Uczciwie trzeba przyznać, że udaje się Michałowi Znanieckiemu uzyskać efekt teatralnej totalności.

Łącząc „Pajace” R. Leoncavallo z „Gianni Schicchi” G. Pucciniego, Michał Znaniecki tworzy faktycznie jeden spektakl, który stawia pytanie o granice między teatrem a życiem. To nie tylko „teatr w teatrze”, ale także próba zburzenia tzw. czwartej ściany. Przyznam, że mnie ten eksperyment nie przekonał, choć – biorąc pod uwagę całość – bawiłem się świetnie.

Wielopiętrowa zbrodnia

Wróciwszy do domu, sięgnąłem do wydanej przed laty rozmowy Gustawa Holoubka z Andrzejem Hausbrandtem „Teatr jest światem”. Holoubek mówi tam tak: „W teatrze zatarcie granic między świadkami a uczestnikami, przemieszanie ich i postawienie w równej sytuacji – burzy nie tylko konwencję, ale i sens polegający na tym, że jedni służą świadectwu (aktorzy), a inni je dają (widzowie)”. Znaniecki świadomie burzy tę konwencję. „Pajace” kończą się tragicznie: Canio (maczystowski Alejandro Roy) zabija swą żonę Neddę (uwodzicielska Joanna Tylkowska-Drożdż) i jej kochanka Silvio (subtelny kochanek Chtistian Oldenburg). W szczecińskiej inscenizacji giną nie tylko postaci z odgrywanej komedii dell’arte jak Kolombina zasztyletowana przez Pajaca, nie tylko aktorzy grający ich w odgrywanym spektaklu – Nedda i Silvio, ale także śpiewacy kreujący ich role na szczecińskiej scenie. Chciałoby się powiedzieć – śmierć jest tutaj wielopiętrowa. Nawet „teatr w teatrze” grają ludzie z krwi i kości. Co teraz? Trupa ogłasza casting na aktorkę, która zagra Laurettę (Lucyna Boguszewska) w „Giannim Schicchim” – kolejnym spektaklu trupy.

I to jest ten moment zburzenia „czwartej ściany”. Scena nagle zwraca się do widowni. Ktoś każe wołać po policję, ktoś podbiega do mnie i prosi, bym wezwał ambulans, przecież doszło do morderstwa. Ktoś rozciąga żółtą taśmę ograniczającą miejsce zbrodni. Ale przecież show must go on, więc zaraz zaczyna się casting na odtwórców kolejnych ról, trzeba skompletować nową obsadę. Pomysł jest fajny i udaje tak długo, jak długo wszyscy się w tę grę bawimy. Ale opór jest duży, przynajmniej we mnie. Widz wcale nie chce stać się świadkiem. Przyszliśmy do teatru, by zobaczyć to, co udawane. I wiemy dobrze, że nawet wtedy, gdy – niby – aktor wychodzi z roli, wcale z roli nie wychodzi. Znaniecki w rozmowie publikowanej w programie otwarcie deklaruje, że wszystkie elementy interaktywne są po to, aby zmieniła się perspektywa i percepcja widza: „widz czuje się bardziej uczestnikiem, a nie biernym obserwatorem”.

Być może to jakieś moje uprzedzenie do wszelkich form uaktywniania widzów, ale ja nie chcę być uczestnikiem. Cytowany już Holoubek pisze, że często współcześni artyści „głośno krzyczą o potrzebie fizycznego włączania widowni do interakcji ze sceną”. Może i artysta taką potrzebę ma, ale ja – widz – nie. Choć uczciwie trzeba przyznać, że udaje się reżyserowi uzyskać efekt teatralnej totalności. Akcja dzieje się czasami bardziej wokół nas niż przed naszymi oczami, a poza tym – to akcja oglądana od kulis, co wzmacnia jeszcze efekt bezpośredniości.

(Nie)śmieszny cyrk

Ale jest w inscenizacji pomysł, który mnie przekonuje. To kolejność obu oper i zamknięcie ich w klamrę prologu z „Pajaców” i epilogu z „Gianniego Schicchiego”. Tak, Tonio w prologu zapowiada „wyjście z roli”, wszak teatr żywi się tylko prawdą. W epilogu z kolei Gianni Schicchi (grany przez tego samego aktora – Stefana Hadžića) prosi o oklaski z nadzieją, że widzowie doskonale się bawili. To on przed chwilą odegrał teatr, udając zupełnie kogoś innego, niż jest, i w cudzym imieniu dyktując testament. W obu przedstawieniach śmierć miesza się ze śmiechem, tragedia z komedią, śmierć staje się udawaniem śmierci, a pajac – wbrew naszym słusznym skojarzeniom z pajacowaniem – jest postacią tragiczną. Jego „ridi, Pagliaccio” – wyśpiewane silnym, wypełniającym operę, głosem Alejandro Roya – brzmiało rzeczywiście gorzko. Świat jest żądny karnawału, by zapomnieć o codzienności.

Przypomina mi się stara, kaznodziejska anegdota o clownie, który incognito przychodzi do spowiedzi i żali się na swoje smutne życie, na co ksiądz radzi mu, by poszedł trochę rozerwać się do cyrku. To ciekawe, że Znaniecki przedstawienie grane w „Pajacach” sytuuje właśnie w cyrku. Czyżby cyrk miałby być współczesnym miejscem oferującym katharsis?

Historie prawdziwe

Połączenie tak różnych stylistycznie oper daje efekt bardzo ciekawy. Najpierw werystyczna opera z końca XIX wieku, na której – w okresie jej powstania – krytycy nie zostawiali suchej nitki, ale która zawsze szalenie podobała się publiczności, tryumfalnie idąc przez świat. Eduard Hanslick, wpływowy krytyk drugiej połowy XIX wieku, uznał, że brak tej operze smaku. Współcześnie oceniana jest z większą uwagą. Francuski kompozytor René Leibowitz widział w „Pajacach” wielką operę o niezwykłej sile ekspresji. I tak jest. Jest w niej miejsce na lirykę, jak i na rozpacz. Prawdziwe życie (Leoncavallo był synem sędziego i sam napisał libretto na podstawie historii zasłyszanych od ojca) opisane przez prawdę muzyki o symfonicznym zacięciu. Z kolei „Gianni Schicchi” – jedyna opera komiczna skomponowana przez Pucciniego – to dzieło muzycznie niezwykłe, przypominające w stylu muzykę filmową, z dominującym, powtarzającym się motywem wygrywanym na kilku instrumentach, który łatwo wpada w ucho. Gromkie brawa dla orkiestry poprowadzonej przez Vladimira Kiradjieva były w pełni zasłużone.

Zarówno „Pajace”, jak i „Gianni Schichi”, należą do oper wymagających aktorskiej pracy śpiewaków. Rozpisane na wiele równorzędnych ról mają właściwie po jednej pozostającej w pamięci arii. Poza tym, w inscenizacji Znanieckiego to dzieło rzeczywiście zbiorowe, a nawet powiększone o wiele postaci niemych. W „Pajacach” mamy nie tylko mieszkańców wioski, ale także balet pierrotów, ochroniarzy przy wejściu do teatru i cały zespół garderobianych. W kulisach dzieje się wiele. Jeden z ochroniarzy podnosi ciężarki, któraś z primadonn co jakiś czas wpada, by zapalić papierosa, gasną i zapalają się światła nad lustrami garderoby. Dzieje się dużo. Jak dla mnie, momentami za dużo, wolę teatr skupiony. Chyba dlatego bardziej została mi w pamięci druga część spektaklu. „Gianni Schicchi” to nie tylko zespołowy popis wokalny, ale i aktorski, o niezwykłej sile komicznej, której zresztą nie zabrakło też w niektórych scenach z „Pajaców”.

„Pajace” to „historia prawdziwa”. „Gianni Schicchi” to opowieść wzięta z XXX Pieśni „Piekła” Dantego, wprost z VIII kręgu piekielnego. Tam trafiają kłamcy, którzy oszukują słowami i pieniędzmi. Canio – mąż-morderca – gdyby miał trafić do piekła, wylądowałby w ostatnim, bo IX kręgu. W epoce, gdy w wieczne potępienie wierzy już niewielu, piekło raczej śmieszy niż przestrasza. Może nad jego bramą powinien zawisnąć taki oto napis: „Lasciate ogni maschera, o voi ch’entrate” (Porzućcie wszystkie maski, którzy tu wchodzicie).