Serialowy „Detektyw” to idealna odtrutka na świat taniego pocieszenia, łatwych odpowiedzi, naiwnych koncepcji. Artystycznie doskonałe przypomnienie, że ciemność otacza nawet najjaśniejsze dni.

Duszne, zapomniane przez Boga mokradła Luizjany. Skąpane w upale Vichy. Pozornie sielskie hrabstwo Ozark. To areny polowania na zło, beznadziejnej walki z nim albo koszmarnego snu. Typowe dla serialu „Detektyw”.

Dotychczas powstały trzy sezony. Pierwszy to arcydzieło współczesnej telewizji. Zagmatwany fabularnie drugi pozostaje najsłabszym ogniwem, choć niepozbawionym wielkich momentów. Premierowa emisja odcinków trzeciej odsłony, jednocześnie wyraźnie nawiązującej do pierwotnego sezonu i nieco odmiennej od reszty (bardziej obyczajowej), niedawno zakończyła się na HBO.

Apostołowie złej nowiny

Pomysł pozostaje stosunkowo prosty. Każdy sezon to śledztwo kryminalne, rozgrywane w innym miejscu i czasie niż poprzednio oraz przez zupełnie innych detektywów (z tych zasad w jednej ze scen wyłamuje się tegoroczna odsłona).

To jednak nie intryga kryminalna (choć sprawnie prowadzona, skutecznie potrafiąca zmylić widza) stanowi o sile „Detektywa” – rozwiązania zagadki śledztwa w najnowszym sezonie można domyślić się na dwa odcinki przed finałem. Skoro nie intryga, to co? W pierwszej kolejności zmęczeni, skłóceni z życiem bohaterowie. Przywołajmy najbardziej znany przykład. W pierwszym „Detektywie” Rust Cohle (najlepsza rola w karierze Matthew McConaughey’a), choć wydaje się postacią żywcem wyciągnięta z kina noir, staje się kimś więcej – swoistym apostołem złej nowiny. Nazywa siebie realistą, „którego filozof określiłby pesymistą”. Powtarza, że „człowiek to istota, która łudzi się, iż posiada osobowość ukształtowaną z przeżyć jednostki. Każdy z nas został zaprogramowany, by uważać się za kogoś, a jest – jak cała reszta – nikim. Pozostaje nam jedynie honorowo sprzeciwić się programowi, zakończyć reprodukcję, ruszyć ku nieuchronnej zagładzie”. Według niego „świat to jedno wielkie getto, kosmiczny rynsztok”.

Źródła tych refleksji są stosunkowo łatwe do rozszyfrowania. Twórca serialu (scenarzysta i showrunner) Nic Pizzolatto na łamach „The Wall Street Journal” zdradził zresztą przy okazji premiery pierwszego sezonu, że filozoficznych inspiracji dostarczyli mu tacy myśliciele jak Ray Brassier czy David Benatar oraz tacy twórcy jak Thomas Ligotti. Można by spokojnie rozszerzyć tę pulę i dodać do niej Arthura Schopenhauera i Sørena Kierkegaarda, Emila Ciorana i Paula Celana, powieści Raymond Chandlera i Dashiella Hammetta, a także opowiadania H.P. Lovecrafta. Jeśli dołączymy do tego jeszcze ballady Leonarda Cohena (nieprzypadkowo jego „Nevermind” pojawia się w czołówce drugiego sezonu), Nicka Cave’a, Cheta Bakera i późne pieśni Johnny’ego Casha, otrzymamy klimat zbliżony do opowieści.

Egzystencjalistyczne rozważania Rusta nie są zresztą tylko błyskotliwo-gorzkim ozdobnikiem serii. Wraz rozwojem akcji (każdego sezonu) okazuje się, że nihilistyczny detektyw miał rację – świat przedstawiony w serialu to siedlisko zła, zaś jego tropienie to droga przypominająca podróż do piekieł, do dusznego jądra ciemności Ameryki. Są nim zarówno konserwatywne południe, jak też etycznie zepsuta, posthipisowska Kalifornia czy pozornie spokojna, rasistowska północ stanu Arkansas.

Sypiając z przeszłością i złem

Samo zło ma charakter metafizyczny, spiskowy (pierwszy i drugi sezon), jak też – co jest pewnym novum przy trzeciej odsłonie – banalny, trochę na wzór słynnej koncepcji Hannah Arendt. I co najważniejsze – zło wydaje się zagarniać coraz szersze kręgi, także dzięki ludzkiej głupocie, naiwności i ignorancji. Rezultaty wysiłków detektywów zawsze będą połowiczne, niesięgające rdzenia zbrodni. Sukces i spełnienie nie mogą przecież mieszkać w przeklętym świecie. Kryminalna opowieść staje się traktatem o smutku.

„Detektyw” na gruncie telewizji bezlitośnie rozprawia się z nieprzystającą do rzeczywistości iluzją że, kryminał przywraca światu ład: winny zostają ukarani, zło napiętnowane, sprawiedliwi nagrodzeni, zagadka rozwiązana. To zresztą w postmodernistycznej kulturze nic nowego, takie – na serialowym gruncie – było już przed laty choćby „Twin peaks”, jednak podczas gdy David Lynch łagodził jego wydźwięk ironią i przerysowaną konwencją, bohaterowie Pizzolatto w ogóle się nie uśmiechają, a jeśli już jest to gorzki uśmiech rezygnacji.

W swojej wymowie serial wyraźnie zbliża się do najlepszych czarnych filmów Carola Reeda i Jeana-Pierre’a Melville’a, neonoirowskich thrillerów Briana De Palmy i Michaela Manna oraz antywesternów Sama Peckinpaha i Martina Ritta, w których zacierała się granica między dobrem a złem, zwalczający występek bohaterowie sami nie bali się „pobrudzić sobie rąk”, zaangażowanie w sprawy społeczeństwa często przypłacali życiem (i spotykali śmierć, jedyne ukojenie), w dodatku popełniali w życiu koszmarne błędy i mylili się w ocenie sytuacji albo inaczej – wiedzieli, że nie ma z nich dobrego wyjścia, czarno-białych rozwiązań, są tylko kolejne odcienie szarości. W świecie „Detektywa” bohaterowie doskonale zdają sobie sprawę z tego, że często są skuteczni jedynie wtedy, gdy działają poza granicą prawa. Dotykają ciemności, choć wiedzą, że – jak głosi jeden z plakatów serii – wówczas ciemność nimi zawładnie. Wiedzą też jednak, że muszą to robić, bowiem – jak mówi Cohle – „świat potrzebuje złych ludzi, żeby strzegli go przed tymi gorszymi”. Oto sens życia według Pizzolatto.

Odkupienie w „Detektywie” wydaje się niemożliwe, byłoby bowiem zbyt banalne. Kosmiczne zło nie może zniknąć za jednym pstryknięciem palcami

Wspomniałem, że „Detektyw” to przede wszystkim zmęczeni życiem bohaterowie, którzy prowadzą swoje beznadziejne batalie. Tyle że źródłem ich boleści jest nie tylko wyczucie otaczającej ich potęgi zła, co przede wszystkim indywidualne zapasy z przeszłością. Wszyscy noszą ją w sobie, niemal dosłownie sypiają z nią: z wojennymi traumami, osobistymi tragediami, popełnionymi w dobrej wierze zbrodniami, z trudnymi relacjami rodzinnymi. Ich pierwszymi przeciwnikami są bezlitosny czas i pamięć. Pozostają wiecznie spóźnieni, za wcześnie lub za późno, by zbliżyć się do spokoju wewnętrznego, do namiastki szczęścia. Niewykorzystane szanse już się nie powtórzą, stracone lata nie mogą zostać odzyskane.

W tym kontekście ciekawie wypadają postaci najnowszego sezonu, których oglądamy na trzech, płynnie przeplatanych płaszczyznach czasowych. Choć zabieg ten został oswojony w pierwszej odsłonie, tym razem Pizzolatto idzie dalej, skazując detektywów na dosłowną walkę z podskórnym wrogiem każdego herosa – z trudami starości, z druzgocącym bilansem zysków i strat oraz z samotnością (przed którą nie chroni nawet rodzina). Los drwi z Wayne’a Haysa (brawurowa rola tegorocznego zdobywcy Oscara Mahershali Aliego) – genialny tropiciel, chwalący się tym, że potrafi w pracy selekcjonować ważne informacje, u kresu wędrówki musi zmagać się z zanikami pamięci, z demencją, układać swój świat ze strzępków bodźców. Ponownie sprawdziły się nihilistyczne mądrości Rusta, powtarzającego, że wszyscy jesteśmy uwięzieni w koszmarze, z którego nie potrafimy się uwolnić.

Bezsensowne wirowanie

Stary szeryf opowiada żonie przy śniadaniu sen. W zimną mroźną noc mija go ojciec, zaś bohater ma pewność, że ten będzie gdzieś na niego czekał i rozpali ogień. Nieco przewrotnie przywołuję scenę z bezlitośnie smutnego „To nie jest kraj dla starych ludzi” braci Coen. Podobne rozgrywają się w serialu Pizzolatto. Pozbawione są jednak oczywistej nadziei. „Detektyw” to bowiem przepełniona tęsknotą przestrzeń bez metafizycznego sensu (przynajmniej na pierwszy rzut oka, nieśmiało przeczą temu za każdym razem finałowe odcinki). W dodatku bez odkupienia i możliwości uzyskania przebaczenia za winy. Odpuszczenie grzechów byłoby po prostu zbyt banalne. Kosmiczne zło nie może przecież zniknąć za jednym pstryknięciem palcami.

Tak skrajnie pesymistyczna wizja niekoniecznie pozbawiona jest jednak jakiejkolwiek wartości. Brutalny „Detektyw” to dzieło autentyczne i bezkompromisowe. Idealna odtrutka na świat taniego pocieszenia, łatwych odpowiedzi, naiwnych koncepcji samo doskonałości. Artystycznie genialne przypomnienie, że ciemność otacza nawet najjaśniejsze dni. Że można oczywiście uciekać od grozy życia, bezmyślnie kołysząc się w jego wirze, ale to bezskuteczne. I że zbawienia nie ma na tym świecie (jedynie na drugim, choć i to – jak sugerują twórcy – wielka niewiadoma). Lepiej zresztą od czasu do czasu nad nim – jak pisał Czesław Miłosz – popłakać, „zamiast szczerzyć zęby / i fikać koziołki dla pełnej sali”. Życie nie składa się przecież z samych trumfów, ale i momentów, w których kamieniem pesymizmu chciałoby się rozbić iluzję zadowolonego z siebie, pozbawionego namysłu społeczeństwa. Tylko że czasem brakuje kamieni.

Każdy z sezonów kończy się okruchem światła, które – po chwilowej choćby refleksji – nie staje się łatwym pocieszeniem. W połowie drugiego sezonu detektyw Ray Velcoro (świetny Colin Farrell) przekonuje załamanego kolegę, że nikt tak naprawdę nie wie, na czym polega życie. To być może jedyna bezpośrednia mądrość płynąca z ekranu.

„I pomyśleć, że pomimo tylu zachwytów, tylu cierpień, tylu śmiałych myśli, tylu mądrych słów – ta gwiazda zaranna nad moją głową na zawsze będzie dla mnie czymś niezrozumiałym” – mówi bohater „Sérénité”, jednego z ostatnich opowiadań Jarosława Iwaszkiewicza. Zgoda na brak odpowiedzi nie musi wcale oznaczać czarnej rozpaczy. Wszyscy – jak sugeruje trzeci sezon „Detektywa” – ostatecznie musimy w pojedynkę mierzyć się z brutalną dżunglą życia. Uświadomienie sobie tego może być początkiem drogi, ku ukojeniu lub zapomnieniu. Bez naiwnych nadziei. I bez dalszych rozczarowań.