jednego słowa o społeczności i osobach LGBT+. Sprawdziliśmy, «homo» pada jedynie w słowie «nieruchomości». LGBT+, równość, antydyskryminacja – nie pojawiają się ani razu. Obok pana programu wyborczego powstawała jednak deklaracja programowa dotycząca społeczności i osób LGBT+. Zdecydowanie uzupełnia pana program. Przypominamy ją, załączając poniżej”.

Po wyborach jednak ta właśnie deklaracja programowa (z niewielkimi zmianami) stała się oficjalnym dokumentem prezydenta miasta stołecznego Warszawy. Deklaracja zawiera stwierdzenie, że została wypracowana „w dialogu ze społecznością LGBT+”. Powstała „na bazie programu samorządowego dla społeczności LGBT+ Stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza”, a następnie w pracach nad zapisami deklaracji „uczestniczyli członkowie i członkinie Branżowej Komisji Dialogu Społecznego ds. Równego Traktowania”. Skład personalny tej komisji (dostępny tutaj) daleki jest jednak od realnego odzwierciedlenia różnorodności warszawiaków pod względem ideowym.

Bezstronność światopoglądowa?

To wskazuje na kluczowy problem ideowy. Autorzy i sygnatariusze karty (czyżby i sam prezydent Trzaskowski?) ignorują fakt, że wokół seksualności toczą się spory o charakterze moralnym i światopoglądowym – czyli spory nierozstrzygalne. W takich zaś sporach władza samorządowa powinna zachowywać neutralność. W przypadku promowania karty LGBT+ mamy do czynienia, w moim przekonaniu, z naruszeniem światopoglądowej bezstronności, jakiej należy oczekiwać od władzy publicznej.

Przygotowanie mądrej kompleksowej edukacji seksualnej, możliwej do prowadzenia w społeczeństwie wieloświatopoglądowym, jest jeszcze daleko przed nami

W związku ze współistnieniem różnych podejść do ludzkiej płciowości i seksualności (zwłaszcza różnych wizji moralności) miasto nie powinno stawać się stronnikiem któregokolwiek z ujęć. Tym bardziej nie powinno ich wartościować. A wydaje mi się, że warszawska karta milcząco uznaje jeden model rozumienia człowieka za słuszny i prawdziwy, ignorując fakt, że istnieją modele odmienne (niewłaściwe? przestarzałe?). W dokonujących się przemianach kulturowych zrozumiałe jest dążenie każdego z nurtów do absolutyzacji własnego podejścia. Z pewnością jednak istnieje współcześnie więcej niż jeden dopuszczalny sposób myślenia na ten temat (różne współczesne modele rozumienia erotyki analizuję od lat – zob. choćby artykuł „All You Need is Sex?” z roku 2008).

Deklaracja jest też błędem politycznym Rafała Trzaskowskiego. Jest ona, co prawda, realizacją jego partyjnych lokalnych zobowiązań koalicyjnych, które wyraziły się także w powołaniu Pawła Rabieja na wiceprezydenta. Zarazem jednak dokument ten – m.in. przez swoje przedstawione wyżej słabości, choć zdecydowanie nie tylko z tego powodu – łatwo mógł stać się wodą na młyn tych ugrupowań politycznych, które w polityce ogólnopolskiej usiłują prezentować się jako reprezentanci zdrowego jądra narodu. I natychmiast się nią stał.

Odsiecz z prawicy

Zanim w temacie zorientowało się Prawo i Sprawiedliwość, z odsieczą zagrożonym polskim rodzinom pospieszyły siły na prawo od partii rządzącej. Ich symboliczną przedstawicielką jest Kaja Godek, działaczka antyaborcyjna, która postanowiła właśnie wejść do polityki europejskiej (w sojuszu z Korwinem, Liroyem i narodowcami). Godek ma doświadczenie we współpracy z parafiami, gdzie skutecznie zbierała podpisy pod swoim projektem całkowitego zakazu przerywania ciąży. Wystąpiła więc z dramatycznym apelem do kard. Kazimierza Nycza, gdy ten przez kilka dni w żaden sposób nie skomentował deklaracji prezydenta Trzaskowskiego: „Jako wierna diecezji warszawskiej jestem zgorszona […]. Jako rodzic dzieci uczących się w Warszawie jestem pozostawiona przez pasterzy Kościoła bez wsparcia”.

Równocześnie rozpoczęła się zorganizowana akcja pisania listów protestacyjnych do biskupów katolickich w Polsce. Oburzeni świeccy katolicy spontanicznie (lub „spontanicznie”, bo prawdopodobnie w wysyłkę listów włączono także internetowe generatory) wzywali hierarchów do protestu. Biskupi przyznają nieoficjalnie, że otrzymywali „całe tony” korespondencji w tej sprawie. Zarzucano im, że są jak „nieme psy”, a za ich milczenie zdrowe polskie rodziny poniosą konsekwencje.

W tej sytuacji 8 marca głos zabrali biskupi obu diecezji warszawskich: kard. Kazimierz Nycz i bp Romuald Kamiński. Ich wspólne stanowisko „krytycznie i z niepokojem”, ale jednak rzeczowo i spokojnie, odnosiło się zwłaszcza do kwestii dotyczących edukacji seksualnej w szkołach. Biskupi wsparli „mądre wychowanie seksualne, które powinno mieć swój początek w rodzinie i być kontynuowane w szkole”, przywołując – rzadko cytowane w Polsce – fragmenty na ten temat pochodzące z adhortacji „Amoris laetitia” papieża Franciszka. Gdyby tylko na tym dokumencie skończyła się historia kościelnych wypowiedzi na temat karty, nie widziałbym powodów do stawiania zarzutów ani o upolitycznienie, ani o ideologizację.

Episkopat w potrzasku

Nazajutrz jednak do gry wkroczył Jarosław Kaczyński – i od tego dnia role są już rozpisane inaczej. Prezes Prawa i Sprawiedliwości zdefiniował przesłanie kampanijne swojej partii w wyborach europejskich jako obronę polskich rodzin przed deprawatorami, którzy dążą do wczesnej seksualizacji dzieci. Problem warszawski stał się ogólnopolskim, a wręcz cywilizacyjnym.

Od razu, tak jak wielu komentatorom, przyszła mi do głowy myśl, że najbardziej wpływowy człowiek w Polsce usiłuje znaleźć nowy wyobrażony lęk, który będzie można politycznie wykorzystywać w roku podwójnie wyborczym. Obawy polskich rodziców o naruszenie niewinności ich dzieci znakomicie się do tego celu nadają. Sukces gwarantowany. Wobec tak silnej narracji PiS zupełnie znikły z debaty publicznej głosy niepisowskiej prawicy na ten temat. Partia rządząca błyskawicznie odzyskała wymarzony monopol na polityczną reprezentację zdrowej polskiej rodziny.

Skoro karta LGBT+ może być różnie interpretowana, to wszystko zaczyna zależeć od tego, kto będzie ją interpretował. A nie o to powinno chodzić w spójnej odpowiedzialnej polityce

Na dodatek PiS-owi udało się złapać w potrzask biskupów, którzy (obradując trzy dni po konwencji partii Kaczyńskiego) uznali w większości, że stoją przed wyborem: albo milczenie na temat deklaracji LGBT+, czyli wystawienie się na zarzut unikania ważnych społecznie tematów, albo stanowcza gremialna krytyka tego dokumentu, nawet jeśli zostanie to uznane przez wielu za umocnienie sojuszu Kościoła z PiS, i to w warunkach trwającej kampanii wyborczej. Podczas obrad KEP biskupi wybrali niestety ten drugi wariant, wydając pospiesznie napisane i słabo uargumentowane stanowisko (nie znalazł poparcia pomysł pośredni: delikatne przyłączenie się w komunikacie do stanowiska biskupów warszawskich).

Dzięki powyższemu zabiegowi Prawo i Sprawiedliwość uwiarygodniło się ponownie w oczach Kościoła hierarchicznego. Mało tego, partia weszła w jeszcze silniejszy sojusz z Kościołem (bo już nie tylko polityczny, ale wręcz wewnętrzny, wprost odwołujący się do wartości). Biskupi już nie będą panującemu ugrupowaniu wypominać braku zaangażowania w kwestii aborcji, bo przecież trzeba teraz wraz z nimi bronić Polski przed deprawacją i dżenderami. Przed wyborami parlamentarnymi PiS kwestią aborcji się już na pewno nie zajmie, ale biskupi to wybaczą, bo za to rządzący przeprowadzą skuteczną akcję obrony polskich dzieci przed dewiantami.

„Wara od naszych dzieci!”

Oliwy do i tak buchającego już ognia dolał jeszcze wiceprezydent Warszawy Paweł Rabiej, który przedstawił scenariusz na kilka kroków dalej. W wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” stwierdził: „jestem za etapowaniem: najpierw wprowadźmy związki partnerskie, potem równość małżeńską, a na koniec przyjdzie czas na adopcję dzieci. […] Najpierw przyzwyczajmy ludzi, że związki partnerskie to nie jest samo zło, że nie niszczą tkanki społecznej i polskiej rodziny. Potem łatwiej będzie o kolejne kroki, o równość małżeńską z adopcją”. Jarosław Kaczyński natychmiast skorzystał z okazji, podziękował Rabiejowi za szczerość i odparł: „Wara od naszych dzieci!”.

Kolejne wypowiedzi, oświadczenia i stanowiska można by długo cytować. Wiele środowisk poczuło się zobowiązanych do zabrania głosu – im ostrzej, tym lepiej. Głos zabrali nawet kibice Lechii Gdańsk, wywieszając podczas meczu swej drużyny futbolowej olbrzymi transparent „Sodomici, pedały i pedofile z LGBT – łapy precz od naszych dzieci!”…

Giną w tym rejwachu głosy rozsądku, takie jak stanowisko Centrum Ochrony Dziecka przy krakowskiej Akademii Ignatianum, które – jeszcze przed obradami KEP – przypomniało, że nie ma edukacji seksualnej neutralnej światopoglądowo. W związku z tym każde przekazywanie informacji w tym zakresie opiera się na jakiejś wizji moralności – na przykład takiej, że anything goes.

Człowiek, nie ideologie

Widać wyraźnie, że politycy otworzyli kolejną polską puszkę Pandory. Prawica cynicznie wykorzystuje do walki politycznej troskę rodziców o dzieci i nakręca nastroje homofobiczne. A wiemy już dobrze z doświadczeń innych podobnych dyskusji (a raczej „dyskusji”), że tego typu demony raz wypuszczone na wolność nie dają się łatwo ponownie zamknąć. Będziemy musieli z nimi żyć, walczyć, coraz ostrzej polaryzować się i tracić zdrowy rozsądek. Kłopot w tym, że również punkt wyjścia całego sporu, czyli deklaracja prezydenta Trzaskowskiego, raczej pogłębia problem, niż prowadzi do rozwiązania.

Żyjemy w społeczeństwie coraz bardziej zróżnicowanym ideowo, światopoglądowo i moralnie. Nie da się tych sporów rozstrzygnąć metodą odgórnego, motywowanego ideologicznie narzucenia (to apel do przedstawicieli obu skrajnych stanowisk). Trzeba się nauczyć żyć z tymi różnicami. Pisząc o edukacji seksualnej, papież Franciszek stawia w końcu pytanie kluczowe: „Kto jest w stanie brać młodych ludzi na serio? Kto im pomaga przygotować się poważnie do wspaniałej i hojnej miłości? Nazbyt lekko traktuje się edukację seksualną” („Amoris laetitia” 284).

Obecnie dorośli toczą ideologiczne spory, a najczęstszym źródłem wiedzy o seksie dla dzieci i młodzieży stały się filmy pornograficzne, łatwo dostępne w stale dostępnym internecie. Zadanie przygotowania mądrej kompleksowej edukacji seksualnej, możliwej do prowadzenia w społeczeństwie wieloświatopoglądowym, wciąż jeszcze jest przed nami. Daleko przed nami.

Podobnie jak walka z różnymi przejawami dyskryminacji i nauka wzajemnego szacunku. Wzajemnego – w obie strony. A nawet bardziej – we wszystkie strony, bo stron jest tu jednak więcej niż dwie. Przede wszystkim zaś warto odideologizować zagadnienie. Chodzi tu bowiem wszak nie tyle o strony sporów ideowych, ile o konkretnych ludzi. Również tych, którzy stają się w tej dyskusji zaledwie przedmiotem, podczas gdy problem dyskryminacji dotyczy ich osobiście.

PS. Sześć lat temu proponowałem na łamach „Gazety Wyborczej”, jak można – poprzez ustawowe doprecyzowanie, czym jest i do czego upoważnia kategoria „wspólnego pożycia” – praktycznie, a nie ideologicznie rozstrzygnąć codzienne problemy osób bliskich pozostających w związkach nieformalnych. Tekst jest dostępny tutaj.