To był mój biskup w pierwszych latach kapłaństwa. I mogę powiedzieć: miałem szczęście.

W Łowiczu zmarł biskup Alojzy Orszulik, pierwszy biskup łowicki. W czerwcu skończyłby 91 lat. Wielki świadek historii, uczestnik obrad Okrągłego Stołu, do końca bronił tego wielkiego wydarzenia historycznego przed tępymi atakami ideologów. Powtarzał zawsze: nie było żadnych spisków, żadnych układów zawieranych pod stołem.

Przyjaźnił się z Tadeuszem Mazowieckim. Z wielu rozmów ze zmarłym biskupem wyniosłem przekonanie, że to był bardzo bliski mu człowiek, prawdziwa przyjaźń. Zresztą, Mazowiecki też wspominał z wielkim ciepłem o biskupie Alojzym. W czasie internowania, po wprowadzeniu stanu wojennego, próbował kontaktować się (czasami przez przypadkowych ludzi) z Sekretariatem Episkopatu, gdzie ks. Orszulik wtedy pracował; przyszły premier wiedział, że zawsze może liczyć na jego pomoc.

Alojzy Orszulik urodził się 21 czerwca 1928 roku w Baranowicach na Górnym Śląsku. Był Ślązakiem z krwi i kości. Przed wybuchem II wojny światowej ukończył cztery klasy szkoły powszechnej. W czasie okupacji pracował w zakładzie stolarskim. Po wojnie, w 1948 roku, wstąpił do Małego Seminarium Duchownego Księży Pallotynów w Chełmie nad Wisłą. Tam zdał maturę, po której został przyjęty do nowicjatu pallotyńskiego w Ząbkowicach Śląskich. Studiowała też na Wydziale Prawa Kanonicznego KUL –u.

Przez 31 lat był najbliższym współpracownikiem arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego, wieloletniego Sekretarza Generalnego Konferencji Episkopatu Polski. Nic zatem dziwnego, że w 1989 roku został wydelegowany przez KEP do udziału w obradach Okrągłego Stołu w charakterze obserwatora (wraz z ks. Bronisławem Dembowskim, wtedy rektorem kościoła św. Marcina w Warszawie, później biskupem włocławskim).

8 września 1989 roku został biskupem pomocniczym siedleckim, a 25 marca 1992 roku został powołany na pierwszego biskupa nowo tworzącej się diecezji łowickiej. Budował ją od podstaw.

Do końca bronił Okrągłego Stołu przed tępymi atakami ideologów. Powtarzał zawsze: nie było żadnych spisków, żadnych układów zawieranych pod stołem

Tyle suchych faktów z kalendarza, za którymi kryje się życie pełne chrześcijańskiej radości, ale i dramatów, życie naznaczone piętnem czasów dwóch totalitaryzmów i odzyskanej wolności.

Nie lubił bohaterów „pięć po dwunastej”, tak ich nazywał. Już jako emeryt powiedział do mnie: „Zobaczysz, Andrzej, im dalej od komunizmu, tym więcej będzie antykomunistów pięć po dwunastej. To tak, jak w Zbowidzie (Związek Bojowników o Wolność i Demokrację – kombatancka organizacja w czasach PRL-u). Już tyle lat po wojnie, a z każdym rokiem kombatantów więcej. To działa wbrew biologii”. Nie pomylił się, niestety. Pamiętam, jak nerwowo reagował, kiedy oskarżano Donalda Tuska o „dziadka z Wehrmachtu”. „Co za nieuctwo, jaki ahistoryzm” – irytował się. Był Ślązakiem, doskonale rozumiał sytuację Kaszubów. Niektórych jego „familiantów” – jak mawiał o najbliższej rodzinie – także wciągnięto do Wehrmachtu. Biskup Alojzy doskonale wyczuwał ten dramat.

Imponowali mu ludzie wykształceni, mądrzy, popierał ich. Nie miał jednocześnie żadnych kompleksów z powodu tego, że sam nie zrobił doktoratu. Przyjeżdżając z obrad KEP, wielokrotnie zachwycał się arcybiskupem Józefem Życińskim. – Ten to ci ma łeb. Mądry, bystry, przyszłość Kościoła – mówił w charakterystyczny dla siebie sposób. – Ja zawsze na niego głosuję, chociaż wiem, że to głosowanie przegram.

I jeszcze coś od siebie. To był mój biskup w pierwszych latach kapłaństwa. Mogę powiedzieć: miałem szczęście. Dawał wolność, mógł się czasami nie zgadzać, ale nie tłamsił. Bywał człowiekiem trudnym, ale zawsze lubianym, bo pozostał ludzki.

Miał sympatyczne słabości. Czasami warto było mu coś zaproponować, zasugerować, on puszczał to trochę jakby mimo uszu, a za trzy miesiące przedstawiał jako swój pomysł. Bardzo tę jego słabość lubiłem.

Łatwo wzruszał się dramatami ludzkimi, widziałem wielokrotnie łzy w jego oczach, także w czasie liturgii. Był emocjonalny i łagodny. Wściekał się i od razu przebaczał. Niektórzy tę słabość wykorzystywali. Zresztą księża mówili o nim „Alojzy”, tytuł biskupa się pomijało.

Był człowiekiem cierpliwym. Jako biskup prezentował styl już trochę z innej epoki. Był konserwatywny, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu. Bo prawdziwy konserwatyzm oznacza otwartość, przy zachowaniu własnej tożsamości.

Pamiętam, jak nerwowo reagował, kiedy oskarżano Donalda Tuska o „dziadka z Wehrmachtu”. „Co za nieuctwo, jaki ahistoryzm” – irytował się. Był Ślązakiem, doskonale rozumiał sytuację Kaszubów

4 listopada 2010 roku został odznaczony Orderem Orła Białego. Prezydent Bronisław Komorowski udekorował go najwyższym odznaczeniem w szpitalu kardiologicznym w Aninie. Byłem na tej wzruszającej uroczystości. Pamiętam!

Przez ostatnie dziesięć lat nie miałem już z biskupem bliższego kontaktu. Wyjechałem z Łowicza, dzwoniłem do niego z życzeniami świątecznymi, ostatni raz na ubiegłoroczne Boże Narodzenie. Zapraszał, żeby go po latach odwiedzić. Nie zdążyłem.

Wspomnienia pozostają… Żegnaj, biskupie Alojzy. Kiedyś zapewne jeszcze się zobaczymy.

Kawałek mojego życia odchodzi wraz z nim.