Ucałowanie dłoni Marka Lisińskiego odbieram jako gest papieża wobec wszystkich ofiar, także mnie. A wyjazd abp. Jędraszewskiego przed końcem watykańskiego spotkania – jako policzek.

Śledziłem uważnie wszystkie informacje z watykańskiego szczytu biskupów katolickich, bo trudno, żeby to spotkanie mnie nie obchodziło, skoro sam doświadczyłem wykorzystania seksualnego ze strony duchownego, a niedawno spotkałem się z abp. Stanisławem Gądeckim, gdy przygotowywał się do wyjazdu na to spotkanie (niestety, trafił do szpitala i musiał zostać w Polsce). Jaka jest moja reakcja? Najkrócej powiedziałbym tak: przyszedł czas na wstrząśnięcie polskimi biskupami.

Mieliśmy bowiem do czynienia z dwoma symbolicznymi dla mnie wydarzeniami. Najpierw papież Franciszek ucałował dłoń pana Marka Lisińskiego, co ja odebrałem jako ucałowanie dłoni wszystkich ofiar, w tym także mojej. I nieważne było w tym momencie, że ja sam z istotnych powodów nie jestem związany z grupą pana Lisińskiego ani że nie jestem entuzjastą metod działania Fundacji „Nie lękajcie się”. W tym momencie czułem się przez pana Marka reprezentowany.

Powinny istnieć obowiązkowe szkolenia dla biskupów i spotkania z pokrzywdzonymi. Większość z nich nie ma pojęcia, przez co przeszli tacy jak ja

Wkrótce jednak stało się coś, co odebrałem jak policzek. Lekceważenie dla pokrzywdzonych zademonstrował abp Marek Jędraszewski, szef polskiej delegacji, który w dniu zakończenia watykańskiego spotkania bawił już w Fatimie. Podczas gdy w Watykanie trwała Msza kończąca szczyt, wiceprzewodniczący polskiego episkopatu wygłaszał w portugalskim sanktuarium homilię. Znalazło się w niej miejsce na krytykę Sartre’a, nie było jednak ani słowa o tym, gdzie kaznodzieja spędził poprzednie trzy dni (a podobno wyjechał z Rzymu już przed sobotnim nabożeństwem pokutnym).

Osobiście odebrałem ten wyjazd abp. Jędraszewskiego z Rzymu jako symboliczną ucieczkę polskiego biskupa od problemu. Rozumiem, że ekscelencja miał swoje zobowiązania, ale – skoro już zastąpił przewodniczącego KEP w Watykanie – czy nie powinien swej funkcji wypełnić do końca?

Szkolenia dla biskupów

Te przeżycia prowadzą mnie do wniosku, że powinny istnieć w Kościele obowiązkowe szkolenia dla biskupów. Większość z nich nie ma pojęcia, przez co tacy jak ja przeszli i nadal przechodzą. Należałoby wręcz nakazać hierarchom spotkania z pokrzywdzonymi. W Polsce jedynie nieliczni, o ile wiem, potrafili pojawić się w parafii, w której dochodziło do wykorzystywania, zwrócić się do parafian i zaapelować, że Kościół ma stać przy pokrzywdzonych, a nie przy oprawcach.

Takie szkolenia dla biskupów wydają mi się niezbędne, aby właściwą świadomość mieli także polscy katolicy. Przywołam tu przykład parafii Grądy-Woniecko i zachowanie wiernych świeckich w czasie nagrywania audycji TVN poświęconych wydarzeniom w tej miejscowości. Był też tam późniejszy skandal w czasie Mszy świętej, kiedy tymczasowy administrator, rzekomo na prośbę wiernych, modlił się „o nawrócenie dla tych, którzy niewinnie i niesłusznie oskarżali” księdza – choć przecież proboszcz przyznał się do molestowania nieletniego chłopca! Dochodzą do mnie obecnie słuchy, że parafianie przed prokuratorem podobno nadal idą w zaparte i składają zeznania wybielające duchownego.

Abp Głódź, twierdząc, że jego stanowisko jest neutralne – świadomie lub nie – eskaluje konflikt wokół osoby ks. Jankowskiego

W tej chwili trwa również gorszące zamieszanie związane z pomnikiem prałata Henryka Jankowskiego w Gdańsku. Przewrócono go niezgodnie z prawem, nie popieram takich działań. W świetle jednak podejrzeń i najnowszych oskarżeń wobec tego człowieka jego pomnik powinien, przed powrotem na piedestał i wyjaśnieniem zarzutów, przeczekać w jakimś magazynie. Tu kluczowa jest rola władz archidiecezji gdańskiej, tymczasem sprawa wlecze się niemiłosiernie.

Skandalem były słowa wypowiadane 24 lutego podczas Mszy w kościele św. Brygidy. Obecny proboszcz nazwał osoby składające obecnie zeznania na temat krzywd wyrządzonych im przez ks. Jankowskiego „pieniaczami, krzykaczami i awanturnikami”. W obecnej sytuacji przecież najpierw powinno się wyjaśnić całą sprawę i dopiero po takim rozstrzygnięciu legalnie decydować, co dalej z pomnikiem. Na chwilę obecną wysoce prawdopodobne wydaje się, że prałat mógł posiadać „osobowość wieloraką” (w znaczeniu potocznym, a nie psychiatrycznym).

Niestety, władze archidiecezji gdańskiej milczą… Nawet pomimo zgłoszenia wysłanego do kurii przez Barbarę Borowiecką już ponad miesiąc temu! Odnoszę wręcz dziwne wrażenie, że abp Sławoj Leszek Głódź, twierdząc, że w sprawie pomnika jego stanowisko jest neutralne – świadomie lub nie – eskaluje ten konflikt. Ks. Jankowski był duchownym archidiecezji gdańskiej, a kościelne wytyczne wskazują, że istnieje możliwość wszczęcia postępowania wyjaśniającego, nawet wobec osoby zmarłej. Podobnie twierdzą również wybitni kanoniści. Ale metropolita gdański wie lepiej…

Słowne wodolejstwo

Lepiej wie również rzecznik KEP ks. Paweł Rytel-Andrianik. W poniedziałkowej telewizyjnej „Kropce nad i” motał się, by nic nie powiedzieć o sprawie ks. Jankowskiego. Nagle stwierdził: „Jeżeli takie sprawy (…) dotyczą osoby zmarłej, to są procedury państwowe”. Nie jestem prawnikiem, ale nie słyszałem o procedurach państwowych, które można by zastosować w tym przypadku.

Rzecznik KEP jest dla mnie „twarzą” marazmu biskupów, ich słownego wodolejstwa. Chyba pora na rezygnację

Ksiądz rzecznik nie komentuje, bo ma takie prawo; jako rzecznik KEP odsyła do rzeczników diecezji; pewnych wypowiedzi nie słyszał, wiec nie może o nich mówić. I wciąż powtarza odwieczne słowa: „ale to problem nie tylko Kościoła”. Owszem, tyle tylko, że on jest rzecznikiem KEP, a nie jakiejś innej instytucji. No i ten nieszczęsny „sekret papieski” jako knebel, którym można zatkać każde usta (całe szczęście, w Watykanie zapowiedziano wreszcie jego reformę). Niestety rzecznik KEP jest dla mnie „twarzą” marazmu biskupów, ich słownego wodolejstwa. Chyba pora na rezygnację.

Żeby skutecznie porzucić takie pustosłowie i pójść za watykańskim wezwaniem do, jak mówił abp Mark Coleridge, „kopernikańskiego przewrotu” w stosunku Kościoła do osób pokrzywdzonych, powinny się szeroko – prewencyjnie – odbywać spotkania z ofiarami przemocy seksualnej oraz odpowiednie szkolenia prowadzone przez ekspertów. Winny one być obowiązkowe w ramach formacji dla kleryków, zakonników i wszystkich osób pracujących z dziećmi i młodzieżą w Kościele. Warto włączyć w nie również inne zainteresowane środowiska pracujące z nieletnimi lub mające z nimi styczność. Istotne będzie ustanowienie odpowiednich dokumentów na temat prewencji w ruchach, organizacjach i wspólnotach, które z ramienia Kościoła pracują z dziećmi i młodzieżą – a to ogrom pracy.

Czytam ostatnio, że przedstawiciele Centrum Ochrony Dziecka intensywnie pracują nad prewencją w kolejnych diecezjach. Oby ich wysiłki przynosiły efekty. Niestety, w ogólnym odbiorze społecznym na razie dużo większą moc oddziaływania mają metropolita gdański i rzecznik KEP, którzy chowają głowę w piasek, unikając szczerego zmierzenia się z istniejącymi problemami.