Wiedział, że faszyzm jest ideologicznym wirusem, który nieustanne powraca w zmutowanych formach.

Trzy lata temu w Mediolanie zmarł Umberto Eco. Był jednym najbardziej znanych współczesnych włoskich intelektualistów. W swoich pracach naukowych, publicystyce i twórczości pisarskiej starał się odczytywać znaki. Semiotyka była podstawowym narzędziem, które wykorzystywał w swoim warsztacie. Pamiętamy doskonale postać Wilhelma z Baskerville, który w powieści „Imię róży” pochylał się nad zaszyfrowaną notatką zapisaną atramentem sympatycznym. Podobnie Eco, zastanawiając się nad skrawkami ludzkiej kultury, próbował oczytać znaczenie ukryte pod wieloma warstwami szyfrów.

Zajmował się średniowieczną estetyką, fenomenem biblioteki, kulturą masową, poetyką Joyce’a, współczesną polityką, populizmem mediów. Prowadził również wymianę listów na temat chrześcijaństwa z kardynałem Carlo Maria Martinim. Przedmiotem jego zainteresowania była kultura, zarówno w swej formie średniowiecznej, jak i współczesnej. Historia była dla niego nauczycielką, która nie zawsze udzielała prostych odpowiedzi.

Jeden z jego esejów zaczyna się od wspomnienia dzieciństwa spędzonego wśród esesmanów, faszystów i partyzantów, którzy strzelali do siebie nawzajem. Była to jedna z jego pierwszych lekcji historii. Doświadczył nie tylko reżimu, ale również wyzwolenia. W 1943 roku, kiedy miał jedenaście lat, dowiedział się z radiowego komunikatu, że Mussolini został aresztowany.

W eseju „Wieczny faszyzm” z 1995 roku Eco zwracał uwagę na fakt, że faszyzm nie jest jedynie zjawiskiem historycznym, doktryną, która została pogrzebana wraz z końcem drugiej wojny światowej, lecz ideologicznym wirusem, który nieustanne powraca w zmutowanych formach. „Za ustrojem i jego ideologią zawsze kryje się jakiś sposób myślenia i odczuwania, jakiś zespół nawyków kulturalnych, jakaś mgławica mrocznych instynktów i nieodgadnionych popędów” – pisał. Najbardziej interesowała włoskiego myśliciela morfologia owej mgławicy. Ten chaos był przecież posłuszny jakiemuś porządkowi.

Eco wyróżniał czternaście cech „prefaszyzmu”. Zaliczał do nich: kult tradycji, odrzucenie nowoczesności, aktywizm (działania dla samego działania), strach przed odmiennością, frustrację, obsesję spisku, uznawanie wrogów jednocześnie za bardzo silnych i bardzo słabych, ideę życia jako permanentnej wojny, pogardę dla słabszych, bohaterstwo jako środek wychowawczy, kult męskości, wybiórczy populizm, i – na koniec – posługiwanie się nowomową.

Przeszłość zawsze była dla Eco tylko pretekstem, by zastanowić się nad współczesnym stanem kultury

Wszystkie te idee mogą rzeczywiście prowadzić do faszyzmu, ale wcale nie muszą. Eco odwołując się do teorii gry Wittgensteina, twierdził, że „termin «faszyzm» pasuje do wszystkiego, gdyż można z ustroju faszystowskiego wyeliminować jeden lub więcej aspektów, a i tak zawsze rozpoznamy go jako faszyzm”. Najsłabszą stroną tej próby definiowania jest moment przejście od „prefaszyzmu” do faszyzmu. Kiedy to, co jest jedynie tendencją, staje się społeczną chorobą? Przy tak ogólnej charakterystyce bardzo łatwo oskarżyć o faszyzm kogoś, kto faszystą nie jest. W tym właśnie tkwi słabość opisu Eco.

Wydaje się, że poza pierwotnymi instynktami czy też ideami, muszą istnieć jeszcze „inżynierowie dusz”, którzy owe instynkty skierują na właściwe tory. W życiu politycznym ważne są nie tylko idee, ale równie postawy i sposób działania. „Pytania, na które nie ma odpowiedzi – pisał Tadeusz Mazowiecki – rozwiązujemy nie przez wyjaśnienie ich, ale przez postawę wobec nich”. Bardzo często nie jesteśmy w stanie dać odpowiedzi na pytanie o cierpienie drugiego człowieka. Natomiast wszystko zależy od tego, jaką postawę wobec niego przyjmiemy. Jeśli mówimy o postawie nie tylko indywidualnej, ale zbiorowej, mamy do czynienia ze sposobem działania grup, z pewnym etosem.

Eco urodził się w rok po tym, jak Hitler doszedł do władzy. W tym samym czasie znany niemiecki naukowiec Werner Heisenberg zanotował: „Sądzę, że nigdy nie można oceniać ruchu politycznego według celów, które otwarcie głosi, a do których może nawet rzeczywiście dąży, lecz według środków używanych do ich urzeczywistnienia. Środki zaś są niestety w przypadku zarówno narodowych socjalistów, jak i komunistów tak samo złe, wskazują one na to, że ich twórcy nie wierzą już w siłę przekonywania swoich idei; dlatego żaden z tych dwóch ruchów mi nie odpowiada i ku memu zmartwieniu przekonany jestem, że może z nich wyniknąć tylko nieszczęście dla Niemiec”. Myśl ta pokazuje, że nie tylko idee mają znaczenie, ale równie to, jak wdrażamy je w życie.

Warto w tym miejscu, wraz z Umberto Eco, zrobić jeszcze jedną wycieczkę w przeszłość i przenieść się aż w średniowiecze (przeszłość zawsze była dla pisarza tylko pretekstem, by zastanowić się nad współczesnym stanem kultury).W jego najbardziej znanej powieści „Imię róży” jedną z kluczowych postać staje się inkwizytor.

Początkowo wydaje się, że jest tylko jeden inkwizytor – Bernard Gui. Choć wkracza do akcji pod koniec historii, jego pojawienie zostaje niejako zapowiedziane wcześniej. Jego cień wisi nad wszystkimi bohaterami. Nad opatem, który musi uporać się ze zbrodnią w klasztorze. Nad Wilhelmem, który chciałby uniknąć konfrontacji z dawnymi towarzyszami ze Świętego Oficjum. I wreszcie nad braćmi, którzy starają się ukryć swoje grzechy, jedni – błędy młodości, inni – zbrodnie obecnie popełniane. Kiedy przyjedzie inkwizytor, wszystko stanie się jasne. To, co ukryte wyjdzie na jaw, a drogi kręte staną się prostymi.

I rzeczywiście inkwizytor bardzo szybko znajduje podejrzanych, którzy jeszcze szybciej stają się winni, by w następnej chwili już nie żyć. Jest tylko jeden problem w całym prowadzonym przez niego procesie – oskarżeni byli niewinni. Pierwszego Inkwizytora nie interesuje prawda. Rozum potrzebny jest mu jedynie do wypełniana norm, pisania sprawozdań i naciągania rzeczywistości do wyznawanej ideologii. Ludzie go nie interesują, są jedynie pionkami w grze o wyższą stawkę. Wierzy, ale jego wiara nie jest wiarą religijną, jest oddaniem ideologii. Może być fanatykiem religijnym, mnichem postępu i teologiem nowego lepszego świata, albo rycerzem walki klas. Każda społeczność, która dąży do podporządkowania sobie rzeczywistości, będzie potrzebowała takich inkwizytorów. Nie lubią książek, posłusznie wykonują dyrektywy i zwykły człowiek nie ma dla nich znaczenia. Często bezpośrednio niosą odpowiedzialność za śmierć innych ludzi.

Drugi Inkwizytor jest stale obecny, jednak nie podejrzewamy, że to on pracuje cały czas nad utrzymaniem systemu w porządku. Jorge z Burgos to człowiek inteligentny i przewidujący. Potrafi planować z dużym wyprzedzeniem. Tak naprawdę to on rządzi opactwem. To on trzyma klucze wiedzy. Jest cenzorem, czyli tym, który decyduje o dostępie do prawdy. Nie prowadzi śledztwa, jest strażnikiem. W jakimś sensie również on pozostaje fanatykiem, podobnie jak Pierwszy Inkwizytor. Jednak jego zadaniem nie jest dostosowywanie faktów do ideologii, ale czuwanie, by nikt nie miał dostępu do wiedzy. Rezygnuje z wolności na rzecz strzeżenia trwałości systemu. W swej gorliwości gotów jest posunąć się nawet do zbrodni. Każda społeczność, która dąży do podporządkowanie sobie ludzi, będzie potrzebowała takich inkwizytorów. Kochają książki, ale trzymają je pod kluczem, tak jak każdą inną informację. Również oni często niosą bezpośrednią odpowiedzialność za śmierć ludzi.

Trzej inkwizytorzy żyją w każdym z nas. Pierwszy rezygnuje z rozumu, drugi – z wolności, a trzeci – z godności

Trzeci inkwizytor jest wyrafinowanym intelektualistą. Wilhelm z Baskerville to inkwizytor na emeryturze, który sam zrezygnował z pełnienia urzędu. To on tak naprawdę prowadzi śledztwo. Jest błyskotliwy i budzi najwięcej sympatii. W odróżnieniu od Pierwszego Inkwizytora to zagorzały zwolennik logiki, zdrowego rozsądku i dedukcji. Nie sięga po argumenty z wiary tam, gdzie można wszystko wyjaśnić przy użyciu rozumu. Jak ognia boi się zabobonu, który prowadzi do tego, że niektórzy bardziej czczą świętego Antoniego niż Syna Bożego. W odróżnieniu od Drugiego Inkwizytora pozostaje człowiekiem wolnym, który korzysta z różnych źródeł, co wyraża się w miłości do ksiąg. Jest przeciwieństwem zarówno Pierwszego, jak i Drugiego Inkwizytora. Sceptyczny intelektualista, który krytycznie analizuje rzeczywistość i stale poszukuje prawdy. Bohater pokolenia ludzi młodych, którzy chcą wyrwać się z systemu. Intelektualistów, dla których zbyt ciasny jest religijny gorset, ale i tych, którzy nie potrafią odnaleźć się w jedynym słusznym kursie partii.

Ten najsympatyczniejszy inkwizytor staje się jednak postacią najbardziej tragiczną. Również on, w sposób pośredni, niesie odpowiedzialność za śmierć człowieka. Tak przywiązany do prawdy i wolności, tak świetnie prowadzący śledztwo, nie potrafi zrobić nic, kiedy niewinne osoby zostają niesłusznie oskarżone. Wobec systemu okazuje się bezsilny. Logika, wolność poszukiwań intelektualnych, erudycja, wszystkie te narzędzia wykształconego humanisty przegrywają z tępą siłą fanatyków: „Nic nie da się zrobić”. Po co ryzykować, przecież więcej pożytku można przynieść ludzkości, żyjąc dalej. W decydującym momencie brakuje mu po prostu odwagi, wygrywa pragmatyzm „dostępu do nauczania”, „wczasów w Bułgarii”, albo „zagranicznego paszportu”.

Pierwszy Inkwizytor rezygnuje z rozumu, Drugi z wolności, a Trzeci? Trzeci rezygnuje z godności. Żaden system, żadna wspólnota czy społeczność nie może zmuszać nas do rezygnacji z tych trzech podstawowych wartości. Morał tej historii Umberto Eco zawarł w posłowiu do „Imienia róży”: „prawdziwe śledztwo policyjne powinno wykazać, że winowajcami jesteśmy my”. Istnieje nie tylko „wieczny faszyzm”, istnieją również „wieczni inkwizytorzy”. Ci trzej żyją w każdym z nas. I od nas zależy, czy pozwolimy im działać.

Znaczna cześć tekstu zatytułowana „Trzej inkwizytorzy” ukazała się pierwotnie w programie spektaklu „Imię róży” w adaptacji i reżyserii Radosława Rychcika wystawionego w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.