Z jakiegoś powodu międzywojnie pozostaje idealnym tłem dla katastroficznej wizji świata, z którą człowiek sobie nie radzi.

W Teatrze Telewizji swoją premierę miała właśnie najnowsza sztuka Andrzeja Strzeleckiego „Paradiso”. W tym artystycznym obrazie zwracało uwagę każde wypowiedziane słowo, każdy drobiazg, który – jak cygaro czy kieliszek wódki – mógł się znaleźć na jednym z kilku stolików tytułowego lokalu, scenerii tej opowieści. To drugi po „Marszałku” Krzysztofa Langa bardzo dobry spektakl o tematyce dwudziestolecia międzywojennego, jaki mogliśmy ostatnio oglądać.

Sztuka opowiada o przedwojennej elicie – przedstawianej do pewnego stopnia książkowo i schematycznie. Elicie zmitologizowanej – tej najlepszej, tej odebranej nam bezpowrotnie, ale jednak nie wolnej od wad, które umiejętnie jednak maskuje elokwencją (klasę, maniery i sposób bycia przedwojennej inteligencji wiernie oddają Piotr Fronczewski, Jan Englert, Ewa Wiśniewska czy Wojciech Pszoniak). Spektakl jest gawędą – to garść niezależnych historii które, jak to często z gawędami bywa, wiąże z sobą miejsce akcji. W tym przypadku to idealny dla snucia opowieści w światku intelektualnej arystokracji – rozświetlony neonami kabaret.

Osią fabuły – choć ledwie zarysowanej – jest spotkanie; a podziwiamy w nim słowo mówione. Rozmowy bywalców lokalu „Paradiso” zadziwiają swobodą. Konfrontacje, zaloty, nienawistne relacje – opowiedziane są językiem najwyższej kultury. Widz może dosiąść się do stolika wspólników biznesowych, ludzi kultury, oficerów, polityków czy ówczesnych celebrytów (choć określenie to może być dla nich obelgą). Może przysłuchać się ludzkim tragediom, którym winna jest krajowa i zagraniczna polityka, miłosne uniesienie czy własne przesądy i zapatrywanie na świat. Może odrobić lekcje z historii i przypomnieć sobie, z kim bądź czym kojarzą mu się Bereza, Zaolzie czy skamandryci, kim był Stefan Ossowiecki czy Wacław Kostek-Biernacki. Urok rozmówców i sposób wypowiadania przez nich nawet i wzajemnych kąśliwych uwag mobilizują, by wychwycić jak najwięcej szczegółów z tego, czym żyją intelektualni arystokraci. Ważne, by nie pozostać w tyle, ale łapać i nadążać, zrozumieć elitę i móc się z nią utożsamić, pozostać przy stoliku i mieć nadzieję, że już za moment zostanie się wyróżnionym poprzez zaproszenie do kolejnego. 

W miarę upływu czasu atmosfera w kabarecie zaczyna gęstnieć. Padają nieświadome (?) nawiązania do współczesnej polityki, pytania o prawdę i fałsz. Jak przystało na opowieść z dwudziestolecia, zwłaszcza gdy historia toczy się w lokalu rozrywkowym, nie może zabraknąć motywu fatum, tragedii dziejowej wiszącej w powietrzu – i prądów pseudointelektualnych, od których elita polska nie mogła być zupełnie wolna. Z jakiegoś powodu międzywojnie pozostaje idealnym tłem dla katastroficznej wizji świata, z którą człowiek sobie nie radzi.

Przekaz Strzeleckiego jest w pewnym sensie klasyczny i nawiązuje zarówno do kultowego musicalu lat 60. „Kabaret”, jak i inspirującego się nim niemieckiego serialu „Babylon Berlin”. Nadciąga katastrofa, która w rytmie Big Bandu zastanie nas przy kieliszku koniaku. Czy fakt, że z uwagi na savoir-vivre zastaniemy ją trzeźwi, cokolwiek zmieni?