Do bojkotu konsumenckiego Kościoła wzywa katolików Łukasz Pawłowski z „Kultury Liberalnej”. Jak to możliwe, że liberał zaleca porzucenie wspólnoty zamiast wzięcia za nią odpowiedzialności?

W tekście „Bojkot konsumencki Kościoła katolickiego?” Łukasz Pawłowski, szef działu politycznego i sekretarz redakcji „Kultury Liberalnej”, nawołuje, by w odpowiedzi na skandale pedofilskie „przestać korzystać z usług Kościoła”.

Trudno powiedzieć, być może jego felieton skierowany jest w rzeczywistości do wiernych czytelników – ma ich utwierdzić w dotychczasowych przekonaniach, umilić im czas. Jednak chyba nie. Pawłowski zwraca się bowiem do wszystkich katolików w Polsce, nie tylko do czytelników „KL” lub własnych. W swoim apelu jest kategoryczny. „Jeśli tego nie zrobicie, dajecie przyzwolenie, by zepsuta instytucja nadal robiła rzeczy straszne. I nie widzę na to żadnego usprawiedliwienia” – grzmi Pawłowski.

To naiwne i wyniosłe. Mówiąc w skrócie: jeżeli autor uważa, że przekona osoby, które regularnie powtarzają w modlitwie „wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół” do bojkotu jego „usług”, to znaczy, że ich nie rozumie i z gruntu ustawia się na straconej pozycji. Zupełnie pomija fakt, że katolicy wierzą nie tylko w Boga, lecz także (choć inaczej) w Kościół; że katolicy, a nie wyłącznie katoliccy księża, są Kościołem. A więc tworzą go. I za niego odpowiadają. A to już powinno liberałowi podpowiadać inne rozwiązania niż bojkot.

Czy katolik nie ma w Kościele prawa głosu? Tak to wygląda na zewnątrz

Pawłowski raz jest absolutnie kategoryczny i wtedy pisze: „Jeśli Polaków naprawdę oburzają akty pedofilii popełniane przez kościelnych funkcjonariuszy oraz (zwykle udane) próby ich tuszowania przez przełożonych, mogą zrobić tylko jedno – zerwać kontakt z Kościołem”; innym razem okazuje łaskawość: „Skandale pedofilskie w Kościele nie oznaczają, że wierni muszą porzucać wiarę w Boga. Nie muszą nawet otwarcie występować z Kościoła, jeśli nie są na to gotowi. Wystarczy jednak, by przestali korzystać z jego usług”. W kolejnym tekście proponuje już „tylko” bojkot tacy w najbliższą niedzielę…

W rzeczywistości dla tych, którym na Kościele zależy, bojkot byłby niczym więcej niż tylko aktem mniej lub bardziej desperackiej kapitulacji

Lepszej drogi Pawłowski nie widzi, ponieważ jego zdaniem katolik nie ma w Kościele prawa głosu. „Wierny – w odróżnieniu od obywatela nie może ubiegać się o najwyższe kościelne urzędy w wyborach, nie ma też prawa wyboru swoich przedstawicieli. Zagłosować może tylko w jeden sposób – nogami”, twierdzi autor „KL”.

Tak to wygląda z zewnątrz. A od środka? Faktem jest, że ci, którzy chcieliby w Kościele zmieniać to i owo na lepsze (zarówno świeccy, jak i biskupi), miewają nieraz pod górkę. Tylko czy liberałowi wypada podpowiadać im rezygnację z „usług”?

Zdaniem Pawłowskiego byłby to dla hierarchów sygnał, że wierni nie są dani raz na zawsze, że czas się rozliczyć z błędów. To założenie autora nie jest jednak niczym poparte. Bardziej prawdopodobny wydaje się inny scenariusz; taki, w którym w przypadku bojkotu Kościół opuszczony przez licznych wiernych stacza się w integryzm i jest gorzej, niż było. W rzeczywistości więc dla tych, którym na Kościele zależy, bojkot byłby niczym więcej niż tylko aktem mniej lub bardziej desperackiej kapitulacji.

Biskup zaczyna słuchać

Nie sądziłem, że kiedyś będę pisał podobne słowa (bo nie uważam się za wojującego katolika ani „obrońcę” Kościoła), ale dla mnie Pawłowski dołącza do chóru obserwatorów, którym wydaje się, że najlepiej wiedzą, co katolik robić powinien. Dołącza do niego w momencie, gdy Kościołem targa poważny kryzys – w tej sytuacji nic prostszego, niż oburzać się i wzywać do bojkotu. Tyle, że z efekciarskiej i powierzchownej krytyki niewiele wynika, a jeszcze mniej zostanie.

Pawłowski ignoruje procesy, które już w Kościele zachodzą. Przecież dziś już wiemy, że przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki (wprawdzie z woli Watykanu, ale jednak) odbywał w ostatnim czasie prywatne spotkania z ofiarami seksualnych przestępstw księży. Polska opinia publiczna była w tej sprawie nieraz wprowadzana w błąd (np. OKO.press zbijało popularność na nieprawdziwym nagłówku „Abp Gądecki nie znalazł czasu na spotkanie z ofiarami”). W rzeczywistości jednak od uczestnika takiego spotkania z przewodniczącym episkopatu słyszymy: „Widziałem i czułem, że ktoś mnie słucha. Z uwagą i zainteresowaniem. Na twarzy abp. Gądeckiego widać było emocje, a nawet wzruszenie”. Mężczyzna skorzystał z okazji, by przedstawić własne postulaty, w tym powołania specjalnego kościelnego funduszu na rzecz ofiar – opłacano by z niego porady psychologiczne, terapie, leczenie, pracę adwokatów oraz odszkodowania.

Zaproszenie na rozmowę z szefem KEP przyjęło 28 osób. Nie wiemy, ile spotkań się odbyło. Abp Gądecki mówi, że każde z nich było dla niego ważne, poszerzało wiedzę i uwrażliwiało. Złożył też ważną deklarację: „Ból i cierpienie osób pokrzywdzonych wymagają od wszystkich – od biskupów i przełożonych zakonnych, od duchownych i świeckich – bezwarunkowego zaangażowania w proces zgłaszania, wysłuchiwania, naprawy i zapobiegania tego rodzaju przestępstwom”. Poważny liberał polemista mógłby interpretować cytowane słowa jako grę czy nawet pustosłowie – niestety. Pawłowski po prostu te fakty omija. Nie przyjmuje ich do wiadomości. Bo on sam lepiej wie, jaki jest Kościół. 

To, co kiedyś było możliwe, dziś jest odradzane

Wiemy dziś, że hierarchowie Kościoła nie mogą lekceważyć problemu przestępstw seksualnych, jeśli chcą odbudować autorytet i wiarygodność. I że po ujawnieniu wielu skandali to właśnie Kościół jest tą instytucją, która jako jedyna – i to na skalę globalną – może wnieść do walki z przestępstwami seksualnymi pozytywne praktyki. Dopiero co skończył się watykański szczyt o przestępstwach seksualnych księży i ochronie małoletnich. Było to pierwsze w historii Kościoła spotkanie przewodniczących episkopatów z całego świata – pomyślane w ten sposób właśnie dlatego, aby tę samą wrażliwość upowszechniać w Kościele na wszystkich kontynentach, niezależnie od miejscowej kultury. Nie wszyscy biskupi to rozumieją. Niestety wiceprzewodniczący polskiego episkopatu abp Marek Jędraszewski w dniu zakończenia watykańskiego szczytu (zastępował na nim hospitalizowanego w tym czasie abp. Gądeckiego) bawił już w Fatimie. Część ofiar księży odebrała ten przedwczesny wyjazd jako policzek.

Są jednak tacy biskupi, którzy sytuację rozumieją bardzo dobrze. Potrafią nazwać rzeczy po imieniu. Jak metropolita łódzki abp Grzegorz Ryś, który na początku października mówił: – Moglibyśmy z młodymi dzielić się naszym nauczaniem, ale niestety zgorszyliśmy ich swoimi grzechami seksualnymi. „Ubezsilniliśmy” Chrystusowe orędzie swoim postępowaniem. Związek między seksualnością a miłością został właściwie przez nas zerwany z powodu tych haniebnych czynów.

Na pewno poważna część duchownych nie potrafi jeszcze trzeźwo ocenić zjawiska, z którym mierzy się Kościół, ale część do tego dojrzewa. Posłuchajmy słów z nabożeństwa pokutnego w Watykanie („Nie powinniśmy się dziwić, jeśli ludzie mówią o nas źle, jeśli istnieje nieufność wobec nas. Nie powinniśmy narzekać, ale raczej zadać sobie pytanie, jak możemy działać inaczej”); zobaczmy papieża Franciszka, który całuje w rękę Marka Lisińskiego, ofiarę księdza diecezji płockiej i prezesa Fundacji „Nie lękajcie się”. Mocnym potwierdzeniem kościelnych zmian są słowa Franciszka, który ostatnio skrytykował otwarcie Jana Pawła II za tuszowanie jednej ze spraw (o jej wyjaśnienie miał zabiegać kard. Josef Ratzinger i wrócił do niej już jako Benedykt XVI) – osobliwe, że Pawłowski używa tego przykładu nie inaczej niż na potwierdzenie własnej krytyki Kościoła.

Zachowania, które jeszcze kilkanaście lat temu były w Kościele możliwe, dziś – przynajmniej w teorii – takie nie są. Ja sam w podstawówce byłem zapraszany przez księdza do jego mieszkania. Nie powinno było się to wydarzyć. Dziś, gdy czytam choćby wydane w ubiegłym roku „Normy ochrony dzieci i młodzieży oraz zasady praktyk duszpasterskich w diecezji warszawsko-praskiej” wiem, że oficjalnie się tego odradza, choć być może powinno się wyraźnie zakazać.

Każdy ma prawo czuć głęboki zawód – przecież takie dokumenty i takie normy powinny obowiązywać już od dawna (ile to już lat choćby od premiery i sukcesu „Spotlight”?). Skoro jednak w końcu obowiązują – to dobrze. Egzekwujmy je.

Odpowiedzialny katolik będzie działał

Gesty i słowa papieża, treści watykańskiego szczytu, nowe kościelne dokumenty i praktyka – to jest obecnie kościelny mainstream. Jeżeli są księża, którzy tego nie dostrzegają albo temu zaprzeczają, odpowiedzialny katolik nie będzie poddawał się i odchodził ze spuszczoną głową. Ani nie będzie bojkotował instytucji, jak to sobie wyobraża Pawłowski. Będzie działał.

Tak jak świeccy katolicy z Klubu Inteligencji Katolickiej, Laboratorium „Więzi” i Fundacji Pomocy Psychologicznej Pracownia Dialogu, którzy właśnie ogłosili uruchomienie telefonu wsparcia „Zranieni w Kościele” – głównie dla osób wykorzystanych seksualnie przez księży. Oburzenie przestępstwami seksualnymi wymaga potępienia i działania, a nie bojkotu instytucji, którą się współtworzy. „Czujemy się odpowiedzialni za osoby doświadczone przemocą seksualną i za nasz Kościół – dlatego chcemy zrobić, co w naszej mocy, aby pomóc osobom pokrzywdzonym” – piszą inicjatorzy akcji „Zranieni w Kościele”.

Wydawać by się mogło, że również dla liberała ważna będzie osobista odpowiedzialność jednostki; wiara, że od aktywności poszczególnych osób zależą losy wspólnoty – państwa czy Kościoła. Tymczasem Pawłowski proponuje katolikom co innego: porzucenie własnej wiary (tak, bo, jak już było powiedziane, wierzą nie tylko w Boga, lecz także w Kościół) oraz własnej wspólnoty. Zamiast brania za nie odpowiedzialności.

Kozioł otwarty

Paradoksalnie głównym kozłem ofiarnym dla obecnych krytyków Kościoła staje się tak zwany Kościół otwarty – legendarna, historyczna w zasadzie, formacja, której ważnymi przedstawicielami są KIK i „Więź”. Pawłowski jest kolejną osobą, która w ostatnim czasie podważa sens tej formacji (choćby po Adamie Leszczyńskim, autorze „Krytyki Politycznej” i OKO.press). Nic nowego. Wielokrotnie przed nimi to samo czynili różnej maści katoliccy konserwatyści, którzy koniec katolicyzmu otwartego wieszczą regularnie od kilkunastu lat.

Katolicyzm otwarty zaistniał na nowo w świadomości liberalnych publicystów jako ta część Kościoła, która nie pasuje do całości (wyobrażonej zapewne przez pryzmat Radia Maryja), a zatem nieprawdziwa, oszukańcza

Pisze Pawłowski: „felieton nie zaskarbi mi zapewne sympatii nie tylko wśród ignorujących winy Kościoła radykałów, lecz także wśród dalekich od radykalnej prawicy sympatyków tak zwanego Kościoła otwartego. Sprawa księdza Jankowskiego i wiele innych skandali pedofilskich w Kościele katolickim pokazują bowiem moim zdaniem jednoznacznie, że żaden Kościół otwarty, odmienny od Kościoła zamkniętego czy radykalnego, nie istnieje. Kościół jest jeden”. Innymi słowy: tekst nie spodoba się sympatykom Kościoła otwartego – bo Kościół otwarty nie istnieje; Kościół otwarty nie istnieje – bo dowodzą tego sprawa ks. Jankowskiego i inne skandale pedofilskie. Samo rozumowanie jest dość zawiłe, jednak nie w tym rzecz.

Okazuje się, że katolicyzm otwarty zaistniał na nowo w świadomości liberalnych publicystów jako ta część Kościoła, która nie pasuje do całości (wyobrażonej zapewne przez pryzmat Radia Maryja), a zatem nieprawdziwa, oszukańcza (Leszczyński w swoim tekście deklarował zerwanie przyjaźni z otwartymi katolikami właśnie dlatego, że uznał ich za oszustów). Katolicyzm otwarty (jakkolwiek go dzisiaj rozumieć – bo przecież ci, co go grzebią, definiowaniem „nieboszczyka” się nie zajmują) przeszkadza dziś zatem nie tylko kościelnym konserwatystom, dla których jest lewackim wynaturzeniem. Przeszkadza także liberalnym i lewicowym krytykom Kościoła, którym nie mieści się w głowie, że uczciwy człowiek może się identyfikować z instytucją skompromitowaną seksualnymi skandalami. 

Czy to aby nie wystarczająca zachęta, by sięgnąć do źródeł? Oto odżywa dość zapomniane przecież pojęcie. „Kościół otwarty” – książka Juliusza Eski z 1963 roku – to programowy tytuł dla środowiska „Więzi”. Sensem Kościoła otwartego było (jest) zaangażowanie świeckich katolików w życie Kościoła, branie odpowiedzialności za wspólnotę wierzących i budowanie dialogu Kościoła ze współczesnym światem. Eska nie tworzył opozycji Kościół otwarty – Kościół zamknięty, lecz troszczył się o postawę prawdziwie katolicką – czyli powszechną, otwartą – która, jak twierdził, musi odnaleźć swoje miejsce między integryzmem a progresizmem. Nic bardziej aktualnego.

Nie zadowalajmy się natomiast (nie)świętym oburzeniem na Kościół. Nawoływanie do bojkotu Kościoła akurat teraz wydaje się tanim publicystycznym populizmem. Kościół nie może być wyjęty spod krytyki. Ale w tej krytyce zasługuje na rzetelność.