W ostatnią niedzielę marca odbędą się wybory prezydenckie na Ukrainie. Mimo ich wagi politycznej i geopolitycznej, mało się o nich u nas pisze.

Nieco większe zainteresowanie wzbudziła informacja o tym, że mało w Polsce znany Wołodymyr Zełenski został liderem przedwyborczych sondaży. Może jeszcze kuriozalnie wielka liczba kandydatów (44) przebiła się w mediach – i tyle. Oczywiście poza pytaniem: kto wygra?

Ukraina przed wyborami w siedmiu punktach

Aby odpowiedzieć na pytanie, jakie są szanse poszczególnych kandydatów, trzeba najpierw przyjrzeć się społeczeństwu ukraińskiemu i Ukrainie 2019 roku. Ich stan możemy scharakteryzować w kilku punktach:

1. Ukraina to przede wszystkim kraj naznaczony wojną. Oczywiście wojna nie jest obecnie tak gorąca jak w 2014 czy 2015 roku. Niemniej niemal codziennie dochodzi do wymiany ognia. Incydent w Zatoce Kerczeńskiej pokazał zresztą, że w każdej chwili faza zimna może przejść w gorącą.

2. Ostatnie pięć lat to katastrofalna pauperyzacja społeczeństwa ukraińskiego. Sama inflacja zjadła dwie trzecie wartości pensji i oszczędności (oczywiście, o ile ktoś je posiadał). Na tle zubożałego społeczeństwa ukraińscy politycy, w szczególności deputowani do Rady Najwyższej, są prawdziwymi krezusami. Pokazały to ujawnione deklaracje majątkowe. Oszczędności (oczywiście poza systemem bankowym) wielu z nich opiewały na miliony dolarów, inni okazali się posiadaczami cennych kolekcji dzieł sztuki itp. Sytuacja, w której społeczeństwo ukraińskie boryka się kosztami wojny i problemami gospodarczymi walcząc dosłownie o przetrwanie, a klasa polityczna opływa w niewyobrażalne dla przeciętnego Ukraińca dostatki, dodatkowo obniżyła i tak niewysokie notowania tej ostatniej.

3. W ostatnich latach Ukraina doświadczyła olbrzymiej emigracji: według najbardziej ostrożnych szacunków ok. 6-7 milionów jej obywateli (są też, moim zdaniem przesadzone, szacunki mówiące o 10 milionach) udało się za granicę w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Jeśli nie dla siebie, to dla swoich dzieci. Aby zrozumieć, co to znaczy dla kraju, trzeba wiedzieć, że bez Krymu i Sewastopola Ukraina liczyła na 1 września 2015 roku niecałe 43 mln mieszkańców (choć w istocie mniej, bo trzeba by odjąć jeszcze co najmniej 2,5 mln osób z tzw. republik donieckiej i ługańskiej, którzy znajdują się poza faktyczną jurysdykcją Ukrainy).

4. Mimo że od masakry na Majdanie minęło pięć lat, nikt oprócz szeregowych berkutowców (odziały milicji do zwalczania zamieszek), nie poniósł żadnej kary, a trudno przecież uwierzyć, że funkcjonariusze Berkutu sami z siebie zaczęli strzelać do tłumu.

5. Ukraińcy od czasu Euromajdanu są obiektem stałego i zmasowanego rosyjskiego ataku medialnego i dyplomatycznego.

6. Falę entuzjazmu wywołało przyznanie autokefalii Prawosławnej Cerkwi Ukrainy (PCU) na początku tego roku. Entuzjazm był autentyczny, niemniej wymierne efekty są ciągle ograniczone. Według najnowszych informacji ok. 200 parafii Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego (spośród ponad 12 tys.) zgłosiło akces do nowego Kościoła. Jedynym Kościołem prawosławnym uznającym autokefalię PCU jest Patriarchat Konstantynopola, pozostałe Kościoły (14) albo nie zajmują stanowiska, albo występują przeciw. Niewątpliwy sukces obecnego prezydenta Petra Poroszenki, jakim był tomos (dzięki któremu ma zapewnione miejsce w historii Ukrainy) może mu niewiele pomóc w najbliższych wyborach. Tym bardziej, że najwyraźniej urzędujący prezydent przesadził w nachalnym wykorzystywaniem tomosu w kampanii wyborczej.

7. Niewątpliwie wielką energie społeczną wyzwoliły decentralizacja i powstawanie tzw. zjednoczonych gromad. To pokazało, jaki jest potencjał zmian na Ukrainie, jeżeli tylko politycy zdecydują się ich nie blokować.

Dwa elektoraty, 44 kandydatów

Biorąc pod uwagę opisaną sytuację, można postawić tezę, że w najbliższych wyborach zetrą się z sobą dwa elektoraty: socjalny (ci, na których spadły koszty wojny i kłopotów gospodarczych państwa) i narodowy (ci, którzy uważają, że najważniejsze są kwestie polityczne).

To o tyle nowość, że dotychczas linia podziału biegła głównie między wschodem kraju (m.in. dziedzictwo posowieckie, język rosyjski jako urzędowy) a zachodem (m.in. prozachodnia orientacja, język ukraiński jako jedyny państwowy). Teraz będzie inaczej i z tego między innymi wynika niepewność co do ostatecznego rezultatu ukraińskich wyborów.

Wprawdzie do wyborów stanęło 44 kandydatów, ale dla nikogo nie jest tajemnicą, że ich większość to tzw. kandydaci techniczni, którzy mają wprowadzać wyborcę w błąd (np. obok Julii Tymoszenko jest Jurij Tymoszenko) bądź umożliwić najważniejszym pretendentom de facto przejęcie kontroli nad komisjami wyborczymi (sztaby mają prawo delegować swoich przedstawicieli do składu komisji) czy też ogólnie zniechęcić do wyborów szersze rzesze wyborców.

Liderami w prezydenckim wyścigu są: urzędujący prezydent Petro Poroszenko, była premier Julia Tymoszenko oraz satyryk i producent filmowy Wołodymyr Zełenski. Kilkuprocentowe poparcie mają jeszcze: Jurij Bojko – jedyny kandydat uważany dla jednoznacznie prorosyjskiego, Ołeh Łaszko – lider Partii Radykalnej oraz były szef jednego z najbardziej znanych ukraińskich  think tanków Centrum Razumkowa i był minister obrony – Anatolij Hrycenko. Inni kandydaci mogą pochwalić się śladową popularnością.

Petro Poroszenko – inwestycja wysokiego ryzyka

Jako urzędujący prezydent ma na swoim koncie kilka autentycznych sukcesów w polityce zagranicznej. Należą do nich: stowarzyszenie Ukrainy z Unią Europejską, umowa o ruchu bezwizowym, autokefalia dla Prawosławnej Cerkwi Ukrainy (choć sprawa dotyczy religii, wszyscy doskonale rozumieją, że bez zaangażowania prezydenta tomosu być może by nie było albo nie byłoby go tak szybko) oraz utrzymanie sankcji wobec Rosji po aneksji Krymu i agresji na Donbasie (oczywiście to nie jego postawa była głównym motorem wprowadzenia sankcji przez państwa zachodnie, ale nie ma co ukrywać: Ukraina maksymalnie wykorzystała nieliczne atuty, które ma w ręku, dla pognębienia Rosji na forum międzynarodowym).

Dotychczasowa kampania urzędującego prezydenta pokazuje, że Poroszenko kieruje swój przekaz przede wszystkim do elektoratu zorientowanego narodowo (niektórzy ukraińscy komentatorzy piszą nawet o elektoracie „nacjonalistycznym”). Na długo przed początkiem oficjalnej kampanii drogi Ukrainy zdobiły bilbordy z cytatem z prezydenta „Armia. Język. Wiara”. A oficjalne hasło kampanii zaprezentowane 29 stycznia na konferencji (będącej w istocie konwencją wyborczą) „Od Krut do Brukseli” (29 stycznia) brzmi „Albo Poroszenko, albo Putin”. Nie bez znaczenia dla wyniku wyborów może być fakt, że Poroszenko jest wściekle atakowany przez rosyjskie media, co raczej zwiększa jego notowania.

Na długo przed początkiem oficjalnej kampanii drogi Ukrainy zdobiły bilbordy z cytatem z prezydenta Poroszenki „Armia. Język. Wiara”

Gdyby więc oceniać szanse Poroszenki na reelekcję z tej perspektywy – byłby faworytem. Jednak nim nie jest. Ukraińcy są nim zmęczeni. Już od miesięcy prezydent jest liderem rankingu nieufności. Ostatnie badania opinii publicznej pokazały, że nie ufa mu ponad połowa Ukraińców. W jakiejś mierze wynika to z faktu, że Poroszenko kojarzy się przeciętnemu wyborcy z bardzo trudnym – a nawet tragicznym – fragmentem historii niepodległej Ukrainy. Niestety też prezydent na własne życzenie dołożył sporo cegiełek do muru nieufności, którym otaczają go obywatele.

Wyborcy nie mogą mu zapomnieć deklaracji, że swój majątek odda w „ślepy” zarząd (by nie narażać się na zupełnie racjonalny zarzut, że pełniąc urząd działa nie w interesie państwa, lecz własnych rozlicznych firm) i nie tylko tego nie uczynił, ale ślady jego aktywności biznesowej znalazły się w tzw. Panama Papers (zbiór poufnych dokumentów z rajów podatkowych udostępniony po wycieku danych z kancelarii podatkowej i prawnej Mossack Fonseca, działającej w Panamie; ujawniono w nich aktywa elit politycznych, prominentnych urzędników i ich współpracowników, m.in. Petra Poroszenki).

Nie budowały autorytetu prezydenta również historie takie jak z udziałem obecnego prokuratora generalnego Jurija Łucenki. By Łucenko, bliski współpracownik prezydenta, mógł zostać prokuratorem generalnym, zmieniono wcześniej ustawę znosząc obowiązek wykształcenia prawniczego, ponieważ Łucenko takiego nie posiadał. Nie podnosiły prestiżu prezydenta i kraju rozdawane tuż po Euromajdanie na prawo i lewo obywatelstwo ukraińskie, po czym odbieranie go, kiedy właściciel naraził się prezydentowi (np. były prezydent Gruzji i były gubernator obwodu odesskiego Micheil Saakaszwili).

Prezydent miał kłopoty nie tylko z wielką polityka, lecz także w, wydawałoby się, w drobnych sprawach, na przykład 2018 roku wprawił rodaków w osłupienie płacąc za tygodniowe wakacje dla siebie i swojej rodziny (razem 10 osób) na Malediwach pół miliona dolarów. Do nagłośnienia wakacyjnych wojaży prezydenta Ukrainy (dodajmy, że rodzina Poroszenków występowała w ich trakcie pod zmyślonymi nazwiskami) walnie przyczyniły się media rosyjskie, ale sam wyjazd i forma, w jakiej się dokonał były nie do przyjęcia. W momencie, gdy tzw. przeciętni Ukraińcy walczą, by związać koniec z końcem (np. nauczyciel na Ukrainie zarabia ok. 250 dol. miesięcznie), wydawanie fortuny na tygodniowy wyjazd było tyleż bezwstydne, co głupie (rosyjskie media bez końca opowiadały o bezwzględnym oligarsze Poroszence, który pławi się w luksusach, podczas, gdy Ukraińcy nie mają z czego żyć, przeciwstawiając go prezydentowi Rosji, który – oczywiście – spędza swoje wakacje zawsze w ojczyźnie).

Aby wygrać w nadchodzących wyborach, Poroszenko musi tę nieufność przełamać. Wydaje się, że wymarzonym dla niego konkurentem w drugiej turze byłby Wołodymyr Zełeński, którego łatwo zaatakować jako pozbawioną doświadczenia politycznego marionetkę w rękach Ihora Kołomojskiego (oligarcha, który odegrał zasadniczą role dla powstrzymania „rosyjskiej wiosny” na wschodzie Ukrainy, i który od kilku lat jest skonfliktowany z urzędującym prezydentem) bądź wprost Kremla (chociaż Putin traktuje Kołomojskiego niemal jak swojego osobistego wroga). Nie mówiąc już o tym, że w drugiej turze będzie można użyć całej siły pozostającego w rękach prezydenta tzw. adminresursu (nacisk administracyjny). Teraz wysiłki ludzi prezydenta koncentrują się na tym, by ich kandydat w ogóle przeszedł do drugiej tury wyborów (a nie będzie to proste – różnice notowań między urzędującym prezydentem a byłą premier Tymoszenko są na poziomie błędu statystycznego).

Dla podbudowania swoich przedwyborczych szans Poroszenko szuka wsparcia u zagranicznych polityków, których obecność na słabo zamaskowanych przedwyborczych akcjach ma podkreślić jego kompetencje i skuteczność w dbaniu o interes Ukrainy. Zaczęło się od konferencji „Od Krut do Brukseli”. Zabrał głos między innymi były sekretarz NATO Anders Fogh Rasmussen. Podobnie było z wystąpieniem szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska, który gościł w Kijowie 19 lutego. Pretekstem były obchody piątej rocznicy masakry na Majdanie, ale dla wszystkich było jasne, że chodzi o to, by Poroszenko mógł się pokazać w towarzystwie rzeczywiście popularnego nad Dnieprem europejskiego polityka. O ile jest oczywiste, jaki był interes Poroszenki w tej paradzie zagranicznych gości, to ci ostatni inwestują ryzykownie. Co się stanie, jeżeli wygra konkurentka obecnego prezydenta – Julia Tymoszenko?

Julia Tymoszenko – znów wysoko

To z całą pewnością jedna z najciekawszych postaci ukraińskiej sceny politycznej. Karierę biznesową i polityczną zrobiła pod skrzydłami Pawła Łazaranki (były premier Ukrainy aresztowany kilkanaście lat temu przez Amerykanów i skazany za pranie brudnych pieniędzy). Kiedy Łazarenko uciekł z kraju, wydawało się, że jej kariera się skończyła. Jednak „żelazna Jula” podniosła się, założyła własne ugrupowanie Batkiwszczyna, a 1999 roku, dzięki poparciu w wyborach prezydenckich Leonida Kuczmy, została wicepremierem w rządzie Wiktora Juszczenki. Odpowiadała w nim ze sektor paliwowo-energetyczny i dorobiła się sławy pogromcy „lewych” interesów w tej branży.

W wyborach prezydenckich 2004 roku opowiedziała się po stronie Juszczenki. Była prawdziwą gwiazdą pomarańczowej rewolucji. Nic więc dziwnego, że po jej zwycięstwie została premierem. Niestety koalicja Juszczenko-Tymoszenko przetrwała niecałe osiem miesięcy. Na początku września 2005 roku została przez Juszczenkę zdymisjonowana. Po raz kolejny została premierem w 2007 roku. W 2010 po raz pierwszy ubiegała się o fotel prezydenta. Przegrała jednak na finiszu z Wiktorem Janukowyczm. W rok po wyborczej porażce została aresztowana pod zarzutem spowodowania znaczącym strat w Naftogazie i w październiku 2011 roku skazana na 7 lat więzienia (w tym samym czasie wszczęto dodatkowo sprawę o zlecenie przez Tymoszenoko zabójstwa Jewhena Szczerbania).

Wolność przyniósł jej dopiero Euromajdan. Wystąpienie na nim, które miało być triumfem „więźniarki Janukowycza”, okazało się jedną z największych klęsk w politycznej karierze. Obserwatorzy byli zgodni: Julia nie wyczuła nastrojów tłumu, a ten pozostał zupełnie obojętny na jej apele. Dodatkowo część jej współpracowników, podczas gdy ona przebywała w więzieniu, poczuła smak samodzielności i porzuciła, zdawało by się, przegrana liderkę. W ten sposób rozeszły się drogi Tymoszenko i jej wieloletniego wiernego współpracownika Ołeksandra Turczynowa (obecnie szef Rady Bezpieczeństwa i Obrony Ukrainy).

Tymoszenko zapewnia rodaków, że doprowadzi, do tego, że pensje i emerytury „będą takie jak w Polsce”

Mimo wszystko Tymoszenko po raz kolejny się podniosła i w tej chwili jest najgroźniejszym rywalem Poroszenki. Jej konwencja wyborcza, która odbyła się 22 stycznia, była zorganizowana perfekcyjnie. Wirtualnie byli na niej obecni Saakaszwili, Paulo Cohelo (po konwencji ten ostatni poinformował, że Tymoszenko popierał w przeszłości, ale teraz nie popiera), a fizycznie – gwiazdor ukraińskiej przestrzeni publicznej początku 2019 roku metropolita Filaret, który odegrał wielką rolę w staraniach o autokefalię dla PCU. Jego pojawienie było tak zaskakujące, że niektórzy obserwatorzy wzięli go za „oko i ucho” urzędującego prezydenta.

Tymoszenko buduje wyborczy przekaz na postulatach socjalnych. Najbardziej znanym i obecnym dosłownie wszędzie na bilbordach jest zapewnienie, że gdy tylko wygra, obniży dwukrotnie ceny gazu. Zapewnia rodaków, że doprowadzi, do tego, że pensje i emerytury „będą takie jak w Polsce”. Była premier dobrze rozumie, że problemy ekonomiczne mają zasadnicze znaczenie dla większości ukraińskiego społeczeństwa, ale czy okażą się decydujące, kiedy propaganda urzędującego prezydenta, narzuci przekonanie („Albo Poroszenko, albo Putin”), że pod znakiem zapytania stoi samo istnienie niepodległego państwa?

Wołodymyr Zełenski – wielki znak zapytania

Ostatnim liczącym się pretendentem do fotelu prezydenckiego jest Wołodymyr Zełenski. Bardzo długo jego potencjalne kandydowanie traktowano jak dobry żart. Wraz z upływem czasu uśmiechy zaczęły znikać z twarzy jego konkurentów.

Przez kilka miesięcy drugi w sondażach, od początku tego roku jest (na razie) bezkonkurencyjnym liderem w prezydenckim wyścigu. Wbrew obiegowym opiniom („komik”) urodzony w Krzywym Rogu, pochodzący z profesorskiej rodziny, Zełenski (rocznik 1978) jest dobrze wykształconym (studiował prawo), obytym w świecie (biegła znajomość angielskiego, cztery lata pobytu z rodzicami w Mongolii, wielokrotne tourné po Europie Zachodniej, w tym po Polsce) aktorem i producentem telewizyjnym.

Zełenski doprowadzał otoczenie prezydenta Poroszenki do wściekłości żartami z głowy państwa. Usłużne wobec Poroszenki media oskarżały go o brak patriotyzmu

W jego portfelu jako satyryka są między innymi programy „Kwartał 95”, „Wieczernyj Kwartał” czy „Kijew Wiecziernyj”; z kolei jako producent ma na swoim koncie m.in. bijące rekordy popularności seriale „Swaty” czy „Sługa narodu”. Dodajmy, że w przeszłości, w latach 2010-2012, był członkiem zarządu i generalnym producentem największej ukraińskiej stacji telewizyjnej „Inter”. Wbrew komicznemu emploi, angażował się także obywatelsko: wspierał Euromajdan (m.in. występując dla jego uczestników), ukraińską armię w jej walkach na wschodzie Ukrainy, występował z koncertami dla żołnierzy, ofiarował z własnej kieszeni milion hrywien na potrzeby ukraińskich żołnierzy. Jednocześnie w przestrzeni publicznej zachowywał osobną pozycję, doprowadzając otoczenie prezydenta Poroszenki do wściekłości żartami z głowy państwa (usłużne wobec Poroszenki media oskarżały go o brak patriotyzmu).

Być może wynikało to z faktu, że od lat współpracuje z  Ihorem Kołomojskim, który w najtrudniejszych dla Ukrainy latach (2014-2015) walnie przyczynił się do zrujnowania rosyjskich planów dekompozycji państwa, ale który trzy lata temu skonfliktował się z prezydentem Poroszenką. Tajemnicą poliszynela jest, że potężny oligarcha szuka okazji do utarcia Poroszence nosa. Na przykład, kiedy wszystkie kanały ukraińskie transmitowały orędzie noworoczne Poroszenki, na będącym własnością Kołomojskiego kanale „1+1” Zełenski ogłosił, że będzie kandydował na najwyższy urząd w państwie. Faktycznym szefem kampanii Zełenskiego jest adwokat związany z Kołomojskim.

Zełenski jest niewątpliwie człowiekiem sukcesu. Dorobił się majątku nie na podejrzanych gazowych interesach czy wykorzystywaniu możliwości państwa dla wspierania prywatnego biznesu, lecz dzięki własnej kreatywności, na w pełni konkurencyjnym rynku telewizyjnym. Jednak nie ma co ukrywać – jego zaangażowania obywatelskiego nie można mylić z doświadczeniem politycznym. Takiego Wołodymyr Zełenski nie ma. W swojej kampanii operuje hasłami populistycznymi (jak wtedy, gdy deklaruje, że podstawową kwalifikacją do włączenia się w jego projekt polityczny jest dotychczasowy brak udziału w polityce).

Kokietuje wyborcę rosyjskojęzycznego, który wskutek dość forsownej (lecz w dużej mierze fasadowej) ukrainizacji czuje się sfrustrowany (sam Zełenski, mimo że w 2017 roku oficjalnie ogłosił, że uczy się ukraińskiego, mówi w tym języku nie najlepiej). Zapowiada zakończenie wojny na Donbasie przez bezpośrednie rozmowy z Moskwą. Trudno nie zauważyć, że to ogólniki. Zełenski jako polityk jest wielkim znakiem zapytania. Niemniej chyba nie mają racji ci, którzy chcą w nim widzieć jedynie marionetkę Kołomojskiego.

Powyborcze scenariusze

Na koniec wypada zapytać o scenariusze powyborcze dla Ukrainy. Najłatwiej prognozować przyszłość w razie wygranej Poroszenki. Nie ulega wątpliwości, że mielibyśmy wówczas do czynienia z dalszą stabilizacją systemu władzy z wszystkimi jej pozytywnymi (wzmocnienie struktur państwa, armii, kurs prozachodni w polityce zagranicznej) i negatywnymi (wyraźna niechęć prezydenta do rzeczywistych reform gospodarczych, dalsze krzepnięcie nomenklatury) konsekwencjami. Wygrana Poroszenki zwiększa szanse jego bloku w jesiennych wyborach parlamentarnych.

Wybór Tymoszenko doprowadzi do zaostrzenia sytuacji politycznej nad Dnieprem, nie ulega bowiem wątpliwości, że Tymoszenko wykorzysta wszystkie dostępne instrumenty, by zwiększyć szanse Batkiwszczyny w zbliżających się wyborach. Oznaczałoby to dla Ukrainy okres niebezpiecznych turbulencji wewnętrznych.

Natomiast pierwszym efektem wygranej Zełenskiego będzie najpewniej integracja starych elit, której celem byłoby uczynienie z Zelenskiego kogoś w rodzaju „angielskiej królowej” nie mającej wpływu na rzeczywistość. Nawet jeśli starym elitom to się nie uda – i tak przed nowo wybranym prezydentem stanie trudne zadanie stworzenia zaplecza parlamentarnego, bo jego partia „Sługa Narodu”, podobnie jak on sam, dopiero debiutuje w ukraińskiej polityce.