Siostra Małgorzata Chmielewska jest dowodem na istnienie Boga.

Laudacja wygłoszona podczas wręczenia s. Małgorzacie Chmielewskiej Nagrody Rzecznika Praw Obywatelskich im. Pawła Włodkowica 4 marca 2019 r. w Warszawie. Nagrodę otrzymały także Ewa Kulik-Bielińska i Katarzyna Przybysławska.

Nagroda Rzecznika Praw Obywatelskich im. Pawła Włodkowica przyznawana jest „za występowanie w obronie podstawowych wartości i prawd, nawet wbrew zdaniu i poglądom większości”. Czy do tej formuły pasuje siostra Małgorzata Chmielewska i jej dokonania?

Moim zdaniem, jak najbardziej – i chętnie to w krótkich słowach uzasadnię. Tym bardziej wolno mi to uczynić, że to nie ja zgłaszałem kandydaturę s. Chmielewskiej do tej nagrody. Mało tego, nie mogłem nawet uczestniczyć w obradach kapituły, w której skład mam zaszczyt wchodzić, gdyż „Więź” była pierwszym laureatem tej nagrody, utworzonej w 2006 r. przez ówczesnego rzecznika praw obywatelskich, dr. Janusza Kochanowskiego.

A dlaczego właśnie s. Małgorzata Chmielewska tak bardzo pasuje do nagrody noszącej imię Pawła Włodkowica? Sam, będąc produktem szkoły PRL-owskiej, o Włodkowicu usłyszałem po raz pierwszy od Jana Pawła II w 1979 r. Papież cytował w obozie Auschwitz taką myśl rektora Akademii Krakowskiej: „Gdzie mocniej działa siła niż miłość, tam szuka się tego, co stanowi własny interes, a nie Jezusa Chrystusa”. Wtedy – w roku, gdy wchodziłem w dorosłość – nauczyłem się, że najlepszą tradycją polskości jest przekonanie, iż oddziaływać na innych trzeba przez miłość, a nie przez siłę. A w 1997 r. papież mówił o Włodkowicu, że „już na początku XV wieku kładł podwaliny pod nowożytną teorię praw człowieka” (co wiąże go z urzędem rzecznika praw obywatelskich).

Cóż takiego czynił Włodkowic? Przekonywał: „bliźnimi zaś naszymi są zarówno chrześcijanie, jak i niewierni, bez różnicy. […] Krzyżacy, walcząc z niewiernymi, nigdy nie prowadzili wojny sprawiedliwej. […] Nie wolno niewiernych przymuszać do przyjmowania wiary chrześcijańskiej zbrojnie lub opresją, gdyż ten sposób jest krzywdą dla bliźnich – a także i dlatego, że nie należy robić rzeczy złych w celu osiągnięcia rzeczy dobrych […]. Zaprawdę jest to nowa i niesłychana nauka, która wymaga wiary pod groźbą bata”. Powiedziałbym krótko, że Paweł Włodkowic na początku XV wieku ostro spierał się o rozumienie chrześcijaństwa – i to z innymi chrześcijanami.

Cóż innego czyni sześć stuleci później Małgorzata Chmielewska? Spiera się ze współczesnymi „krzyżakami”, którzy chcą ograniczać rozumienie bliźnich wyłącznie do „swoich” i co najwyżej „oswojonych”. Przekonuje, że bliźni to każdy – z prostego tytułu, że jest, że istnieje; to i bezdomny, i obcy, i człowiek wyrzucany ze szpitala (bo śmierdzi i ma za dużo ran na nogach), i uchodźca, i bezbronne dziecko przed urodzeniem, i autystyczny niepełnosprawny chłopiec przez długie lata po urodzeniu.

Siostra Małgorzata żyje w nominalnie katolickiej Polsce, ale – jak to trafnie wskazuje uzasadnienie nagrody – występuje „wbrew zdaniu i poglądom większości”. Co to znaczy w jej przypadku? Są przecież tacy, co maszerują po polskich ulicach i krzyczą „Wielka Polska katolicka!”, definiując tę „katolickość” jako bycie przeciwko innym.

Siostra Chmielewska przekonuje, że bliźni to każdy; i bezdomny, i obcy, i człowiek wyrzucany ze szpitala, i uchodźca, i bezbronne dziecko przed urodzeniem, i autystyczny niepełnosprawny chłopiec przez długie lata po urodzeniu

A Chmielewskiej też marzy się Polska bardziej katolicka, nawet fundamentalnie katolicka – czyli jaka? Posłuchajmy: „Marzy mi się Polska fundamentalnie katolicka. Zgłupiałam? Może. Marzy mi się Polska, w której każdy człowiek będzie traktowany z szacunkiem przez innych «każdych człowieków». Bo tego uczy katechizm. Polska, w której wspólne dobro jest dzielone uczciwie. W której dzieci, starzy, chorzy i niepełnosprawni mają pierwszeństwo. Polska, w której oszustwo jest grzechem i wytykane palcami, a cwaniactwo jest be. Polska, w której okrzyk «chcemy więcej» ma nową treść: «Chcemy dać z siebie więcej»”.

Mówi się często w Kościele, że chce on być sumieniem demokracji. Ale – jak mawiał wielki teolog XX wieku, Karl Rahner – Kościół, który tak wiele wymaga od innych, najwięcej powinien wymagać od samego siebie. Sam Kościół potrzebuje więc także proroków i prorokiń, którzy będą weń wewnętrznym wyrzutem sumienia. Takich jak prorokini Małgorzata, która uparcie żyje, służy, pracuje, zakłada kolejne domy; przekonuje nas wszystkich, byśmy posunęli się na ławeczce życia i zrobili miejsce innym; walczy z bezdusznymi urzędami, a gdy jej idzie pod górkę, to klnie (po chrześcijańsku i niechrześcijańsku) – i zdecydowanie idzie dalej.

Mam wciąż przed oczyma fotografię okropnych ran na nogach pewnego mężczyzny, jaką kilka tygodni temu zamieściła s. Małgorzata w internecie, opisując zarazem historię, jak go nie przyjęto do szpitala. Nawet Facebook nie wyświetlał tej fotografii automatycznie, lecz ostrzegał przed potencjalnie drastyczną zawartością.

Małgorzata Chmielewska i jej przyjaciele ze Wspólnoty „Chleb Życia” opatrywali nogi tego mężczyzny, brali jego rany w swoje ręce. Kojarzy się to może Państwu z pewną sceną z Ewangelii? I słusznie. Albowiem, jak pisze ks. Tomáš Halík, „nie mam prawa wyznawać Boga, jeśli nie potraktuję poważnie bólu swoich bliźnich. Wiara, która chciałaby zamykać oczy na cierpienie ludzi, jest jedynie iluzją. […] Wierzyć w Chrystusa, móc zawołać [jak Tomasz z Ewangelii]: «Pan mój i Bóg mój» – mogę jedynie wtedy, gdy będę dotykać tych Jego ran, których także dzisiaj nasz świat jest pełny”.

Dotykając ran tego mężczyzny, siostra Małgorzata Chmielewska jest współczesnym dowodem na istnienie Boga. Jestem przekonany, że za kilka dekad, zastanawiając się nad historią Kościoła w Polsce na przełomie XX i XXI wieku, nasi potomkowie to z niej i jej podobnych będą dumni, tak jak my dzisiaj jesteśmy dumni z Pawła Włodkowica.