Na ostatniej konwencji Prawa i Sprawiedliwości usłyszeliśmy wiele rozproszonych zapowiedzi socjalnych. Lepiej zachować rezerwę.

Daleko idące, rozsiane po różnych sferach życia obietnice socjalne, których koszt będzie ogromny – oto propozycje Prawa i Sprawiedliwości, które padły na warszawskiej konwencji w lutym. Jednocześnie rząd nie planuje gruntownych zmian podnoszących przychody państwa, z których można byłoby choć w części sfinansować nowe wydatki (szacuje się, że mogą one kosztować nawet do 40 mld zł rocznie).

Przede wszystkim jednak uderza fakt, że postulaty PiS nie zdradzają całościowego planu rozwiązywania wybranych problemów społecznych, nie wydają się też przemyślane ani szerzej przedyskutowane pod kątem skuteczności, trafności czy sprawiedliwości społecznej. Jak na wielkość środków, które trzeba będzie zaangażować, jakość proponowanych działań budzi poważne wątpliwości. Kłuje w oczy kontekst czasowy ich ogłoszenia – wygląda na to, że dopiero przedwyborcza rzeczywistość skłoniła władze do zajęcia się sprawami, do których PiS nie miało zbyt wiele serca przez całą kadencję. Widać to zwłaszcza w odniesieniu do planu rozszerzenia programu 500+.

Partia rządząca przez ostatnie lata nie zrobiła ani kroku, by zmierzyć się z problemem wykluczenia z programu np. samotnych rodziców (najczęściej matek), którzy przekroczą próg 800 zł na osobę w rodzinie. Nie podniesiono dotąd ani trochę progu dochodowego ani też go nie uelastyczniono w myśl zasady „złotówka za złotówkę”. Gdy takie postulaty padały, zwykle słyszeliśmy, że na razie nie ma na to pieniędzy. A przecież tego typu kroki były nieporównywalnie mniej kosztowne niż aktualna obietnica wprowadzenia programu 500+ na zasadzie pełnej uniwersalności.

Sytuacja, w której władza przez lata nie wykazała się gotowością do nieznacznego złagodzenia problemu, a teraz proponuje nagle pełne jego wyeliminowanie (choć wiadomo, że bezpośredni dodatkowy koszt takiej decyzji mógłby nawet przekroczyć 18 mld zł rocznie), rodzi podejrzenia o polityczny cynizm – najpierw zwlekamy przez całą kadencję, a gdy zbliżają się wybory, lekką ręką składamy hojne obietnice. To bardzo zły precedens. Warto przypomnieć, że o powszechnym programie na dziecko mówiono przy okazji poprzedniej kampanii wyborczej i w pełni się z niego nie wywiązano. Trudno powiedzieć jak będzie tym razem. Można już teraz jednak zapytać, czy tych dodatkowych 18 mld zł nie warto byłoby rozłożyć bardziej równomiernie między różne działania i różne grupy. Na przykład część środków faktycznie dosypać do programu 500+ i znacząco podnieść obecnie niski próg dochodowy, by objąć nim osoby relatywnie nieznacznie przekraczające ów próg, ale już resztę środków przeznaczyć na inne, wymagające pilnego działania, sfery życia (np. na niemogących się doczekać solidarności państwa i realizacji wyroku Trybunału Konstytucyjnego opiekunów osób niepełnosprawnych).

Choć postawa obecnej władzy w tej materii wydaje mi się niewłaściwa, inne ugrupowania opozycyjne również zawodzą. Robert Biedroń na swojej konwencji zapowiedział 500+ na każde dziecko, jeśli się jednak wczytamy w program partii Wiosna, planowane jest nie tyle przekazanie świadczenia na wszystkie dzieci, ile – nieco zbieżne z tym co zaproponowałem wyżej – uelastycznienie progu na pierwsze dziecko dla samotnych rodziców. Kierunek słuszny, choć można dyskutować, dlaczego elastyczny próg miałby objąć samodzielnie wychowujących dzieci rodziców, a nie wszystkie rodziny, w których dochód nieznacznie przekroczy próg 800 zł na osobę. Niepokoi rozbieżność między tym, co głosi się na konwencji, a tym, co pisze się w programie. Nie buduje to podstaw do merytorycznego sporu. Również działania głównej siły opozycyjnej, czyli Platformy Obywatelskiej, nie są zbyt budujące – raz mówią o 500+ na każde dziecko, innym razem o możliwości ograniczenia dostępu dla osób bezrobotnych (co zresztą samo w sobie wydaje się krzywdzące).

Wychodzi więc na to, że główni polityczni gracze dość swobodnie posługują się programem 500+ jako jednym z narzędzi walki o władzę lub jej utrzymanie i budowania wizerunku. Nie widzę tu woli dyskusji i działania w celu faktycznego rozwiązywania lub łagodzenia problemów publicznych. Zresztą gdyby tak było, 500+ (w takim czy innym kształcie) nie wypełniałoby aż tak bardzo agendy wspierania rodziny. Wiadomo bowiem, że na sprawę – i wiele innych kwestii publicznych czy społecznych – należałoby patrzeć systemowo i przy użyciu całego pakietu współgrających instrumentów oraz instytucji zajmujących się ich wykonaniem oraz monitorowaniem. Niestety śladów takiego podejścia nie znajdziemy na którejkolwiek konwencji partii głównego nurtu. Nie mam poczucia, aby dyskusja na ten temat toczyła się nawet na tyłach – w gabinetach eksperckich i programowych. To szczególnie przygnębiające. A także fakt, że wielu osobom, w tym komentatorom, specjalnie to nie przeszkadza. Raptem kilka godzin po konwencji PiS spotkałem się z euforycznymi komentarzami, że Kaczyński „zaorał i ograł liberalną opozycję” przy pomocy nowego socjalnego pakietu.

Marzy mi się, by dziennikarze i publicyści różnych opcji umieli wyjść poza powyższą logikę. By nie wspierali wiecowego pustosłowia i propagandowych trików. Obawiam się jednak, że w czasach polaryzacji i post-polityki wycelowanej w robienie wrażenia (a nie merytoryczny przekaz), tego typu marzenia trącą staroświecką naiwnością.