Kiedy z moją matką zaczął romansować kolejny, trzeci już z rzędu wikary, zastanawiałam się: dlaczego Bóg przysyła do nas właśnie takich księży – którzy nie znajdują szczęścia w kapłaństwie, szukają pocieszenia w seksualnej relacji z kobietą, obrażają Boga i krzywdzą ludzi?

Odkąd pamiętam, rodzice kłócili się. Ani sobie nawzajem, ani nam – mnie i młodszemu rodzeństwu: bratu i siostrze – nie okazywali miłości. Ale będę mówić za siebie.

Ojciec wolałby pierworodnego syna, o czym nie omieszkał kiedyś powiedzieć w mojej obecności. Gdy zrobiłam coś, co mu nie pasowało, karał mnie, traktując jak powietrze, całymi dniami nie odzywał się do mnie. Wolałam, żeby krzyczał albo uderzył, jak to w złości robiła matka, bo to milczenie było koszmarem.

Co jakiś czas ojciec wracał do domu pijany, ale chyba alkoholikiem nie był – podobnie działo się w wielu znanych mi rodzinach.

Rodzice nie tylko się kłócili, ale czasem też się bili. Ojciec był o matkę bardzo zazdrosny. Miała ładną twarz – brat jest do niej podobny. Ja i najmłodsza siostra – do ojca. Może dlatego brat był maminy, a my z siostrą tatowe. Nie skutkowało to jednak jakimś większym przydziałem miłości wobec nas.

Matka i ksiądz

– Miałam dziewięć lat, młodszy brat sześć, a najmłodsza siostra dwa, kiedy ojciec postanowił wyjechać do Kanady, żeby – jak powtarzał – podreperować domowy budżet. Żyliśmy skromnie, ale wokoło nas było wiele biedniejszych rodzin. Na początku przysyłał nieduże kwoty pieniędzy i paczki z rzeczami, których w Polsce nie było. W pewnym momencie to się urwało.

Przed wyjazdem ułożył szyfr i wkleił mi go do książki o akwarium i rybkach. Szyfr zmieniał się w zależności od daty. Kazał mi opisywać wszystko, co dzieje się w domu. Dzięki szyfrowi matka miała nie wiedzieć, o czym piszę do ojca. Przykazał też, żebym koniecznie matki pilnowała. I starałam się to robić. Jednak jej nie upilnowałam.

Matka zwierzyła się księdzu podczas rozmowy (lub spowiedzi) ze swoich kłopotów i jakoś się to później rozwinęło. Wiem tylko tyle, że to on pierwszy ją pocałował

Nie pamiętam, czy pisałam, co się dzieje w domu. Pamiętam jedynie, że matka zakazywała mi tego.

Jakiś rok po wyjeździe ojca do Kanady zaczęły się w naszym domu coraz częstsze wizyty księży. Miały one charakter poczęstunków mocno zakrapianych alkoholem. W tych spotkaniach czasem uczestniczyło kilku księży oraz państwo X. (bezdzietne małżeństwo, w którym mąż był całkowicie pod pantoflem żony). Nie pamiętam więcej osób. Mój brat twierdzi, że niekiedy w spotkaniach brała udział jeszcze jedna kobieta. Ale czasem była tylko matka i księża, a najczęściej tylko ona i ks. S. – jeden z wikarych w naszej parafii.

Kilka lat temu zapytałam matkę, jak doszło do jej bliskiej znajomości z księdzem S. Odpowiedziała, że to on zainicjował ten kontakt. Matka zwierzyła mu się podczas rozmowy (lub spowiedzi) ze swoich kłopotów i jakoś się to później rozwinęło. Wiem tylko tyle, że to on pierwszy ją pocałował. O więcej nie byłam w stanie pytać.

Lepiej będzie, jeśli nie dorosnę

Spotkania z udziałem księży w naszym domu wzbudzały we mnie duży niepokój, tym bardziej, że ich uczestnicy zazwyczaj się upijali. Czułam, że dzieje się coś niedobrego, jednak nie umiałam tego nazwać. Czasem po dziecinnemu szłam do pokoju, w którym biesiadowali, pukałam i gdy matka wychodziła, pytałam: – Mamo, kiedy oni sobie pójdą? Matka mnie zbywała, a po wyjściu swoich gości albo na drugi dzień karała za takie zachowanie – krzyczała na mnie i upokarzała mnie. Zdarzało się jej mówić: – To są sprawy dorosłych, których ty nie rozumiesz.

Skoro tak – myślałam – lepiej będzie, jeśli nie dorosnę.

Innym razem, kiedy ośmieliłam się poprosić, żeby jej goście już do nas nie przychodzili, krzyczała: – Nie będę niewolnikiem we własnym domu, bo tobie się coś nie podoba.

Ludzie myślą, że dzieci pewnych spraw nie rozumieją. To nieprawda. Bardzo często rozumieją, tylko nie potrafią tego nazwać i wypowiedzieć

Bywało też, że mama wychodziła w gości albo przyjeżdżał po nią samochód i gdzieś jechała. Wtedy zostawałam z rodzeństwem sama, czasem także na noc. Bałam się, nigdy nie wiedziałam, kiedy wróci. Spałam w napięciu płytkim snem. Gdy tylko słyszałam zgrzyt klucza w zamku, szłam sprawdzić, czy matka jest pijana. Kiedy okazywało się, że nie bardzo, czułam ulgę i miałam nadzieję, że może nie robiła głupich rzeczy. Jeśli była mocno pijania, martwiłam się, że zdarzyło się coś złego. Ludzie myślą, że dzieci pewnych spraw nie rozumieją. To nieprawda. Bardzo często rozumieją, tylko nie potrafią tego nazwać i wypowiedzieć.

Raz, kiedy matka długo nie wracała z „gości”, nie mogąc znieść napięcia oraz ciężaru odpowiedzialności za nią i rodzeństwo, zabrałam brata i siostrę, i poszliśmy do mieszkających nieopodal dziadków. Bardzo potrzebowałam, żeby również mną się ktoś zaopiekował. Przeczuwałam, że mamie się to nie spodoba, a jednak to zrobiłam. Babcia nas nakarmiła i położyła spać. Brat i siostra zasnęli, ja czuwałam. Bałam się, co będzie, ale z drugiej strony czułam ulgę, że jestem z dziadkami. Późno w nocy przyszła matka, która nie zastawszy nas w domu, domyśliła się, że jesteśmy u dziadków. Babcia wyrzucała jej, że włóczy się gdzieś po nocach, a dzieci zostawia same. Zabrała nas do domu, gdzie dostałam burę: –Tylko niedobre dziecko stawia matkę w złym świetle wobec innych – powtarzała mi wielokrotnie tamtej nocy. Miałam ogromne poczucie winy.

Zlepieni

Kiedy przyjeżdżał tylko sam ks. S. i było to za dnia, matka kazała nam bawić się na dworze i pilnować najmłodszej siostry. Sama zamykała dom na klucz. Podejrzewałam, że dzieje się coś bardzo złego. Chciałam sprawdzić.

Raz podczas takiej wizyty księdza schowałam zapasowy klucz i gdy drzwi zostały zamknięte, po pewnym czasie otworzyłam je i cicho weszłam do domu. Wydawało mi się, że zakradam się do domu sama, ale brat mówi, że poszedł wtedy za mną.

Ksiądz S. miał wiele. Miał moją mamę, a także pieniądze

Weszłam po schodach na piętro i przez otwarte drzwi do pokoju zobaczyłam, że ks. S. i matka leżą na kanapie, on ma spuszczone spodnie, a ona nie ma majtek i są ze sobą zlepieni. Przez chwilę patrzyłam na nich w szoku. Co myślałam? Śmieszne… Że pośladki księdza są dziwnie wklęśnięte i bardzo brzydko to wygląda.

Brat mówił mi, że nie pozwoliłam mu zobaczyć, co dzieje się w pokoju, zasłoniłam go sobą, a potem lekko popchnęłam, żeby zszedł na dół. Ja tego nie pamiętam.

Bałam się, że znów to robią

Kiedy matka i ks. S. zauważyli mnie, szybko zamknęli drzwi i kazali iść do kuchni. Wiedziałam, że teraz będzie horror, poniosę karę za to, co zrobiłam. Ksiądz z wrażenia dostał krwotoku z nosa. A matka powiedziała, że muszę go przeprosić. Zabrała mnie do kuchni, dokąd po jakimś czasie on też przyszedł.

Przeprosiłam go, chociaż nie wiedziałam za co. Nikt mi nie wytłumaczył, na czym właściwie polega moja wina. Ale już wiedziałam, że to, co przeczuwałam – że w domu dzieje się coś niedobrego – było prawdą. Odtąd, kiedy mama zamykała się z księdzem S. w pokoju, nasłuchiwałam przylepiona do ściany sąsiedniego pomieszczenia. Bałam się, że znów to robią.

Kiedyś wystraszona zapukałam do pokoju. Nie pamiętam, co powiedziałam, ale matka zamknęła uchylone drzwi, coś tam uporządkowali, po czym matka drzwi otworzyła, tym razem na oścież i powiedziała: – Zobacz, wszystko jest w porządku, siedzimy sobie i rozmawiamy.

Czułam się okropnie. Przecież nie powinnam mieć pretensji do ludzi za to, że rozmawiają ze sobą. Mój niepokój o to, co matka i ksiądz S. robią, jednak nie znikał. Jeśli to był wieczór, najpierw czekałam, aż zaśnie rodzeństwo – często siedziałam przy bracie i trzymałam go za rękę, bo i on się bał (najmłodsza siostra była na tyle mała, że na szczęście niewiele rozumiała). A później przystawiałam ucho do ściany i słuchałam, czy rozmawiają. Kiedy milkli, a tym bardziej, kiedy słyszałam dźwięk rozkładanej wersalki – serce mi zamierało.

Wiedziałam, że w domu dzieje się coś niedobrego. Odtąd, kiedy mama zamykała się z księdzem S. w pokoju, nasłuchiwałam przylepiona do ściany sąsiedniego pomieszczenia

Takich nocnych czuwań i umierania z niepokoju o matkę było wiele, bo z czasem ks. S. bywał u nas już praktycznie codziennie. Ostatnie miesiące przed odejściem do innej parafii prosto od nas jeździł na lekcje religii. Był również moim katechetą.

Nikomu nie wolno było mówić, co się u nas dzieje. Jednak sąsiedzi i dziadkowie chyba też musieli widzieć jego samochód, który usiłował ukryć wśród drzew. Na ławce w salce katechetycznej dzieciaki umieściły napis Chudy (tak przezywano księdza S.) + imię mojej matki = LOVE.

Ks. S. nauczył nas na religii piosenki zaczynającej się od słów: „Jak w uczniowskim zeszycie, jakieś trudne zadanie, takie trudne jest życie, wielki znak zapytania. Co jest najważniejsze, co jest najpiękniejsze, co prawdziwe, jedyne, największe, za co warto życie dać”. Dostałam również od niego obrazek Niepokalanego Serca Maryi – najpiękniejszy, jaki dotąd widziałam.

Ksiądz ukradł mi miłość matki

Zawsze dobrze się uczyłam, chciałam w ten sposób zaskarbić sobie miłość rodziców. Matka chwaliła się przed znajomymi moimi wynikami w nauce, ale to nie sprawiało, że czułam się kochana.

Kiedy zdałam egzamin dopuszczający mnie do bierzmowania, koledzy z klasy powtarzali, że Chudy mnie przepuścił. I znacząco dodawali: – Lubi cię, bo… wiadomo. Rzeczywiście okazywał, że mnie lubi – nie wiem, czy ze względu na mamę, czy na mnie samą. Chciał mnie przytulać, chyba tak jak ojciec czy wujek, ale unikałam tego jak ognia. A jeśli nie mogłam zrobić uniku, sztywniałam. Czułam zagrożenie.

Ksiądz S. miał wiele. Miał moją mamę, a także pieniądze. W czasach mojego dzieciństwa nie było dostępu do tak wielu produktów, jak to jest dzisiaj. Być może dlatego taka, wydawałoby się, błahostka tak mocno utkwiła w mojej pamięci: Wróciłam któregoś dnia ze szkoły do domu i już od progu poczułam apetyczny zapach świeżo upieczonego schabu. Weszłam do kuchni i chciałam skubnąć kawałek, na co matka bardzo się zdenerwowała. Skarciła mnie i oświadczyła, że mięso ks. S. kupił dla siebie i dla niego zostało przygotowane.

Dusiłam się łzami z żalu. Po cichu. Nie mogłam pokazać, jak mi smutno, bo przecież nie o sam schab chodziło, ale o to, jak mało jestem dla matki ważna. Tego typu sytuacje utwierdzały mnie w przekonaniu, że ksiądz S. ukradł mi miłość matki. My, jej dzieci, nie obchodziłyśmy jej emocjonalnie.

Żałuję, że cię urodziłam

Któregoś z tych dni, kiedy ksiądz S. był u nas w „gościnie”, zaczepił mnie, gdy wieczorem szłam do łazienki umyć się. – Trzeba się podmyć – powiedział. Zdenerwowałam się bardzo i zawstydziłam na te jego słowa.

Zdarzyło się kiedyś, że do znajomego, który wykonywał u nas jakąś pracę, matka ni z tego ni z owego (była pod wpływem alkoholu i jego też częstowała wódką) powiedziała: – Próbujemy z księdzem S. być kochankami.

Mówiąc to, głupio się śmiała, jakby to był świetny żart. Myślałam, że zapadnę się ze wstydu pod ziemię. Nieustannie odczuwałam wstyd i poczucie odpowiedzialności za matkę, bo nie potrafiłam zaradzić jej kontaktom z ks. S., ale to wszystko mogłam w sobie jedynie dusić. Nie miałam nikogo, komu mogłabym się zwierzyć.

Mimo że przeraźliwie bałam się matki, wciąż zdarzało mi się ponawiać prośby, żeby spotkania z księżmi nie odbywały się w naszym domu. Zawsze potem dostawałam za swoje

Odbywające się bardzo często imprezy z alkoholem finansowali w większości księża, myśmy nie mieli tylu pieniędzy. Te spotkania odbywały się nie tylko w naszym domu, ale też u koleżanki matki (tej z mężem pantoflarzem), na plebaniach i na różnych wyjazdach (na niektóre byłam brana jako „przykrywka” – gdy ktoś pytał, miałam mówić, że jestem z rodziny księdza).

W niektórych z takich spotkań brał udział ksiądz z pobliskiej miejscowości. Nigdy nie widziałam go pijanego. Widział i wiedział, co się dzieje, a jednak nie reagował. Nawet wtedy, gdy matka poniżyła mnie w obecności innych. Byłam całkowicie bezbronna. Raz w nerwach wykrzyczała: – Żałuję, że cię urodziłam!

Coraz bardziej czułam się zła

Wiedziałam, że nikt nie stanie w mojej obronie. Moim największym marzeniem było mieć starszego brata, który broniłby mnie w domu i w szkole. Wielokrotnie pisałam do ojca, żeby wrócił, ale on wymigiwał się od podania daty powrotu, w końcu przestał pisać. Odwiedził mnie po wielu latach, kiedy już byłam dorosłą kobietą i wiodłam samodzielne życie. Wyglądał źle, kłamał co do zdarzeń, które znałam, oczekiwał współczucia i pomocy, których nie byłam w stanie mu dać. Ze zdumieniem odkryłam, że jest mi całkowicie obcy. Wiem od brata, który od czasu do czasu ma z nim kontakt, że wrócił do Kanady.

Zdarzało się, że kiedy spotkania z księżmi odbywały się u znajomych z naszego miasteczka, musiałam pomagać matce wracać do domu, bo ledwo trzymała się na nogach. Jeśli to było w dzień – matka pracowała w systemie zmianowym, a oprócz tego przecież były dni wolne – paliłam się ze wstydu. Mocno utkwiła mi w pamięci sytuacja, kiedy pewnego dnia po powrocie od tych znajomych – poprzedzonym moimi perswazjami, że czas już iść do domu – zezłoszczona goniła mnie z jakimś kijem dookoła naszego domu w samym staniku i majtkach, bo kiedy się rozbierała, wpadła na pomysł, by spuścić mi manto. Patrzyli na to sąsiedzi i ludzie przechodzący obok naszego domu.

Mimo że przeraźliwie bałam się matki, wciąż zdarzało mi się ponawiać prośby, żeby spotkania z księżmi nie odbywały się w naszym domu. Zawsze potem dostawałam za swoje. Matka z ogromną złością kazała mi patrzeć na siebie i słuchać wymówek. Nie pamiętam już, co mówiła. Pamiętam jednak swoje przerażenie i to, że coraz bardziej czułam się złą osobą. Musiałam stać przed matką, dopóki nie wylała na mnie całej swojej złości i nie powiedziała: – Skończyłam. Po takim „wykładzie” ledwie trzymałam się na nogach. Po jednym z nich poczułam, jakby wzięła moje serce, pokroiła na kawałki i wyrzuciła do kosza. Z czasem odzywałam się coraz mniej i coraz ciszej.

Grzeszna i brudna

Od dzieciństwa miałam słaby system nerwowy. Objawiało się to m.in. moczeniem nocnym, co zdarzało mi się jeszcze w wieku czternastu lat. Nigdzie na dłużej nie mogłam wyjechać, bo to przecież wstyd, że taka duża dziewczyna, a sika do łóżka. Mogłam się wybrać jedynie do dziadków – zawsze z folią.

Matka nie wierzyła, że nie robię tego specjalnie, że wcale nie czuję, gdy się moczę, więc, kiedy mi się to przydarzyło, zawsze było poniżanie, a mokre prześcieradło często lądowało na mojej twarzy.

Po jednym z „wykładów” matki poczułam, jakby wzięła moje serce, pokroiła na kawałki i wyrzuciła do kosza

W pewnym momencie zaczęły się też dziać niedobre rzeczy z moją wyobraźnią. Wszystko kojarzyło mi się z seksualnością. Kiedy patrzyłam na sedes, który zaszedł czarnym kamieniem, widziałam żeńskie narządy płciowe. Kiedy mój wzrok padł na obraz z postacią Jezusa, wydawało mi się, że jego szaty układają się w ten sposób, że uwydatniają męski narząd płciowy. Gdy patrzyłam na Maryję z aniołami, które podtrzymują jej szatę, nasuwały się myśli, że one ją… obmacują. Przerażały mnie te myśli i budziły wielkie poczucie winy.

Kiedy w katolickim radiu, którego słuchałam, ksiądz kończył modlitwę i żegnał się ze słuchaczami, nie mogłam odgonić od siebie myśli w rodzaju: a teraz pewnie idzie na seks. Strasznie było to dla mnie trudne, czułam się grzeszna i brudna. Starałam się tłumić te myśli, męczyłam się.

Doszłam do wniosku, że Bóg mnie nie lubi

Po kilku latach zaszła we mnie w tej materii radykalna zmiana – doszło do czegoś w rodzaju angelizmu. Nawet, jeśli w czyjejś postawie wobec mnie obecny był podtekst seksualny, nie dostrzegałam tego, a jakąkolwiek myśl, że ktoś mógłby na mnie w taki sposób spojrzeć, dusiłam w zalążku. Nie chciałam, aby urosły mi piersi, by ujawniała się moja kobiecość – chodziłam w szerokich ubraniach, aby nie kusić mężczyzn do grzechu. Seksualność postrzegałam jako potworne zło i byłam przekonana, że gdybym wyszła za mąż, Bóg by się na mnie obraził.

Ogromne zamieszanie przeżywałam również w wymiarze duchowym. Miałam wielkie problemy z rozstrzygnięciem, co jest dobre, a co złe. Starałam się zrozumieć, co się ze mną dzieje i gdzie popełniam błąd. Nie udawało mi się to jednak, tym bardziej że kiedy próbowałam reagować na zło, okazywało się, że to ja jestem zła – wręcz najgorsza.

Nie miałam siły o tym myśleć. Te straszne rzeczy, nawet schowane w niepamięci, wciąż we mnie trwały i co jakiś czas dawały o sobie znać

Bardzo dużo się wtedy modliłam, często odmawiałam różaniec i pościłam w intencji nawrócenia matki i odwiedzających nas księży, ale to nie przynosiło rezultatu. Po pewnym czasie doszłam do wniosku, że Bóg mnie nie lubi, że wprawdzie moja intencja jest dobra, ale nie zostaje wysłuchana, ponieważ ja sama jestem zła.

Często byłam smutna, co także drażniło matkę. Mówiła, że chodzę naburmuszona, a przecież powinnam być wdzięczna za to, co mam. Rzeczywiście, miałam, co jeść, w co się ubrać i dach and głową, ale nikt się o mnie nie troszczył – nie interesował się tym, jak się czuję i co przeżywam. Nieraz myślałam, że dobrze byłoby, aby stało mi się coś złego, może wtedy matka zainteresowałaby się mną, okazała mi czułość. Sama nie mogłam się zabić. To byłby grzech, a ja przecież wierzyłam w Boga.

Wikary bał się jeszcze bardziej?

Patrzyłam na zachowania i postawy księży bywających w naszym domu i podczas ich posług w kościele – na Mszy świętej, w czasie spowiedzi, na katechezie. Pomimo fałszu i niespójności życia tych kapłanów, widziałam sens tego, co przekazuje Ewangelia i czego byłam uczona przez nich na lekcjach religii. Sama też chciałam uczyć o Bogu i wierze w Niego.

Po roku księdza S. przeniesiono do innej parafii. Nie oznaczało to, niestety, że kontakt z nim się urwał. Podczas różnych wyjazdów do czy z ks. S. towarzyszyłam matce jako alibi. Nie pamiętam, gdzie zostawiała wtedy młodsze rodzeństwo. Mnie nie wolno było słowem zdradzić, gdzie wyjeżdżałyśmy – to był wielki sekret. Nienawidziłam tych wyjazdów do tego stopnia, że kiedy zbliżały się, miałam odruchy fizjologiczne – chciało mi się wymiotować.

Zachowywałam się poprawnie, ale byłam wewnętrznie zamrożona – prawie nic nie czułam

Pojechałyśmy kiedyś do parafii ks. P, który wcześniej był w naszym miasteczku wikarym – i częstym gościem w naszym domu – a w nowym miejscu był już proboszczem. Przyjechał również ks. S. oraz inni księża. Pozostawiono mnie samą w jednym z pokoi na plebanii. Był tam telewizor i wideo. Włączyłam je – okazało się, że w magnetowidzie była kaseta z filmem. Zaczęłam go oglądać. Opowiadał o wyprawie pewnej kobiety do Afryki, było w nim mnóstwo scen pornograficznych.

Na tej plebanii nocowałam z matką i jej koleżanką w jednym pokoju. Cały wieczór spędziłam sama, one wróciły w nocy pijane i w samej bieliźnie. Opowiadały też, jedna drugiej, jak pytały księży: – Kochasz mnie?

Kiedy innym razem wszyscy wybrali się gdzieś na ognisko i długo nie wracali, zaniepokojona poszłam do młodego wikarego, który został na plebanii i poprosiłam, byśmy po nich pojechali. On nic nie odpowiedział, tylko zamknął przede mną drzwi. Być może nie zdecydował się mi pomóc, bo bał się jeszcze bardziej niż ja.

Zamrożona

Kiedy z moją matką zaczął romansować kolejny, trzeci już z rzędu wikary, zastanawiałam się: dlaczego Bóg przysyła do nas właśnie takich księży, którzy nie znajdują szczęścia w kapłaństwie, szukają pocieszenia w seksualnej relacji z kobietą, a tym samym swoim postępowaniem obrażają Boga i krzywdzą ludzi? Ci pojawiający się w naszym domu księża musieli chyba przekazywać sobie informacje o mojej matce…

Te straszne rzeczy działy się około sześciu lat. Coraz mniej się matce stawiałam. Pod koniec ósmej klasy wpadłam w otępienie, zamknęłam się w sobie i w jakimś sensie straciłam kontakt ze światem zewnętrznym. Zachowywałam się poprawnie, ale byłam wewnętrznie zamrożona – prawie nic nie czułam.

Każdy z trzech księży, którzy romansowali z matką, jest obecnie proboszczem

Pierwszy raz o relacjach seksualnych matki z księdzem odważyłam się wspomnieć pewnemu kapłanowi, kiedy byłam w liceum. Ten stwierdził krótko: – Chyba ci się coś przywidziało. Tak na kolejne lata temat został zamknięty – również dlatego, że sama starałam się spychać te doświadczenia w niepamięć. Nie miałam siły o tym myśleć, ale przecież musiałam dźwigać to, co przeszliśmy. Bo te straszne rzeczy, nawet schowane w niepamięci, wciąż we mnie trwały i co jakiś czas dawały o sobie znać.

Dziś

Tamte traumatyczne nadużycia seksualne sprzed lat boleśnie zaciążyły na życiu moim i mego rodzeństwa. Od tamtej pory mam jakby „wdrukowane” przekonanie, że kobietę się używa. A jej istnienie ma sens, o ile jest użyteczna. Najczęściej jest użyteczna jakimś facetom (w tym przypadku: księżom) do zaspokajania ich potrzeb seksualnych. Widziałam to w domu. Tak mi to wdrukowano…

I ja, i moje rodzeństwo mamy problemy w relacjach z innymi. Tak głodni byliśmy bliskości – wciąż o nią żebrzemy – że podjęliśmy wiele decyzji złych dla nas samych i raniących ważne dla nas osoby. Najgorsze dla mnie było to, że po latach owego „wdrukowanego”, ale nieświadomego wtedy jeszcze, przekonania, potwierdziło się ono dramatycznie, gdy sama tego doświadczyłam jako dorosła, ale nadal niedojrzała osoba – także od duchownego.

Obecnie nasze relacje z mamą są trudne. Najczęściej kontaktuję się z nią ja, rodzeństwo bardzo sporadycznie, o co mama ma duży żal. Najmłodsza siostra mówi, że jak była mała – chociaż przecież mieszkała z matką – czuła się jakby była z domu dziecka. Kiedy myślę o naszym rodzinnym domu, przychodzi mi na myśl słowo „house” (budynek), na pewno nie „home” (ognisko domowe, bezpieczne miejsce). Mama przeprosiła nas, że była złą matką. Nie wchodziła jednak w zdarzenia sprzed lat – temat seksualnych romansów z księżmi uważa za zamknięty. Często chodzi do kościoła i wiele się modli.

Ja sama pozostaję w Kościele, bo Bóg dał mi łaskę wiary i daje siłę do życia, do podjęcia terapii – do walki o siebie. Bez Boga zginęłabym.

Brat i siostra z Kościoła odeszli, ale w Boga wierzą. Widok księdza wciąż przypomina im traumę z dzieciństwa.

Każdy z trzech księży, którzy romansowali z matką, jest obecnie proboszczem. Najintensywniejszy i najdłuższy romans z matką miał ks. S. Zwłaszcza mój brat nie może poradzić sobie z tym, że ten – jak mówi – sk… wciąż naucza innych, jak mają żyć. Dla niego to wielkie zgorszenie, że ks. S. mówi ludziom o Bogu. Brat chciałby, aby sprawiedliwości stało się zadość, i żeby ks. S. poniósł karę za wyrządzone zło.

A ja chciałabym, ale nie mam odwagi, zapytać go: Dlaczego został księdzem? I czy może ktoś go skrzywdził, zanim on zaczął krzywdzić innych? Chciałabym zrozumieć jego postępowanie. Nie życzę mu źle, ale to, niestety, nie pomaga uśmierzyć dojmującego, tępego bólu, jaki wywołuje we mnie przeszłość, w której ks. S. uczestniczył, a o której – chociaż tak bardzo bym chciała – nie jestem w stanie zapomnieć.