Dawniej szukano źródła wiary nie w Słowie Bożym, ale w katechizmie. Zdaje się, że niektórym kaznodziejom pozostało to do dzisiaj.

Mam nadzieję, że już minęły te trudne lata. Przyzwyczailiśmy się, że w naszych kościołach rozbrzmiewają homilie, w których – lepiej czy gorzej, mniej lub bardziej bezpośrednio – kaznodzieje nawiązują do przeczytanego Słowa Bożego. Trudno sobie nawet uzmysłowić, że jeszcze tak niedawno głoszono wyłącznie kazania tematyczne. Co więcej, zabraniano nawet nawiązywać do czytań. Wierzono w siłę katechizmu, a nie Słowa Bożego.

Ewidencja kazań

Podczas prac Synodu Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej robiłem przegląd prawodawstwa diecezjalnego dotyczącego przepowiadania Słowa Bożego, aby sprawdzić, na ile jeszcze odnośne przepisy lokalnego prawa są aktualne i obowiązujące. Nie ma tego dużo. Od roku 1945 raptem siedem dokumentów. W dokumentach z pierwszych lat powojennych powtarza się jedna kwestia kaznodziejska: kazania katechizmowe. Już w instrukcji duszpasterskiej z 10 września 1945 roku ks. Edmund Nowicki, administrator apostolski w Gorzowie, zalecał: „Kazania należy wygłaszać katechizmowe i to programowo. Należy rozpocząć od kazań dogmatycznych, a w kazaniach moralnych uwzględnić szczególnie przykazania 3, 5, 6 i 7. Należy założyć księgę ewidencji kazań, do której wpisze się datę i temat kazania oraz nazwisko kaznodziei”. Należało zacząć od kwestii istnienia Boga, a zakończyć na cnotach obyczajowych.

W roku 1947 tenże sam administrator apostolski wydał „Orędzie arcypasterskie w sprawie nauczania katechizmu i głoszenia kazań katechizmowych”. Dokument jest bardzo interesujący. Oprócz zaproponowania dość tradycyjnej teologii kaznodziei jako sługi słowa, ks. Nowicki szeroko wyjaśnia sens głoszenia kazań katechizmowych. Najpierw odwołuje się do kodeksu prawa kanonicznego z roku 1917, w którym odnośne kanony (kan. 1329) nakazywały nauczanie katechizmu oraz składały na proboszczów obowiązek głoszenia kazań katechizmowych w niedziele i święta (kan. 1332). Niestosowanie się do tych kanonów prowadzi „ku bezgranicznej krzywdzie dusz i szkodzie Królestwa Bożego” – uważał ks. Nowicki. Na czym ta szkoda polega? Autor tekstu wyjaśnia to, porównując kazanie katechizmowe do homilii. Najpierw powołuje się na papieża Piusa X, który w encyklice „Acerbo nimis” z 1905 roku – według słów ks. administratora – żali się, że „niektórzy kapłani […] aby ułatwić sobie pracę, wmawiają sobie, że homilia zastąpi wykład katechizmu”.

Przystępny wykład

W rzeczy samej, papież jest sceptyczny wobec ewangelizacyjnej siły homilii: „Bardzo często krasomówcze słowa, które liczne zgromadzenia słuchają z zapałem, łechczą tylko uszy a serca bynajmniej nie poruszają”. Cały rozdział poświęca więc nauce katechizmu dzieci i dorosłych. „Ponieważ wiek dojrzały – zauważa Pius X – szczególniej w naszych czasach, nie mniej od dzieci potrzebuje nauki, wszyscy proboszczowie i ci, którym pieczę dusz powierzono, oprócz homilii na Ewangelię, głoszonej we wszystkie dnie świąteczne na Mszy parafialnej, w godzinie najwygodniejszej dla ludu – prócz godziny katechizmu dla dzieci – wykładać będą przystępnie katechizm dla wiernych. […] aby w czterech lub pięciu latach przejść mogli Skład Apostolski, Sakramenty, Dziesięcioro przykazań Bożych, modlitwę i przykazania kościelne”.

Przez wieki Kościół wychodził z założenia, że fundamentem wiary jest wiedza religijna. Przepowiadanie Ewangelii było czymś absolutnie drugorzędnym

Ks. Nowicki dodaje swoje teologiczne uzasadnienie pierwszeństwa kazań katechizmowych: „Kazanie o Ewangelii [homilię] głosi się tylko do tych, którzy w podstawowych prawdach wiary są już wyszkoleni, jest ono niejako chlebem, który podaje się dorosłym, podczas gdy należy karmić pożywieniem stosownym dla niemowląt”. Według ks. Nowickiego tym pożywieniem stosownym dla niemowląt ma być właśnie nauka katechizmu. Tak sformułowana relacja między kazaniem a homilią, katechizmem a Ewangelią może dzisiaj zaskakiwać. Faktem jest, iż przez wieki, a przynajmniej od Soboru Trydenckiego, Kościół wychodził z założenia, że fundamentem wiary jest wiedza religijna. Celem nauczania katechizmu było pouczanie „o prawdach, w które każde [tu: dziecko] ma wierzyć i czynić, aby było zbawione”. Przepowiadanie Ewangelii było czymś absolutnie drugorzędnym. To w brakach w wiedzy religijnej upatrywano przyczynę niewiary: „To zaniedbanie nauk katechizmowych jest niewątpliwie walną przyczyną, że szerokie rzesze wiernych raczej przez tradycję rodzinną czy narodową są katolikami niż z świadomości prawdy Bożej”. Wiarą należało odpowiedzieć na sformułowania katechizmowe, a nie na słowo Boże.

Przynajmniej 40 niedziel

Za czasów papieża Piusa X nauczanie katechizmu dokonywało się poza Mszą, przed nią albo po niej, z zachowaniem homilii wygłoszonej w trakcie Mszy św. Z czasem zrezygnowano z nauki katechizmu poza Mszą, a homilia została wyparta przez kazanie katechizmowe. Ks. Nowicki zarządził więc, aby „nauki katechizmowe były przedmiotem kazań przynajmniej 40 niedziel rocznie” i – co szczególnie ciekawe – uznał, że „kazań katechizmowych nie należy nawiązywać do perykopy”! To nie w słowie Bożym szukano źródła wiary, ale w katechizmie. Niektórym – zdaje się – pozostało to do dzisiaj.

Norma sformułowana już w roku 1945 i 1947 została powtórzona przez ks. Nowickiego w roku 1949. W zarządzeniu z tego roku doprecyzowano jedynie, że „wszystkie kazania […] muszą być wyłącznie tylko naukami katechizmowymi” oraz że „wszystkie kazania mają uwzględniać ten sam temat katechizmowy”. Zarządzanie o kazaniach katechizmowych głoszonych w niedziele i święta, tudzież o obowiązku prowadzenia księgi kazań, przypomniano jeszcze w roku 1950 i 1952.

Praktyka kazań katechizmowych trwała nieprzerwanie do początku lat 70. ubiegłego wieku. Pierwszy program homilijny zaproponowano w Polsce na rok liturgiczny 1972/73. A jeszcze w marcu 1971 roku bp Wilhelm Pluta wydał zarządzenie, aby „jeden raz w roku, w niedzielę, w której frekwencja na mszy św. jest największa, a nie ma na tę niedzielę wyznaczonego tematu kaznodziejskiego należy na wszystkich nabożeństwach wygłosić teologicznie i wychowawczo poprawne kazanie o stałym życiu w łasce uświęcającej, jego wartości i o żalu tzw. doskonałym”. Wciąż obowiązywał schemat kazań katechizmowych.

Boskie narzędzie

W tym kontekście ciekawie brzmią notatki, które Juliusz Osterwa poczynił na marginesie lektury przygotowywanego przez ks. Zygmunta Pilcha podręcznika do wymowy kaznodziejskiej. Podręcznik został wydany w roku 1946, a „Notatki z lektury maszynopisu książki o wymowie ks. Pilcha” (taki tytuł nosi teczka archiwalna przechowywana w Muzeum Teatralnym w Warszawie) powstały pod koniec okresu okupacji, a więc niewiele wcześniej niż wspomniane wyżej zarządzenia.

Osterwa nie ma najlepszego zdania o skuteczności głoszonych kazań: „Ci, co słuchają kazań są prawdziwie wierni, ale i bierni. Mowa tu o stałych słuchaczach parafianach. Nie ośmielą się wtrącić ani w treść wygłaszaną, ani w sposób wygłaszania. Pełni najlepszej woli – przeżywają kazania jak umieją – i rozmaicie je w sobie utrwalają – kto ich ram wie… Nikt nigdy tego […] nie badał. Opis jednego czy kilku zauważonych śladów wpływu kazania nic nie wyjaśnia. Tu i ówdzie – zwłaszcza na misjach – lud płakał. Tu i ówdzie gęściej przystąpił do sakramentu pokuty. Tu i ówdzie ktoś tam żachnął się na kaznodzieję a to: że za długo gadał, to znów, że bardzo krzyczał… albo że za ostro karcił itp. I prawdę mówiąc, niczego więcej spodziewać się nie można – w dzisiejszych czasach i warunkach, i zwyczajach, ale przyszłość może być inna…”.

Praktyka kazań katechizmowych trwała nieprzerwanie do początku lat 70-tych ubiegłego wieku

Jaka miała być ta przyszłość? Osterwa snuł marzenia: „Może kazania będą krótsze, a za to modlitwy zbiorowe dłuższe… a nabożeństwa wolniej odprawiane. […] Może objaśnienia świętych obrzędów kościelnych odbywać się będą niezależnie od kazań, a przy osobliwych sposobnościach – i to pokazowo… Może niektórych objaśnień udzielać będą bractwa, które się zajmą potrzebami kościoła i wciągać będą wszystkich parafian. Może kazania duszpasterzy będą wygłaszane homiletycznie – a kazania przygodne będą wygłaszali kaznodzieje przygodni, kaznodzieje goście, objeżdżający całą diecezję. Może […] bractwa będą musiały wziąć na siebie kłopoty parafialne tak, żeby duszpasterz mógł się spokojnie zająć wyłącznie odprawianiem nabożeństwa, głoszeniem Słowa Bożego, postanowień kościoła i udzielaniem Sakramentów Świętych”.

Jest w tych słowach pragnienie liturgii i pragnienie Słowa Bożego. Głoszeniem kazań katechizmowych – Osterwa je nazywa przygodnymi – mieli zająć się wyspecjalizowani i przygotowani kaznodzieje, ale duszpasterz parafialny miał wygłaszać homilie. Osterwa pisał tak, bo znał siłę Słowa, które nie mieszka w katechizmie, ale w Piśmie Świętym. Wystarczy przejrzeć jego notatki do ćwiczeń z wymowy, które prowadził podczas okupacji w seminarium krakowskim. Ks. Zygmunt Pilch, do książki którego Osterwa poczynił notatki, pisał: „Słowo Boże, raz do ludzi powiedziane, trwa po wszystkie czasy niezmienne żywe”, a jego brzmienie „w każdej chwili może być odtworzone przez żywe, Boskie narzędzia, czyli przez kaznodziejów”.

Katechizm bowiem idzie po Ewangelii, a nie przed nią. Katechizm jest chlebem, a Ewangelia mlekiem dla niemowląt w wierze. Czy trzeba dzisiaj o tym przypominać? Okazuje się, że tak. Jeszcze nie tak dawno w jednej z polskich diecezji zrodził się pomysł, by powrócić do kazań katechizmowych. Ale przecież to nie wiedza zbawia, lecz wiara.