Wyspowiadałam się po czterdziestu dwu latach. Początkowo pomyślałam sobie: nie wraca się, kiedy się jest pokonanym”, mówiła w naszej ostatniej rozmowie.

7 marca mija 50. rocznica śmierci Anny Kowalskiej, powieściopisarki i nowelistki cenionej dziś przez miłośników literatury głównie za sprawą jej „Dzienników 1927-1969”, wydanych dziesięć lat temu w wyborze Pawła Kądzieli, z przedmową Julii Hartwig (Iskry, Warszawa 2008). Niekiedy jej nazwisko pojawia się w opracowaniach historycznych, jako sygnatariuszki słynnego „Listu 34”. Przez szerszą publiczność pisarka jest dziś znana ewentualnie jako „ta Kowalska od Dąbrowskiej”.

Wiele osób myli ją ponadto z poetką Anką Kowalską, członkinią KOR-u, autorką jedynej powieści „Pestka”. Błędu takiego nie ustrzegł się nawet Andrzej Franaszek w swej monumentalnej biografii Miłosza. Cóż, upływ czasu bywa czyśćcem dla pisarzy, a zapomnienie jest losem wielu, w tym także wybitnych. Wiele postaci polskiej literatury XX wieku, dużo bardziej znanych za życia niż Anna Kowalska, uległo  zapomnieniu. W jakimś stopniu dotyczy to nawet jej sławnej przyjaciółki Marii Dąbrowskiej – mającej swoje niekwestionowane miejsce w historii literatury – której arcydzieło powieściowe „Noce i dnie” młodszym pokoleniom znane jest dziś zapewne, jeśli już, to raczej z ekranizacji filmowej i telewizyjnej niż z lektury.

Tymczasem ja zaliczam się do wiernych sympatyków Anny Kowalskiej, a do wybranych jej utworów powracam, by delektować się piękną, surową polszczyzną, gorzką mądrością życiową autorki, a nade wszystko jej pełnym uwagi i czułości podejściem do człowieka.

Z Anną Kowalską zetknąłem się po raz pierwszy w roku 1964. Należałem wtedy do paczki przyjaciół jej córki Marii (Tuli), studentki romanistyki, która później została moją żoną. Sam byłem wówczas 17-letnim studentem Uniwersytetu Warszawskiego, na pierwszym roku filozofii. Poznawszy córkę, zainteresowałem się twórczością matki. Pamiętam, jak udałem się do żoliborskiej księgarni im. Stefana Żeromskiego przy placu Wilsona (obecnie jest tam niestety siedziba banku) i poprosiłem o dostępne w sprzedaży książki Anny Kowalskiej. Księgarz bez namysłu udał się na zaplecze i po chwili położył przede mną na ladzie stosik książek tej autorki.

Były wśród nich „Opowiadania greckie”, za które Anna Kowalska słusznie dostała w 1959 roku Nagrodę im. Hemingwaya, była oprawiona w płótno gruba powieść „Gąszcz”, napisana jeszcze przed wojną wspólnie z Jerzym Kowalskim (rodzaj antypowieści avant la lettre, z łatwym do rozszyfrowania zjadliwym portretem Jana Parandowskiego), świetna autobiograficzna opowieść o dzieciństwie i młodości we Lwowie „Na rogatce” (rzecz doceniona nawet przez raczej krytycznie nastawioną do twórczości przyjaciółki Marię Dąbrowską), wreszcie obszerny wybór opowiadań „Bejdula i paradnice”, zawierający m.in. świetne „Notatki wrocławskie”, miniaturowe sceny z życia w powojennym, zrujnowanym Wrocławiu.

W następnych latach ukazywały się kolejne szczupłe tomiki opowiadań współczesnych, w których Kowalska niewątpliwie była najlepsza: „Ołtarze”, „Ptasznik”, „Wieża”. W tym ostatnim mój sprzeciw wzbudził skrajny pesymizm autorki. Pozwoliłem sobie wyrazić w gronie przyjaciół taką opinię: „«Wieża» jest okrutna, fałszywa, zła – i świetnie napisana”. Dotarło to do pisarki, która moją mini-recenzję tak skomentowała w swoim dzienniku: „Grzeczny jedynak na utrzymaniu rodziców, cóż może wiedzieć o fałszu i okrucieństwie?”. Niewątpliwie miała rację: byłem wtedy bardzo niedojrzały.

Dane mi było w tamtych latach odbyć kilka ważnych dla mnie, niezapomnianych rozmów z Anną Kowalską. A była ona, jak wspominała Irena Szymańska, wieloletnia redaktorka Czytelnika, jedna z najinteligentniejszych osób, jakie znałem – „interesującą pisarką i o wiele bardziej interesującym człowiekiem”.

Ostatnia z tych rozmów odbyła w styczniu 1969 roku, na kilka tygodni przed śmiercią pisarki (pisałem już o tym w „Więzi”). Byłem wówczas – po nawróceniu przeżytym w wieku osiemnastu lat – gorliwym neofitą, rozczytującym się w literaturze mistycznej. W maju 1967 roku zdobyłem się na czyn dość zuchwały: wysłałem do pisarki, przebywającej wtedy na wypoczynku w Sopocie, list, w którym po prostu przepisałem obszerny fragment z pism Simone Weil, opowiadający o jej tajemniczym spotkaniu z Nieznajomym. Na zakończenie dodałem od siebie kilka słów, brzmiących mniej więcej tak: „Niedaleko miejsca, gdzie Pani zatrzymała się teraz w Sopocie, przy tej samej topolowej alei idącej wzdłuż morza, jest niewielki, brzydki, murowany kościółek. To tam kiedyś spotkałem Nieznajomego”.

Mniej więcej po tygodniu otrzymałem w niebieskiej kopercie list z Sopotu. „Drogi Panie Czarku, dziękuję za list, właśnie taki list – nie-list. Kiedyś może odpowiem na to, co chciał Pan mi przekazać. Oto kończy się mój pobyt, wyjątkowo udany. Wrócę olśniona wiosną, taką jaką najbardziej lubię – świeżą, intensywną w kolorach, słoneczną i chłodną. Wiosna taka zaprzecza przemijaniu. Można się nasycić powolnym rozwojem i długim trwaniem kwiatów, liści. Wstępuję do kościółka pod topolami. Widzę ludzi, którzy zachodzą, jedni się modlą, inni zwyczajnie odpoczywają, jakaś dziewczyna w upalny dzień – uczyła się. Była biednie ubrana, zzuła pantofle. Może nie miała spokoju w domu, a nie umie się uczyć na wolnym powietrzu. Szukała po prostu azylu. Serdecznie Pana pozdrawiam”.

Do tamtego mojego listu-nielistu wysłanego do Sopotu nawiązała potem Anna Kowalska w naszej ostatniej rozmowie. Była po kolejnym pobycie w szpitalu onkologicznym. Stan chorej był już bardzo ciężki, leżała unieruchomiona na tapczanie w swoim pokoju, w mieszkaniu przy alei Niepodległości. Przyjęła mnie na krótko, mówiła z trudem. Oto co zanotowałem z pamięci.

„Przeszłam przez piekło. Nigdy jeszcze nie byłam tak nisko, tak niziutko. Ledwo mnie muska fala, jakbym leżała na brzegu jakiegoś wielkiego Oceanu.

Spotkałam prawdziwych ludzi – i Polskę. Utajone życie narodu. Jak potężna, odwieczna jest wiara tych prostych ludzi!”

Podczas ostatniego pobytu w szpitalu spotkały mnie  wielkie rzeczy. Na mojej sali leżały kobiety z Kurpiów. Potem przyjaciele interweniowali i przeniesiono mnie do izolatki, ale tam nie było mi dobrze. W tych starszych kobietach spotkałam prawdziwych ludzi – i Polskę. Utajone życie narodu. Jak potężna, odwieczna jest wiara tych prostych ludzi!

Nasze życie, mieszkańców miasta, wydaje mi się takie sztuczne… Czułam się tam, w szpitalu, jakbym po wieloletnim pobycie w domu wczasowym znalazła się nagle pośród dzikiej przyrody. Cóż za siła, wielkość, godność – i piękno! Tego nie dostrzega się na powierzchni, ale pod zniszczoną skórą wieśniaczek kryją się rysy szlachetne, dumne i piękne. I ten ich obyczaj. Wszystkie chore miały ze sobą czyste, białe chustki, a także inne, kolorowe. Na dzień zakładały kolorowe chustki, a na noc – białe. Kiedy spojrzałam po sali, widziałam białogłowy, odwieczne białogłowy.

Całe moje życie przeżyłam w środowisku artystów, ludzi nastawionych na ciągłe powiększanie siebie, pragnących nieustannie czynić z siebie centrum świata. Tam, w szpitalu, zrozumiałam, jakie to śmieszne i niepotrzebne. Zrozumiałam, że każdy z tych prostych ludzi stanowi centrum świata.

Szpital onkologiczny jest jednym z paru zaledwie w Warszawie szpitali, w których pozostawiono kaplicę. Trudno sobie wyobrazić, czym jest kaplica dla chorych. Przychodzi tam dwóch księży. Jeden z nich – młody i ładny. Pomyślałam sobie najpierw, jak to się mówi: księżulo. Potem poznałam z bliska tego człowieka. Ludzie nie wiedzą, jak ciężka jest praca kapłana. On nie może mieć swoich złych dni. I jak niesłychanie jest potrzebny. A ile w tej pracy jest szarości – myślę o księżach z małych prowincjonalnych kościółków. Domyślam się jedynie, że spotykają co jakiś czas światło, które starcza im na długie tygodnie…

Wyspowiadałam się po czterdziestu dwu latach. Początkowo pomyślałam sobie: nie wraca się wtedy, kiedy się jest pokonanym. Przypomniałam sobie wówczas list pewnej młodej dziewczyny, Niemki, z więzienia Moabitu, która parę dni później została ścięta (walczyła w podziemiu przeciwko Hitlerowi). Pisała w tym liście do swojej matki, że przed samą śmiercią nie ugnie się przed Bogiem. Z perspektywy mego czasu ta jej ludzka pycha wydała mi się tak mało ważna.

Kiedy wracam pamięcią do czasu dzieciństwa i młodości, to zadaję sobie pytanie, czy konieczna była tak długa, długa droga. Nie mogę tego wiedzieć. Teraz kto inny to osądzi. Zastanawiam się tylko, czy nie lepiej było przeżyć życie najzwyczajniej i po prostu w  ładzie  katolickim?

Kiedyś przysłał mi pan list, do Sopotu. To dzisiaj ma pan odpowiedź”.

*

Ostatnią rzeczą opublikowaną przez pisarkę za życia była „Szczelina”, wydana w Czytelniku w roku 1967. Okładkę projektował mistrz Andrzej Heidrich. Szczupła książeczka, zaledwie 112 stron małego formatu. Raczej opowiadanie niż powieść. Pisane w trzeciej osobie, ale nikt, kto choć trochę znał twórczość i osobę autorki, nie może mieć wątpliwości, że bohater opowiadania, Antoni, to ona sama. Przygotowująca się na śmierć. Robiąca bilans swego życia, trzeźwa, sarkastyczna i zdystansowana, wciąż z uwagą i współczuciem przyglądająca się zwykłym ludziom spotykanym na ulicy, w parku, w restauracji. W tym Kowalska jako pisarka była najlepsza.

Szczelina” była jej ostatnim utworem – kiedy ją pisała, była już sama, po śmierci Marii Dąbrowskiej, która zmarła w maju 1965 roku, i wiedziała, że jest chora na raka. Jesienią 1967 roku wyruszyła samotnie w ostatnią, nostalgiczną podróż – najpierw do Szwajcarii, gdzie przed wojną kilka miesięcy przebywała z mężem, profesorem filologii klasycznej Jerzym Kowalskim, który studiował w bibliotece rękopisy „Wykładów lozańskich” Mickiewicza. Tym razem zatrzymała się w Bernie w gościnnym domu państwa Tzaut, by odwiedzić ich rezydenta, wybitnego emigracyjnego eseistę, zaprzyjaźnionego z nią i z Marią Dąbrowską, bardzo już schorowanego i słabnącego Jerzego Stempowskiego. Potem udała się do ukochanego Paryża. Zamieszkała w jakimś skromnym hoteliku. Chodziła samotnie po mieście, oglądała wystawy, wstępowała do parków. Spotkała się raz z Marią Winowską, znajomą jeszcze z czasów lwowskich, współpracownicą ks. Władysława Korniłowicza, założycielką czasopisma „Verbum” – i wielokrotnie z Józefem Czapskim, u niego, na pięterku w Maisons-Laffitte. To wtedy Czapski podarował jej na pożegnanie kilka swoich rysunków, a także akwarelę przedstawiającą anemony, z podpisem: „Annie, ci świadkowie naszych niezapomnianych rozmów. J”.

Józef Czapski, „Anemony” (akwarela)

Józef Czapski, „Anemony” (akwarela)

Na kartach „Szczeliny” występuje łatwa do rozszyfrowania postać – aktorka Mura, wielka miłość Antoniego. Co znamienne jednak,  to nie ona – niegdyś niewątpliwie kochana, niełatwa we współżyciu, spragniona nieustannej adoracji, egocentryczna – jest najważniejszą postacią w opowiadaniu. Taką szczególnie ważną postacią jest Kacperski, starszy mężczyzna przypadkowo spotkany przez Antoniego podczas chaotycznej wędrówki po ulicach miasta, handlujący na targu jabłkami. Kacperski zabiera Antoniego, który zasłabł, na herbatę do swojego domu na przedmieściu. Wdają się w rozmowę, wspominając okupację i Powstanie. „Panie – mówi Kacperski – wożę te jabłka, noszę, sprzedaję i niby wszystko ma sens, ale przecież wiem i kości moje wiedzą, że to nie dlatego, nie przez to żyję. I tak jak parę razy byłem tak głodny, że kradłem chleb, tak i teraz czuję coś jakby straszny głód i pragnienie i rzuciłbym wszystko i poszedł na niebezpieczną kradzież, żeby to nasyciło mi serce, ale nie wiem gdzie ani po co. Nie jestem kształcony. A pan? – spuścił głowę, jakby z góry wiedział, jaką otrzyma odpowiedź. – Pan nie wie? – Nie wiem – mówi Antoni…”.

*

Moim ulubionym opowiadaniem jest „Ptasznik”, otwiera ono tomik pod tym samym tytułem wydany w roku 1964. Akcja opowiadania w formie zapisków dziennika rozgrywa się na malowniczej górzystej wyspie na Morzu Śródziemnym. Bohater jest starszym człowiekiem, mieszka w pensjonacie wraz z innymi gośćmi z różnych stron świata, chodzi na spacery, obserwuje, rozmyśla. Na wzgóreczku między dwiema zatoczkami jest kościół i klasztor z szesnastego wieku. „Kampanila jest bez krzyża. Piorun uderzył w krzyż. Zakonnicy nie mają  pieniędzy, aby krzyż nowy postawić. Tak tu mówią, jeśli mówią”.

Z „Dzienników” pisarki można się dowiedzieć, że w tym opowiadaniu oddane są realia pewnej wysepki na Adriatyku, gdzie Kowalska razem z Dąbrowską przebywały jakiś czas podczas swej podróży do Jugosławii w roku 1960 (były nawet w Belgradzie przyjęte na audiencji przez samego Titę).  To dość istotna wiadomość, bo pozwala zrozumieć, dlaczego klasztor jest wymierający, a do kościoła nikt z mieszkańców wyspy tu nie przychodzi. Jugosławia była krajem komunistycznym i wprawdzie Tito postawił się Stalinowi i flirtował z Zachodem, ale był mentalnie ortodoksyjnym komunistą i walczył z religią, narzucając ateizację tak prawosławnym Serbom, jak i katolikom Chorwatom. Jak wiadomo jednak, laicyzacja mimo upadku i kompromitacji komunizmu robi szybkie postępy w całej Europie i realia przedstawione w opowiadaniu mogłyby dzisiaj równie dobrze pasować do południowych Włoch czy Hiszpanii. Dzięki kamuflującemu zabiegowi  Kowalskiej, która zapewne na wszelki wypadek dla uniknięcia kłopotów z cenzurą nie wymienia nazwy kraju, gdzie toczy się akcja opowiadania, a o Adriatyku mówi „Morze Śródziemne”, możemy dzisiaj, trzydzieści lat po upadku komunizmu, odczytać przesłanie utworu jeszcze głębiej, bardziej uniwersalnie.

„Po sjeście poobiedniej poszedłem powolnym krokiem w stronę klasztoru. Kapliczki drogi krzyżowej wzdłuż gościńca są puste. Podobno zaraz po wojnie wyrąbano płaskorzeźby, poobtłukiwano młotami, wrzucono do morza. (…) Myśli się o oczodołach, z których wyłupiono oczy. W kronikach średniowiecznych wciąż czyta się o tym zabiegu zabezpieczenia władców przed braćmi. Marmur nie krwawi, a jednak myśli się o okaleczeniu patrząc na ten kamienny mord. Kapliczki są obszerne. Służą przechodniom za miejsce wypoczynku”.

Narrator podczas swoich codziennych spacerów po wyspie odwiedza klasztor, w którym żyje trzech starców po osiemdziesiątce. Opowiadanie kończy się rozmową z ojcem Andrzejem, gwardianem.

„ – Pięknie tu, prawda? – szepnął do mnie. Chciałem powiedzieć, że przyszedłem się pożegnać, że wyjeżdżam, ale zdobyłem się tylko na powtórzenie za ojcem gwardianem: – Pięknie.

Położył mi rękę na ramieniu. – Bóg cię zesłał – powiedział cicho. – Widziałeś? Trawą zarosły stopnie prowadzące do kościoła. Przez pierwsze lata wychodziłem o zmroku i nożem wydrapywałem trawę. Ale nie daję rady. W niedzielę trochę starych bab przyjdzie, to wszystko. Najpierw ludzie się bali, a teraz… nie wiem, może się odzwyczaili. Czasem budzę się ze snu przerażony. Ecclesia depopulata. Zdaje mi się, że zostałem sam jeden w klasztorze. Wiesz, że największym grzechem jest rozpacz. Aż przyszedłeś, zacząłeś przychodzić. O, nic nie mów. Ja na ciebie nie zastawiam sideł… Co ci? Zimno? Wszyscy o tobie mówimy. Bóg pozwolił mi zrozumieć, że nasze czekanie miało sens, że możemy być potrzebni. Przepraszam, że ci to mówię. Chodźmy, mam dużo roboty. – Uklęknął, pochylił się nisko i wstał ruchem lekkim, zgrabnym i szedł czujny, uważny jak łowca.

Co mi odebrało siły, wolę? Litość? To chyba nie była litość. Miłość? Czy może istnieć miłość bezosobista? Co to jest? Jak to nazwać? Kogo oszukuję? W ciszy usłyszałem gwizd ptaka. Przymknąłem oczy i skuliłem ramiona”.