Bóg działa w historii poprzez człowieka. I na tym chyba polega sens prób, które są naszym udziałem, że w nich, jak w ogniu, wytapia się złoto.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 4-6/1985.

Są dwa rodzaje kryzysów wiary – kryzysy prawdy i kryzysy wartości. Kryzysy prawdy polegają na zaprzeczeniu prawdy wiary, dogmatu lub zasady moralnej; kryzysy wartości polegają na odrzuceniu wartości wiary czy to wziętej w całości, czy w części, a także na przemianie wartości poszczególnych prawd – pomniejszaniu znaczenia jednych, a powiększa­niu innych. Do kryzysów prawdy jesteśmy przyzwyczajeni, cała nasza filozofia i apologetyka staje w ich obronie. Gorzej jest z kryzysami war­tości – te trudniej zauważyć i trudniej wieść z nimi spory.

Tematem niniejszych rozważań będzie kryzys wartości wiary, polega­jący na zmianie znaczenia – „przewrocie wartości” – podstawowych prawd wiary. Wydaje się bowiem, że dziś wiara nasza jest coraz bardziej wystawiona na kryzys wartości, a mniej na kryzys prawdy. O co w szczegól­ności chodzi?

Zacznijmy od przypomnienia tego, co znane, choć może zapomniane. Wiara chrześcijańska ukazuje nam dzieje ludzkości jako wielki dramat, w którym wartościami podstawowymi są trzy wydarzenia: wydarzenie stworzenia, wydarzenie objawienia, wydarzenie zbawienia. Każde z nich stanowi istotną wartość chrześcijaństwa. Trzy wartości istotne są powią­zane hierarchicznie: wartością podstawową jest stworzenie, wyższą obja­wienie, a najwyższą zbawienie. Oznacza to, że wartość stworzenia znajduje usprawiedliwienie w wartości objawienia, a wartość objawienia w wartości zbawienia. Po co Bóg stworzył świat i człowieka? Stworzył, aby mieć się komu objawić. Po co pragnął się objawiać? Aby móc zbawić człowieka i w ten sposób dzielić z nim swą miłość. Taki jest ład podstawo­wych prawd wiary chrześcijańskiej, określający podstawowy sens religij­nego dramatu Boga i ludzi.

Możliwy jest jednak przewrót tego ładu wartości. Może się komuś wydać, że wartością najwyższą jest dzieło stworzenia, a cała reszta stanowi jedynie jego uzupełniającą kontynuację. Ktoś inny może uważać, że war­tością najwyższą jest wydarzenie objawienia, do którego również sprowa­dza się zbawienie. I trzecia możliwość: zbawienie jest do tego stopnia wartością najwyższą, że przekreśla wartość innych wydarzeń i dzieł, można więc, a nawet należy dążyć do zbawienia bez troski o los dzieła stworzenia i bez wysiłków zmierzających do rozumienia dzieła objawie­nia.

To, co rysuję, wydaje się, być może, abstrakcyjnym rozważaniem nad: „co by było, gdyby było”. Ale to nieprawda. Ślady podobnych przewrotów wartości dają się obserwować już na kartach Ewangelii. Ludzie przycho­dzą często do Chrystusa pociągnięci wartościami, które im w sposób szczególny odpowiadają, a potem odchodzą, gdy widzą, że popełnili pomyłkę. Oto Chrystus rozmnaża cudownie chleb, po czym lud chce Go obwołać królem. Ale lud odchodzi, gdy dowiaduje się, że to ciało i krew Chrystusa są prawdziwym pokarmem człowieka. Trwają jeszcze obok Niego ci, którzy dali się oczarować nauką. Jeden z nich mówi: „Panie, do kogóż pójdziemy, słowa żywota Ty masz”. Ale w chwili ukrzyżowania i oni odejdą. Powiedzą: „Myśmy się spodziewali, że on wyzwoli Izraela, a oto już od trzech dni jest w grobie”.

Nie jest łatwo obserwować kryzys wynikający z przewrotu wartości. Ale istnieje jedna dziedzina, w której jest on stosunkowo dobrze widziany – dziedzina życia wspólnoty. Każde oczarowanie jakimś wyodrębnionym wydarzeniem i dziełem chrześcijaństwa przejawia się dążeniem do stwo­rzenia określonej wspólnoty oczarowanych. Każde rozczarowanie, każdy zawód, doprowadza w końcu do rozkładu wspólnoty. Wspólnota pow­staje z wzajemnych więzi, a więź znaczy – religio. Malując obraz kryzysu wartości, należy zwrócić szczególną uwagę na obraz wspólnoty. Problem wspólnoty to sprawa dla nas istotna. Ten właśnie problem nazwałem w tytule „sednem naszej sprawy”.

Dzieło stworzenia

Oczarowani dziełem stworzenia wierzą: stworzenie jest cudem cudów i łaską wszelkich łask. W dziele stworzenia objawia się najpełniej potęga Boga. Wszystko, co nastąpiło potem, a więc objawienie i zbawienie, zmie­rza jedynie do uratowania dzieła stworzenia. Nigdy dość chwały dla stwór­czej mocy Boga i dzieł tej mocy. Oczarowanie dziełem stworzenia pociąga za sobą określoną wizję natury ludzkiej. Stworzony na obraz i podobień­stwo Stwórcy człowiek może stać się kontynuatorem dzieła stworzenia, przetwarzając dane mu przez Stwórcę tworzywo świata w gotowe, dosko­nałe dzieło. Tym sposobem człowiek staje się naśladowcą Stwórcy, jego odniesienie do świata jest podobne do odniesienia Stwórcy, który rzekł: „czyńcie sobie ziemię poddaną”.

Punkt wyjścia tej postawy nie wydaje się budzić wątpliwości. Czyż Bóg nie jest Stwórcą świata? Czy dzieło stworzenia nie budzi zachwytów? Czy nie powinniśmy wedle sił kontynuować tego dzieła? Tak, to prawda. Pozostaje jednak pytanie o więź. Na czym ma polegać religijna więź między człowiekiem a człowiekiem, ludźmi a Bogiem? Człowiek ma pod­dawać sobie ziemię, czyli innymi słowy: ma odkrywać obecność Stwórcy w stworzeniach i wokół osi swego stosunku do ziemi i jej Stwórcy ma budować swą więź z innymi. Co to znaczy?

Zasadą więzi religijnej ma być stosunek człowieka do ziemi – stosunek władania nad stworzeniem. Trzeba zawładnąć ziemią, która rodzi osty i ciernie, aby rodziła pszenicę. Zmuszając ziemię do posłuszeństwa, czło­wiek uczestniczy w dziele stworzenia. Ziemia sama zaprasza go do takiego uczestnictwa. Bo jak się rzeczy mają? Ziemia czaruje nas i sprawia nam zawód, budzi przejmujące fascinosum i tremendum. Czaruje i tym sposo­bem zmusza do myślenia o Bogu. Rozczarowuje i w ten sposób daje znać, że to nie ona jest Bogiem. Jedno i drugie skłania nas do czynu – wielkiego czynu cywilizowania i humanizowania ziemi. Czyn ten idzie w dwojakim kierunku – technicznym i społecznym, rodzi technikę i rodzi nowe organi­zacje społeczeństw. Syntezą techniki i organizacji są przede wszystkim nowe systemy pracy. Człowiek – pan ziemi – staje się coraz bardziej istotą pracującą. Jego podstawową troską jest postęp. Ale, czym jest postęp?

Każde rozczarowanie, każdy zawód, doprowadza w końcu do rozkładu wspólnoty

Stąd wyłania się religio – podstawowe „razem” Boga i człowieka. Kiedy my, ludzie, i Bóg jesteśmy naprawdę razem? Jesteśmy razem już wtedy, gdy bierzemy udział w wielkim cywilizacyjnym i humanizującym czynie, ale przede wszystkim wtedy, gdy czyn ten umiemy poddać podsta­wowej zasadzie stworzenia – moralnej zasadzie sprawiedliwości. Każdemu to, co mu się należy. Nowa cywilizacja i nowa kultura muszą być oparte na sprawiedliwości. Szczególnie nowa praca: praca musi przynosić tyle owo­ców, aby można było zaspokoić potrzeby wszystkich, a sprawiedliwość ludzka musi tak obfitować, aby nikt nie otrzymywał więcej, niż mu się słusznie należy. Czym jest więc ostatecznie i od fundamentalnej strony religia? Religia jest wzajemną więzią sprawiedliwego Stwórcy i sprawiedli­wych Jego czcicieli, przejawiającą się na zewnątrz dziełem budowania sprawiedliwej cywilizacji na ziemi.

Odwróćmy teraz spojrzenie od tych idei i rozejrzyjmy się wokół siebie. Gdzie wśród nas można znaleźć ślady takich propozycji? Nie chodzi o propozycje wyraźnie sformułowane, lecz propozycje aksjologiczne, pro­pozycje przemian wartości, uwarunkowane przez postawy uczuciowe, zachwyty, oczekiwania, różne odmiany myślenia życzeniowego. Opisy­wana postawa to oś przyciągania, wokół której kręcą się w rozmaitej odległości różne pomysły. W bezpośredniej bliskości osi pozostaje myśle­nie zwolenników Teilharda de Chardin z jego mistycznym zachwyceniem ewolucją świata i boskimi mocami materii. Tuż obok znajdują się niektóre nurty teologii wyzwolenia ze swą ideologią postępu społecznego, emancy­pacji ubogich, rewolucyjnej walki o sprawiedliwość społeczną. Towarzy­szą im dzielnie ideologie sojuszniczej współpracy z ruchami lewicowymi, szukające dla siebie teoretycznych podstaw w teologii stworzenia. W polu przyciągania, choć – przyznaję – w dalszej odległości, krążą te odmiany filozofii chrześcijańskiej, które chcą uczynić z metafizycznego podziwu wobec świata zarzewie wiary ewangelicznej. A także ci, którzy idą tropem badań niektórych fenomenologów religii i starają się ożywić we współczes­nym, laickim świecie doświadczenie sacrum pogańskiego, rozsianego wszędzie po ziemi, gdzie tylko istnieje moc zdolna do oczarowania człowieka. Wszystko w końcu sprowadza się do oczarowania mocą. Mniejsza moc wskazuje na większą, większa na jeszcze większą, a mocą największą jest Stwórca. Również życie wspólnoty zostaje poddane prawidłom mocy. Moc wspólnoty jest racją jej istnienia. Uzyskując uznanie ze strony wspól­noty, jednostka ludzka uzyskuje prawo do bytu. Zadaniem wspólnoty jest: sprawiedliwy przydział mocy każdemu. Tym sposobem sprawiedliwość w łonie wspólnoty ma odzwierciedlać sprawiedliwość samego Stwórcy.

Dokonany przewrót wartości stwarza jednak trudną do usunięcia iluzję, jakoby racja stworzenia zawierała się w samym stworzeniu. Czy dzieło stworzenia może samo siebie usprawiedliwić? Dlaczego Bóg stwo­rzył świat? Aby bawić się widokiem ludzkiej nędzy? Czy można mówić: stworzył, bo stworzył? Przyjrzyjmy się innemu zjawisku: czy odniesienie człowieka do ziemi może być tą osią, na której i wokół której mają być osadzone podstawowe stosunki człowieka z innymi? Opisywana prze­miana wartości nie tylko nie odpowiada na pierwsze pytania, ale błędnie widzi zasadę odniesień wzajemnych Boga i ludzi. Jeśli idzie o tę drugą sprawę, warto zwrócić uwagę, że zachodzi znamienna analogia między religijnym oczarowaniem stworzeniem a mistycyzmem pogańskim z ok­resu jego schyłku, o czym wspomina św. Augustyn: im bliżej upadku było pogaństwo, tym większe było jego oczarowanie światem i tym bardziej namiętna dążność do opanowania świata przy pomocy bóstw, które gwał­townie się rozmnożyły i zaczęły zamieszkiwać każdy skrawek ziemi, ale w godzinie, w której przemówił Bóg ukryty – Deus absconditus – bóstwa nagle pierzchły i znikła więź, na której straży stały. Dawna oś stosunku do świata i bóstwa pękła, pojawiła się nowa, zbudowana ze słowa. Dopiero dzięki słowu świat uzyskał usprawiedliwienie. Usprawiedliwiona została również troska o sprawiedliwość w ludzkiej wspólnocie. Narodziła się nowa więź, mocniejsza niż więzi dotychczasowe. Okazało się też, że największym czynem budującym przyszłość człowieka nie jest czyn cywili­zacyjny, lecz ukrzyżowanie.

Wydarzenie objawienia

Rozważmy inny przypadek przewrotu wartości – ustanowienie najwyż­szej wartości objawienia. Bóg ukryty przemówił. Wśród nas pozostało Jego słowo. Słowo to jest światłem błądzących. Oto cud cudów i łaska wszelkich łask, oto prawdziwa świętość na tej ziemi. Nie ma już świętych gajów, ale są święte księgi. Wydarzenie stworzenia traci na znaczeniu. Ale i wydarzenie zbawienia schodzi z piedestału. Po co szukać zbawienia jako czegoś odrębnego od objawienia, czy samo objawieni nam nie wystarczy? Czy nie podnosi naszego ducha na wyżyny? Człowiek nie musi już konty­nuować dzieła stworzenia, lecz powinien przyjmować do swej duszy światło objawienia i promieniować nim dookoła. Wartością najwyższą są „słowa żywota”.

Początki znów wydają się oczywiste. Gdy Bóg przemówił, przed czło­wiekiem stanęło nowe zadanie: „bierz i czytaj”. Nowa religia stała się bliższa mistrzom retoryki niż mistrzom ontologii. Aby znaleźć Boga, trzeba usłyszeć słowo, uwierzyć słowu, stać się posłańcem słowa. Istotna więź religijna między człowiekiem a Bogiem winna się dopełnić poprzez rozumienie słowa. Na czym taka więź polega?

Ustanawiając wartość objawienia jako wartość najwyższą, człowiek stara się iść aż do końca tropem wyznaczonym przez metaforę światła. Początki metafory są u Platona. Człowiek nabiera przekonania, że nie może być mowy o innym objawieniu, jak objawienie przez światło. Na poziomie metaforyki światła mogą się spotkać myśl pogańska z myślą chrześcijańską. Przyjąć objawienie znaczy więc: przyjąć światło. Można to czynić dwojako: negatywnie i pozytywnie. Negatywnie znaczy: wciąż oczyszczać duszę z przesądów, także przesądów religijnych, pozbywać się zasłon i przysłon, odrzucać słowa i formuły, aby móc rozkoszować się światłem większym od słów. Pozytywnie znaczy: brać światło z Bożych słów i rzucać je pomiędzy słowa światowej mądrości, osądzając ją i rozsą­dzając. Koniec końców trzeba zmierzać do tego, by wszyscy żyli w tym samym świetle.

Stąd rodzi się nowa, inna niż poprzednio, idea więzi. Co znaczy, że wszyscy żyjemy w tym samym świetle? Żyjemy we wspólnym świetle, gdy jednako rozumiemy znaczenia słów pochodzących ze wspólnej mowy Boga i ludzi – „słów żywota”. Słowa łączą, ale słowa mogą również dzielić. Aby słowa łączyły, a nie dzieliły, trzeba wciąż ustalać ich znaczenia i strzec znaczeń, które już zostały ustalone. Tym sposobem można określić wspól­notę – wspólnotę jednego i tego samego wyznania. Jesteśmy razem – my i nasz Bóg – gdy razem uczestniczymy w tej samej wspólnocie słów. Bóg rozumie naszą modlitwę, a i my nie prosimy Boga o coś, czego On nie pragnie. I tak określony został krąg naszej odpowiedzialności: bardziej niż za sprawiedliwość jesteśmy odpowiedzialni za prawdę.

Bóg może „zaistnieć” między człowiekiem a człowiekiem

Czy oznacza to rezygnację ze zbawienia? Nie, ale przyciąganie osi staje się coraz mocniejsze. Po co szukać innego szczęścia niż to, które bierze się ze światła słów? Czyż słowa nie są naszym pokarmem? Czy nie dają nam życia? Kto zaznał szczęścia poznawania prawdy, ten jest gotów przy nim pozostać.

Znów zapytajmy: gdzie szukać dziś śladów takiego przewrotu war­tości? Z pewnością postawa negatywna walki z przesądami daje się obser­wować wśród krytycznych nurtów teologii, przede wszystkim teologii Zachodu. Wychodzą one od uznania wartości słowa, ale w końcu rezyg­nują ze słów, aby szukać czystego światła i przy nim pozostać. Postawa pozytywna rzucania światła Bożych słów w świat słów kultury jest częstsza i szerzej rozpowszechniona. Nie ma w niej niczego niepokojącego dopóki nie doprowadza ona do prób swoistego przekładu mowy Bożej na mowę ludzkiej mądrości celem rzekomo lepszego zrozumienia tej pierwszej. Tworzy się wówczas coś w rodzaju „teologii podkładanej” – teologii, która zamiast mówić mową objawienia, mówi mową, którą podkłada pod mowę objawienia, mową aktualnej mądrości tego świata: w czasach scholastycznych – scholastyczną, w czasach heglowskich – heglowską, w czasach heideggerowskich – heideggerowską. Tym sposobem ma się wrażenie, że wspólnota wiernych poszerza się o wspólnotę wyznawców aktualnej mąd­rości ludzkiej. Ale u nas inne zjawisko wydaje się szczególnie znamienne. W środowiskach laickiej inteligencji daje się obserwować nagły wzrost zauroczenia religią. Wszystko na tym świecie wydaje się upadłe, marny jest nasz świat, wokół nas rośnie pustynia, stajemy się jak znaki bez znaczenia, nasza mowa upadła, stała się nowomowa i obmową… Ale wśród cie­mności pali się światło. Jest jeszcze wśród nas mowa religii. W mowie religii ocalona została istota mowy. Czy można się dziwić, że inteligenci – wyrobnicy słowa – w mowie tej szukają ocalenia?

Tu także jest obecna aksjologiczna iluzja. Jest taka chwila w życiu religijnym człowieka, w którym to, co decydujące, wydarza się poza świat­łem i poza mową. Życie przychodzi nie tylko ze słów, również ze śmierci – śmierci krzyżowej. Ciemność jest równie istotna jak światło. Trzeba rozró­żnić objawienie w sensie greckim i objawienie w sensie biblijnym. Tylko w jaskimi platońskiej objawienie było światłem – nadmiarem światła, w Biblii było najpierw ciemnością. Ale nawet nie ciemność była tu istotna, istotny był wybór. Bóg wybrał Abrahama. Bóg czeka, aby Abraham wybrał Boga. Wybrani wybierają tego, kto ich wpierw wybrał. Czy wybie­rają w świetle? Jest tylko tyle światła, ile wymaga wybór, a poza tym jest ciemność. Ona nawet musi być, bo inaczej nie byłoby wolności. A wolność być musi. Jeśli ma powstać wierność, musi być wolność. Wierność jak ziarnko goryczy rozrasta się w wielką wspólnotę. Na tym właśnie polega więź – religio: na wierności. Bóg wierny Abrahamowi, potomstwo Abra­hama wierne ojcu i Bogu, Bóg wierny potomstwu Abrahama, ale na samym początku jest wybór Abrahama, jego wolność, jego wierność, jego religia. To w porównaniu z tą mocą okazała się pozbawioną mocy więź z bó­stwami, które dotąd zapełniały ziemię.

Zbawienie

Co powiemy o preferencji zbawienia? O prawdziwym przewrocie pier­wotnego ładu wartości świadczy jedynie taki przypadek, w którym wyda­rzenie zbawienia zostało uznane za jedyną absolutną wartość chrześcijaństwa. W tym świetle inne wydarzenia przestają w ogóle być wartościami. Czy może być wartością dzieło stworzenia, skoro stworzenie jest stworzeniem tego, co niedoskonałe? Kontynuowanie dzieła stworzenia jest kontynuowaniem tego, co trwa w upadku. Podobnie z objawieniem. Czy ciasny umysł i ciasne serce mogą przyjmować słowo Boże nie zniekształcając jego sensu? Aby uzyskać zbawienie, lepiej więc wycofać się z wszelkiego cywilizacyjnego czynu i wszelkich prób rozumienia słowa Bożego. Wystarczy zaufać po dziecięcemu Zbawicielowi, który może zbawić człowieka bezpośrednio.

Postawa taka pozostaje w pewnym związku z wieloznacznością samej idei zbawienia, pomnażaną przez rozmaite formy „teologii podkładanej”. Czym jest właściwie zbawienie? Odpowiedź wyznaczają dwa czynniki: jeden to doświadczenie biedy, która tu i teraz doskwiera człowiekowi najbardziej, drugi to przeświadczenie o tym, co w człowieku jest najlep­szego, o co Bóg może zaczepić swój ratunek. Czy można nie prosić Boga o zbawienie od tego złego, które tu i teraz człowiekowi zagraża? Czy Bóg może nie chcieć ocalić w nas tego, co wedle naszych mniemań jest w nas najlepsze? Tak więc dla tych, którzy noszą w duszy ból niewoli, najbliższe wydaje się pojęcie wyzwolenia; zaś wartością najbardziej godną ocalenia wydaje się umiłowanie wolności. Dla gnębionych niepewnością co do swej winy i niewinności najbliższe jest usprawiedliwienie – zbawić, znaczy: usprawiedliwić; wartością najbardziej godną zbawienia okazuje się miłość niewinności. Dla tych, którzy czują się „zaprzedani” najbliższe wydaje się „odkupienie”, zaś właściwym charyzmatem zbawczym – pragnienie odda­nia się Bogu bez reszty. To oczywiście nie wyczerpuje wszystkich możli­wości. Obraz zła gnębiącego człowieka jest przebogaty i posiadanie różnych uczuć poczytuje sobie też człowiek za chwałę.

Jedno wymaga jednak szczególnej uwagi. Nierzadko upatruje się moc zbawczą w poczuciu moralnej czystości człowieka wierzącego. Czy Bóg może nie zbawić tych, którzy mają czyste ręce? Czy nie powinien potępiać zbrukanych grzechem i obciążonych winą? Tak, musi tak postąpić. Trzeba więc dążyć do tego, by samemu być nieskalanym i innym pomóc w tym kierunku. Poza tym jest to jedyna droga polepszenia naszego świata. Religia ma być więzią moralnie nieskalanych. Trzeba przyznać, że przeko­nania takie znajdują szerokie uznanie w czasach moralnego upadku świata, w dniach, w których ukazują się wszystkim ponure owoce sprzedajnych uczynków i przekupionych rozmów. Wtedy przestaje się wierzyć w rozum i w czyn. Jakie poznanie może nas ocalić? Poznając świat, poznajemy jedynie głębiej jego upadek i tracimy wszelką nadzieję. Podej­mując czyn, widzimy wyłącznie jego dwuznaczny owoc, co odbiera wszelką ochotę do czynu. Nie pozostaje nic innego jak trwanie – trwanie w postawie niezaangażowania, w trosce o czystość rąk.

Religia jest wiernością. Wierność bierze się z wyboru

Stąd rodzi się szersza propozycja więzi – więzi pojętej jako przebywanie w świecie tych samych nastrojów. Nastrój nas łączy, nastrój dzieli. Sta­rajmy się o nastrój, który nie dzieli. Grzejmy się tym nastrojem. Jego ciepło jest znakiem, że Bóg jest z nami. Z tego piedestału osądzajmy świat. Jeśli my osądzimy świat, świat nie osądzi nas.

I tu właśnie iluzje są największe i najtrudniejsze do rozproszenia. Kto szuka zbawienia, zrywając z dziełem stworzenia i jego sprawiedliwością oraz dziełem objawienia i jego prawdą, i wiernością, ten dokonuje istotnej przemiany człowieka jako podmiotu religii. Stwarza człowieka okrojonej odpowiedzialności. Ale powiedziano: „jeśli wy wołać nie będziecie, kamienie wołać będą”. Tak więc trzeba wrócić tam, skąd wyszliśmy, trzeba przyjąć całą odpowiedzialność, do której powołał człowieka Bóg. Zbawienie jest wartością najwyższą. Nie w tym jednak znaczeniu, że przekreśla wszystkie inne wartości, ale w tym, że je umacnia, nadając im najgłębszy sens i największą moc.

Czy powrót taki nie oznacza jednak groźby utraty czystych rąk? To jest istotne pytanie. Trzeba właściwie zrozumieć wkład religii w życie moralne człowieka. Religia jest wiernością. Wierność bierze się z wyboru. Wybór pochodzi z wolności. Ale, gdzie jest wielka wolność, tam jest też wielka wina. Człowiek nie może wybierać Boga, który go wybrał, nie uświadamia­jąc sobie swej winy i nie popadając w stan skruchy. Warto przypomnieć słowa S. Kierkegaarda: „Nie uchodzi kochać młodej dziewczyny tak, jak kocha się matkę, albo matkę, jakby była młodą dziewczyną; każda miłość ma swoisty charakter, a miłość do Boga ma swoją absolutną specyficzność, której wyrazem jest skrucha” („Albo – albo”, t. II, s. 293). Człowiek wie, że jest niegodny wyboru. Niesie na barkach brzemię swoich win. Nie sądzi, aby nie był sądzony. Wie, że zbawienie, o które w końcu chodzi, przycho­dzi wyłącznie do pokutujących.

Sedno sprawy

Chrześcijaństwo nasze przechodzi dziś głębokie przemiany. Wśród klęsk i zwycięstw, próśb, pokus, upadków i wzlotów uzyskuje ono nową samowiedzę. Okoliczności dziejowe sprawiły, że spełnia ono nowe zada­nia. Raz po raz staje przed pytaniem: czym naprawdę jest, czym jest w ogóle i czym w naszym kraju i naszym czasie? Pytania te zawsze doty­kają sprawy więzi. Wydaje się bowiem oczywiste, że każdy rozkład więzi oznacza jakiś kryzys wiary, a każde jej umocnienie świadczy o pogłębie­niu. Nie chodzi jednak w takim razie o kryzys prawdy, lecz o kryzys sensu, wartości.

Dojrzewanie chrześcijańskiej samowiedzy nie przebiega łatwo. Jedne więzi pękają, inne umacniają się. Każdemu dążeniu w jednym kierunku towarzyszy dążenie przeciwne. Oczarowanie ustępuje miejsca rozczarowa­niu, może też dojść do zupełnego przeinaczenia sensu wiary chrześcijań­skiej. Gdy umacnia się więź odpowiedzialności za sprawiedliwość, słabnie często więź odpowiedzialności za prawdę i zbawienie, gdy rośnie zauro­czenie zbawieniem mogą niknąć więzi odpowiedzialności za prawdę i spra­wiedliwość. Wszystko to nie jest abstrakcją, mimo że mówimy tu przy pomocy formuł ogólnych. Pod każdym słowem kryją się tysiące napięć, pragnień i zawodów, życzeń, podejrzeń, sądów i osądów, sensownych i bezsensownych ofiar.

Stąd sedno naszej sprawy: jaka więź podstawowa może ocalić dla nas wartość więzi, które już zaistniały, chroniąc nas jednocześnie przed abso­lutyzowaniem tego, co względne? Pytanie to jest konkretną formą pytania o sens zbawienia. Czym jest zbawienie dla nas tu i teraz? Wyzwoleniem, usprawiedliwieniem, odkupieniem? W tym miejscu trzeba rozważyć słowa: „Słowo ciałem się stało i miesz­kało między nami”. Szczególnie cenne są słówka: między nami. Bóg może „zaistnieć” między człowiekiem a człowiekiem. Inaczej niż istnieje Stwórca, inaczej niż istnieje Ten, który się objawia. Inaczej, bo nie bez wyboru przez człowieka. Stworzenie dokonało się bez woli człowieka, podobnie wybranie przez Boga, ale zbawienie nie może się dokonać bez wolnego wyboru. Jeśli ludzie wybiorą Boga, Bóg będzie mieszkał między nimi, jeśli nie wybiorą, to nie będzie. Obrazuje to tajemnica Eucharystii: Zbawiciel przychodzi i jest, ponieważ wierni wciąż wybierają Go na nowo. W wyborze tym wolność osiąga najwyższą godność, a Bóg – bliskość.

Mając na uwadze więź wierności przywołującej Boga, by mieszkał między ludźmi, musimy wrócić do dwóch poprzedzających wydarzeń dramatu i w tym świetle przemyśleć wszystkie więzi, które powstały w wy­niku naszych małych i wielkich zauroczeń. Nie po to jednak, by je niszczyć, ale po to, by je w ich rdzeniu usprawiedliwić. Trzeba zapytać: jaki jest związek między odpowiedzialnością za cywilizacyjny czyn, za systemy pracy, za sprawiedliwość, za wspólną mowę religii, za czystość jej języka, za prawdę, za moralność, za czyste ręce itd., a odpowiedzialnością najwyższego rzędu – odpowiedzialnością za mieszkanie Boga między nami?

Pytania te nie są wyłącznie skierowane do rozumu. Kierują się one do całego człowieka. W tym sensie, że odpowiedzią na nie ma być człowiek – nowy człowiek pogłębionego ducha, a nie tylko poukładane w ładną teo­rię zdania. Bóg działa w historii poprzez człowieka. I na tym chyba polega sens prób, które są naszym udziałem, że w nich, jak w ogniu, wytapia się złoto. Sednem naszej sprawy jest więź, ale sednem więzi – człowiek. Wszystkie inne zagadnienia okazują się wtórne i chyba nawet niewarte tego, by poświęcać im czas – czas tak cenny, jak nasz.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 4-6/1985.