Nie wiem, czego Dawid Szkoła szuka we Wschodniej Galicji. Wiem jednak, co znajduje. Jego książkę czyta się z rosnącym przerażeniem.

Zważywszy na tytuł, książka zaczyna się zaskakująco, bo od opisu eksterminacji Majów i Azteków, rdzennych mieszkańców Meksyku. Co łączy Meksyk, Kongo i Trzecią Rzeszę? Galicja. Co łączy Josepha Rotha, Jerzego Conrada Korzeniowskiego, Paula Celana i Jerzego Stempowskiego? Galicja. Co łączy eksterminację meksykańskich Indian, ludobójstwo mieszkańców Konga i Zagładę Żydów? Chciałoby się odpowiedzieć: Galicja.

Ale przecież miejsce niczemu nie może być winne. Zwłaszcza takie miejsce, które jeszcze pod władzą Habsburgów było – może nie rajem na ziemi, ale przecież pokojowym tyglem kultur, gdzie mieszkali obok siebie Polacy, Żydzi, Niemcy, Ukraińcy, Rumuni, wyznawcy katolicyzmu, prawosławia, religii mojżeszowej.

Co nie pozwala być temu światu rajem? „[…] bogowie śmierci i okrutnego losu nadal krążą w najlepsze pomiędzy wybrzeżami Pacyfiku i Atlantyku, jak za czasów Azteków i konkwistadorów” – pisze Dawid Szkoła. Kim są owi „bogowie śmierci i okrutnego losu”? Czy rzeczywiście są to jacyś bogowie? Czy może jednak ludzie? Zwracając się do historii i literatury, autor „Galicyjskich żywotów” pyta o źródło zła na świecie. I daje odpowiedź. Jest nim metafizyczne „Nic”. Ale tego „Nic” próżno szukać po latach. Współczesna Galicja zdaje się oferować tylko nijakość i banał, który nie ma nic wspólnego z banalnością zła, o której pisała niegdyś Hanna Arendt.

Diagnoza

Książka Szkoły jest z gatunku tych, które czyta się z rosnącym przerażeniem. Ogrom opisanego zła przytłacza. Przecież ofiary ludobójstwa dokonanego w ciągu ostatnich stuleci na trzech kontynentach liczy się w miliony. Tak, cyfry przerażają. Ale jeszcze bardziej przeraża to, że za nimi stoją skomplikowane, przemyślne, świetnie zorganizowane fabryki śmierci, których idee powstały w umysłach jednego człowieka: czy to będzie Hitler, Stalin czy król Leopold II.

Skąd bierze się w nich zło? Autor przez całą książkę buduje swoją diagnozę, a czyni to niemal obsesyjnie. „[…] zło – pisze Szkoła – jakkolwiek całkiem nieźle się maskuje, daje pewne sygnały, powoli ukazuje swoje mordercze oblicze. Potrafi cierpliwie czekać na odpowiedni moment, ale zawszy przy tym trochę się wierci i porusza ciemność, czujemy jego obecność i zbliżające się niebezpieczeństwo”. Zło na początku wydaje się kuszące i zaprasza do flirtu. Ale przychodzi moment, kiedy nie ma już odwrotu. Choroba duszy polega na tym, że im bardziej jest toczona bakteriami pychy i pożądania, tym bardziej chce się tę pustkę duszy czymś wypełnić. Od cierpienia fizycznego „istnieje gorszy stan, mianowicie świadomość, że umiera dusza”. Zdaje się jednak, że śmierci tej można nie zauważyć.

Galicja

Krajobrazy w Galicji lub na Słowacji podczas I wojny światowej. Fot. Ignacy Paweł Fudakowski / NAC

Czy jest ktoś, kto byłby wolny od niebezpieczeństwa poddania się złu? Szkoła nie jest optymistą. „Tak działa nicość, niszcząc kolejne istnienie z byle powodu i ukrywając się pod pozorem wzniosłych idei. Nie zna ona żadnych zahamowań, za to lubi się maskować i udawać konieczność dziejową. Rozpacz nic tu nie da, wystarczy wejrzenie w środek – w tę niezmierzoną ciemność pochłaniającą bez wyjątku każdego człowieka, który będzie przymykał na nią oczy bądź nie zauważał fałszu jej przebieranek”. Conradowskie „jądro ciemności” czai się w każdym człowieku i jest gotowe do wzrostu. „[…] ledwie chwila braku czujności lub obojętności wystarczy, aby zło przejęło władzę nie tylko nad pojedynczymi ludźmi czy małymi grupami, ale nad całymi narodami”. Zło karmi się każdą, nawet najmniejszą, zgodą na zło albo przynajmniej brakiem sprzeciwu. „Kiedy odkryli, że mogą żyć zgodnie z swoją bestialską naturą bez żadnych konsekwencji, stali się zdolni do każdej podłości” – można by za autorem powiedzieć tak o niejednym terrorze, który miał za nic życie milionów ludzi.

Wycofanie po raz drugi

W swojej diagnozie pochodzenia zła Szkoła idzie w kierunku interpretacji religijnej, a właściwie mistycznej. Zło – pisze – „nie tylko jest integralną częścią nas samych, ale wydaje się być od nas czymś znacznie starszym, potężniejszym, do tego źle nazwanym. Swoim działaniem przypomina czystą nicość, czyli negację, jest zawsze przeciwko jakiemukolwiek istnieniu”. Zło jest nicością, która domaga się panowania i dlatego kusi ludzi „pozorem postępu, wiedzy, posiadania i panowania, mirażem cywilizacji, narodowej wielkości, ośmielać ich rzekomą zwierzęcością innych”.

Conradowskie „jądro ciemności” czai się w każdym człowieku i jest gotowe do wzrostu

Skąd wzięła się ta nicość w nas, skąd wzięło się Nic? Szkoła sięga do kabalistycznej myśli Izaaka Lurii i jego koncepcji cimcum, czyli wycofania się Boga, by umożliwić stworzenia świata. Teraz – pisze autor – „doszło do kolejnego cimcum – wycofania się Boga, ponieważ człowiek zaczął domagać się jeszcze więcej przestrzeni. […] Jednak przejmując nad nią władzę, począł zmieniać ją w piekło. Chciał on coraz więcej miejsca. Ciągle było mu za mało”. W tym świecie, z którego Bóg wycofał się na dobre, świecie opanowanym przez Nic, panuje nowy demiurg. To Nikt. Jak w „Psalmie” Celana: „Nikt znowu lepi nas z ziemi i gliny, / nikt zaklina nasz proch. Nikt. / Błogosławiony bądź, Nikt”.

Nic, nikt, nicość. Takie są imiona zła, które wcale nie występuje przeciwko dobru – ileż zła poczyniono w jego imię? – ale przeciwko istnieniu. „Złu nie zależy, by było rozpoznane i nazwane, tak jak diabłu nie chodzi o to, by ludzie w niego wierzyli, lecz by dzieło zniszczenia trwało nieprzerwanie do końca”. Dlatego potrzebni są świadkowie. By zaświadczyć o życiu.

Przewodnicy po nicości

Szkoła nie sam przemierza ludzką nicość. Towarzyszą mu czterej pisarze, którzy wyrośli na Galicji: Paul Celan, Joseph Roth, Joseph Conrad i Jerzy Stempowski. I choć pochodzili z tej samej krainy pisali po polsku, angielsku, niemiecku, rumuńsku. Z majątku Szebutyńce, gdzie dzieciństwo spędził Stempowski, do Berdyczowa, gdzie urodził się Conrad, było sto pięćdziesiąt kilometrów, do Czerniowiec Celana – sto, a do Brodów, skąd pochodził Roth – nieco ponad dwieście. „Urodzeni w wielokulturowej przestrzeni Galicji i Podola należeli do formacji tych erudytów i humanistów, którzy niezależnie od przynależności państwowej w danym momencie – zawsze byli przede wszystkim ludźmi”. I dali temu świadectwo.

Autor książki śledzi ich losy, które kazały im opuścić galicyjską kolebkę życia, by – choć różnie i w odmiennych okolicznościach – stać się świadkami nicości. Conrad dotarł do „jądra ciemności” w kongijskiej dżungli. Stempowski był świadkiem napiętych stosunków polsko-ukraińskich. Po II wojnie światowej wspominał, że gdy w roku 1938 dotarł do wsi pod Dubnem, aby poznać, jak jest traktowana miejscowa ludność, notował wówczas: „dla opisu […] musiałbym użyć słów i barw bardzo podobnych do tych, jakich używa się dziś do opisywania okupacji niemieckiej w Polsce”.

W swojej diagnozie pochodzenia zła Szkoła idzie w kierunku interpretacji religijnej, a właściwie mistycznej. Zło jest nicością

Joseph Roth był świadkiem rozpadu dawnego świata, który upadł wraz z I wojną światową, kończąc tym samym epokę świetności państwa Habsburgów. Pochodził z Brodów, miasteczka „gdzie historia rzadko zaglądała i nie czyniła większego spustoszenia. […] Rodzili się tam świeci i mordercy, którzy wiedzieli w imię jakiego Boga zabijają, czy też, do kogo się modlą. Zakochiwali się i umierali, a świat istniał dalej, nadal należało obsiewać te same pola, wypasać bydło i kupować niezbędne produkty”. Życie Rotha jest świadectwem niepogodzenia z odejściem znanego mu świata i niezgodą na nowy porządek, który przerażał go coraz bardziej. „Roth pił, pisał i miał nadzieję, ze część dawnych czasów powróci…”, co najcelniej wyraził w swej powieści „Hiob”. Kiedy umierał w Paryżu 27 maja 1939 roku na delirium tremens, świat stał u progu nowej wojny. Do Stefana Zweiga pisał: „Świat jest bardzo, bardzo głupi; bestialski. Stajnia wołów jest mądrzejsza”.

I czwarty towarzysz – Celan, piewca nicości, który w „Fudze śmierci” pisał, że „śmierć jest mistrzem z Niemiec”, a w wierszu „Tenebrae” prosił Boga: „Módl się, Panie, / módl się do nas, / jesteśmy blisko”.

Chruszczow w dresie Adidasa

W zapowiedzi wydawcy przeczytałem, że „Galicyjskie żywoty” to zbiór esejów historycznych, literackich i podróżniczych. Przyznam, że z tymi podróżniczymi mam największy kłopot. Szkoła odwiedza Wschodnią Galicję, poszukując – no właśnie, czego? Na trasie jego historyczno-literackiego intinerarium są Brody, Berdyczów, Czerniowce, Kołomyja, Buczacz, Iwano-Frankowsk (Stanisławów), Tarnopol, Podkamień. Nie wiem, czego szuka. Czy rzeczywiście jedzie tylko po to, „aby z bliska przyglądać się zwykłemu życiu, temu zaklętemu kręgowi narodzin i śmierci”? Wiem jednak, co znajduje.

Galicyjskie żywoty

Dawid Szkoła, „Galicyjskie żywoty. Opowieści o stracie, doli i pograniczu”, Officyna, Łódź 2018

Świat zwiedzany przez autora marszrutką i koleją okazuje się przedziwnym amalgamatem dawnej cesarsko-królewskiej świetności, sowieckiej nijakości i naśladowczo importowanej z Zachodu nowoczesności. To krajobraz „zakorzeniony w historii, lecz otoczony przez bylejakość, smutek i zwykłą codzienność”. „Chruszczow w dresie Adidasa” – to chyba najlepszy obraz spotkanej rzeczywistości. Gdyby szukać słów, które miałby opisać Galicję przez Szkołę „odnalezioną”, to trzeba by wciąż używać tych samych: tymczasowość, bezruch, prowizorka, bezczas, wyczekiwanie. Tutaj „bieda miesza się z apatią, a kamienice i ludzie czekają lepszych czasów”. Aż trudno się dziwić, że raz po raz autor sięga po piwo, które już nie gasi pragnienia, ale po prostu zabija czas.

Jest w tym podróżowaniu jakaś paradoksalna przyjemność pomieszana ze znużeniem. Galicja go ciągnie i odpycha, fascynuje i mierzi, intryguje i męczy jednocześnie. Dawnego świata nie ma. Świat Habsburgów się rozpadł, z czym pogodzić się nie mógł Roth. Świat sowietów był zbyt nietrwały, by mógł przetrwać. Nowego świata jeszcze nie widać. „Liczyłem, […] że zobaczę istotę i niczego nie przegapię” – przyznaje Szkoła. Czy zobaczył? „[…]może by mi poradził / rabi Nachman / ale jak mam go znaleźć / wśród tylu popiołów” – pisze, cytując Herberta.

Ta książka jest dla tych, co mają siłę, by iść za przewodnikami, którzy znają drogę przez ludzkie popioły. A Szkoła jest niczym latarnia w tej wszechogarniającej ciemności. Raz po raz oświetla miejsca, słowa, losy, twarze. Stara się. Ale przecież sam wie, że jest „ciemno, coraz ciemniej”.