Twoją najbliższą przyjaciółką była niezależność. Umarłaś na swoich warunkach, bez dyskusji ze światem.

Przemówienie wygłoszone podczas pogrzebu Zofii Czerwińskiej 20 marca 2019 roku w warszawskim kościele środowisk twórczych. Mszy św. przewodniczył i homilię wygłosił ks. Andrzej Luter, koncelebrowali ks. Grzegorz Michalczyk i ks. Wojciech Lemański

Zosiu, z Tobą mogłem rozmawiać o tym, o czym nie rozmawiałem z moją mamą. Moja mama wiedziała o tym, szanowała to i na każde święta podawała Ci sałatkę jarzynową w słoiku. – Zanieś „drugiej mamie” – mówiła.

Dla mnie byłaś od 26 lat przyjaciółką, której z biegiem czasu mogłem powiedzieć wszystko i wszystko od niej usłyszeć. Od środy, kiedy zakończyłaś rozmowę ze światem, codziennie dostaję setki wiadomości na Twój temat. Piszą do mnie ludzie, którzy nigdy nie spotkali Cię poza ekranem telewizora. Starzy i młodzi opowiadają o Tobie jak o bliskim człowieku. Michał z Nowego Tomyśla napisał: „Nie znałem pani Zofii, ale lubiłem za to, że jest”.

Dziwiłaś się: „Jak to możliwe, że stałam się tak popularna na starość?”. Nie byłaś przecież swoją własną wielbicielką. Odpowiedź: niosłaś ze sobą czystą energię, cała byłaś energią, także intelektualną.

Mówiłaś: „Z dnia na dzień brzydnę coraz bardziej, o ile to w ogóle jeszcze jest możliwe”. Nie każdy rozumiał, że w ten sposób zarządzasz krytyką na własny temat. Mieć dystans do siebie – wtedy mniej cię mogą zranić. Nie uderzą cię, jeśli widzą, że sam umiesz w siebie uderzyć. A Ty uderzałaś w siebie z uśmiechem, wdziękiem i błyskotliwością.

Oswajałaś śmierć. Mogę nawet powiedzieć, że byłaś z nią w jakiś sposób zaprzyjaźniona. Siedzieliśmy w kinie, mówię: „co tu tak zimno?”, a Ty na całe kino: „to już ode mnie taki trupi chłód”.

Zosiu, w liście, który zostawiłaś mi przed swoją śmiercią, napisałaś: „Zorganizuj wesołą stypę…”. A na końcu listu: „Do zobaczenia, Zosia Czerwińska”.

​Ludzie kochali w Tobie Twój stosunek do życia i poczucie humoru. Kiedy ogłosiłem, że szukamy dla Ciebie różowej urny, dostałem dziesiątki wiadomości z Polski i zagranicy, że natychmiast taką urnę dostaniemy pocztą. A napisałaś, że chcesz różową, bo… do twarzy Ci w różowym.

Mieć dystans do siebie – wtedy mniej cię mogą zranić. Nie uderzą cię, jeśli widzą, że sam umiesz w siebie uderzyć. A Ty uderzałaś w siebie z uśmiechem, wdziękiem i błyskotliwością

Twoja taktyka: żyć dowcipem. Wtedy twoja starość nie będzie tak bardzo uciążliwa dla innych. „Mówią mi: jaką pani ma wspaniałą starość! Zawsze umalowana, radosna, dowcipna… Mariuszek, starość jest czymś okropnym, niedopuszczalnym, degradującym, męczącym, poniżającym…” – przymiotniki na temat starości mogłaś dodawać w nieskończoność.

„Jestem dowcipna i radosna – tłumaczyłaś – bo to jedyny sposób, żeby przez moją starość nikt inny nie cierpiał. Wystarczy, że ja cierpię”. Zosiu, Twoja radość była filozoficzna, ponieważ była radością smutku.

Najbliższą twoją przyjaciółką nie była żadna kobieta. Twoją najbliższą przyjaciółką była niezależność.

„Pamiętaj – mówiłaś – porażki nie istnieją. A nawet jak uznasz, że coś jest totalną porażką, nigdy się do tego nie przyznawaj! Porażki są i błędami, i lekcjami jednocześnie, ale nie nazywaj ich porażkami. Zawsze mów: to błąd, nie porażka”. Wiem, skąd brał się ten Twój pogląd. Nie znosiłaś niczego, co Cię osłabiało. A słowo „porażka” we własnych ustach byłoby przyzwoleniem światu na malutkie przejęcie nad Tobą władzy.

​Chorowałaś krótko i zapowiedziałaś, że jeśli tylko w jakimś momencie przejmie nad tobą władzę choroba, nie pozwolisz jej długo nad sobą panować. Bardzo ważne było dla Ciebie prawo stanowienia o sobie. Umarłaś na swoich warunkach, bez dyskusji ze światem. Jak trafnie stwierdził Remek Grzela: po prostu zakończyłaś z nami rozmowę.

​Zosiu, twierdziłaś, że Bóg istnieje. Nie wiem, jak on poradzi sobie z Twoją niezależnością. Jeśli istnieje, to może mieć z Tobą kłopoty.

Tekst publikujemy dzięki uprzejmości Autora.