Rodzice, którzy zakazywali dzieciom udziału w strajku klimatycznym, sami często chcieli albo musieli wziąć udział w wyścigu szczurów – po stanowiska, domy i samochody – a dziś naciskają na swoje dzieci, by robiły to samo w szkole i na studiach, nie przejmując się innymi ani światem.

Nie był to wprawdzie największy marsz w Warszawie w ostatnich latach, ale biorąc pod uwagę fakt, że w tym samym czasie podobne zgromadzenia odbyły się w tysiącach miast na świecie, Młodzieżowy Strajk Klimatyczny w ubiegły piątek nabrał nieco innej skali. Wychodząc na ulice z postulatami ochrony klimatu, kilka tysięcy nastolatków wpisało Warszawę i resztę Polski w globalny nurt.

Jeszcze przed strajkiem nie brakowało krytyków, którzy pouczali, że strajkować mogą tylko osoby pracujące, a młodzież powinna raczej skupić się na nauce. Kwestionowano spontaniczny charakter akcji. Niektórym Polakom – tak jak wielu Rosjanom i mieszkańcom innych republikach poradzieckich – nie mieści się przecież w głowie coś takiego jak „spontaniczny ruch społeczny”. Gdy taki zaczyna się tworzyć, pytają – kto za tym stoi i za to płaci.

W przededniu strajku dziennikarz „Rzeczpospolitej” Tomasz Pietryga, którego skądinąd bardzo szanuję za rzetelne komentarze o reformach sądownictwa, napisał, że „obserwując «spontaniczną akcję» w Polsce, trudno nie dojść do wniosku, że stoją za nią lub wspierają ją globalne organizacje ekologiczne”. Porównał nawet te „szczytne akcje w obronie klimatu” z „pierwszomajowymi marszami młodzieży w obronie pokoju na świecie”.

Skoro idziemy drogami historycznych analogii, których w Polsce tak trudno uniknąć, podobne reakcje kojarzę wprost z hasłem „Studenci do nauki” z robotniczej kontrmanifestacji przeciwko studentom w marcu 1968 roku. Także wtedy spontaniczności należało szukać po przeciwnej stronie niż władza, media i „starzy”.

Czy polskie młodzieżowe strajki klimatyczne idą za przykładami zagranicznymi? To na pewno. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że pierwszą osobą, która spopularyzowała na całym świecie tę formę protestu, jest 16-letnia Szwedka Greta Thunberg. Ale czy z tego wynika, że polscy nastolatkowie są na tyle naiwni i nieskuteczni, że nie mogą sami dostrzec wagi spraw klimatu i zorganizować marszu przez miasto? A może ogłupieli przez zagraniczną propagandę albo zostali przekupieni przez „globalne organizacje ekologiczne”? Czy dorośli, którzy mają takie zdanie o młodych, powtórzyliby to samo, mówiąc o własnych dzieciach?

Krzycząc „nie zabierajcie nam przyszłości”, uczestnicy Młodzieżowego Strajku Klimatycznego wyrażali coś, czego do dziś nie pojęło wielu dorosłych – wobec globalnych zmian klimatycznych może nas uratować tylko współdziałanie

Obserwowałem urzędników w budynku Ministerstwa Energii patrzących przez okna na tłum protestujących i zastanawiałem się, co wtedy myśleli. Czy widzieli kolejne pokolenie nosicieli „genu zdrady”, jak głosi teoria słynnego polskiego genetyka J.K.? Bierne i biedne ofiary „inżynierii społecznej” i „ideologów” (Tomasz Pietryga)? Leniuchów zwyczajnie wykorzystujących okazję, by iść na wagary? Może jednak ktoś zauważył tam własne dziecko i być zadawał sobie pytanie, do jakiej przyszłości doprowadzają decyzje podjęte – lub niepodjęte – w tej instytucji?

Tak, to prawda – jak mówią krytycy – czasem marsz wyglądał jak dyskoteka plenerowa. Uczestnicy tańczyli do przebojów Queen, Kate Perry i Britney Spears. Ale prawdą jest także, że przyszli dla klimatu – być może trochę dla tego miejscowego, ale przede wszystkim dla globalnego. „Ziemia jest jedna”, przypominał napis na transparencie trzymanym przez protestujących. Prawie wszystkie transparenty były ręcznie napisane i zrobione na tekturze, na przykład z kartonu po pizzy. W przeciwieństwie do niektórych innych marszów z poprzednich lat, uczestnicy nie mieli specjalnych koszulek, przepinek ani wydrukowanych plakatów.

Przemówienia były krótkie i dosadne. Mówcy nie weszli w szczegóły mechanizmów zmian klimatycznych ani nie opisali precyzyjnych rozwiązań, by z nimi walczyć. Wiedzieli za to, że decydenci polityczni – nie tylko w Polsce – obecnie robią za mało, żeby ograniczyć wzrost temperatury do 1,5 st. C. Choć sami nie są naukowcami – nie zdali jeszcze matury – ufają IPCC (Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu), który zrzesza najlepszych na świecie badaczy dyscyplin związanych z klimatem (należy do niego na przykład polski hydrolog Zbigniew Kundzewicz). Ich postawa jest zatem o wiele dojrzalsza niż niejednego polityka, który – sam nie mając żadnych kwalifikacji w temacie – podważa wyniki prac IPCC.

„Dzieci i ryby mają głos”, „Najpierw natura, potem matura” – skandowali uczestnicy strajku. Pewnie nie podobało się to rodzicom, choć kilku dołączyło do marszu. Znam też takich, którzy zabronili dzieciom opuścić lekcje, „bo przecież wkrótce są egzaminy”. Jak się potem dziwić, że dzisiejsze pokolenie to samoluby, myślące o przyjemnościach, o modnych ubraniach i gadżetach? W tym zakazie przejawiał się indywidualizm rodziców, którzy często sami chcieli albo musieli wziąć udział w wyścigu szczurów po stanowiska, duże domy i samochody, a dziś naciskają na swoje dzieci, by robiły to samo w szkole i na studiach, nie przejmując się innymi ani światem.

Może ktoś powie, że „bananowa młodzież” wyszła na ulicę. Stać ją bowiem na wagary i ideały, a dobre licea i korepetycje finansowane przez rodziców zapewniają jej świetlaną przyszłość. Tak, to prawda, że niemała część uczestników strajku uczy się w tak zwanych dobrych szkołach, co udowodniła choćby solidną znajomością angielskiego i innych języków (sam spotkałem uczniów klas francuskojęzycznych).

Jednocześnie, krzycząc „nie zabierajcie nam przyszłości”, wyrażali coś, czego do dziś nie pojęło wielu „starych” – przyszłość każdego z nas nie zależy wyłącznie od nas samych. Przed globalnymi zjawiskami jak te wynikające ze zmian klimatycznych uratować może nas tylko współdziałanie. Indywidualne strategie przeżycia skazane są na porażkę.

„Solidarność naszą bronią” – śpiewali młodzi na koniec manifestacji. To jakby echo protestów poprzednich pokoleń. Z tą różnicą, że tym razem ani sprawa, dla której wyszli na ulicę, ani solidarność, o którą apelują, nie mają się skończyć na polskim podwórku. Nie wezwali zresztą konkretnej partii lub rządu do podjęcia bardziej aktywnej polityki klimatycznej, ale decydentów w ogóle. Dobrze rozumieją, że ich przyszłość nie zależy tylko od działań prowadzonych w Polsce, ale również w Stanach Zjednoczonych, w Chinach, w Australii, w Nigerii i wielu innych krajach świata. Stąd też globalny rozmiar strajku. Dobrze, że zaangażowali się w niego młodzi Polacy rozumiejący, że nie zapewnimy sobie przyszłości czyniąc z siebie wyspy, a z kraju twierdzy. Oby „starsi” usłyszeli tę lekcję.