Czy i jak można próbować przełożyć czynniki niefinansowe na wynik finansowy?

Model wolnego rynku – jak każdy model – ma tę zaletę, że dzięki uogólnieniom i uproszczeniom jest stosunkowo łatwy w percepcji. Umożliwia w miarę trafny opis i rozumienie zachodzących procesów. Niestety, sprzyja również pomijaniu wpływu aspektów innych niż finansowe na zmiany mające miejsce w rzeczywistości.

Zarówno szeregowi pracownicy, jak również zarządzający, poszukują często argumentów, które pomogłyby im wyjść poza proste kryteria finansowe. Chcą zrobić coś w ich ocenie wartościowego (lub nie zrobić czegoś nagannego), co jednocześnie broniłoby się w ujęciu finansowym. Poszukują rozwiązań, które pomogłyby im wpisać się w reżim kryteriów finansowych i maksymalizacji wyników. Co znamienne, czasami rozwiązań takich poszukują również uczestnicy rynku kapitałowego, np. potencjalni akcjonariusze. Do nich jednak dociera najczęściej już tylko poddana obróbce i syntezie przefiltrowana informacja czysto finansowa.

Jako pierwsze jawi się zatem pytanie, jak udrożnić kanał przepływu informacji o podejmowanych decyzjach i działaniach. Druga kwestia dotyczy kryteriów, na podstawie których podejmuje się decyzje – zarówno wewnątrz przedsiębiorstwa i na rynku kapitałowym, jak również w relacjach między nimi. Wątpliwości sprowadzają się do tego, jak aspekty niefinansowe – dotychczas zbyt często pomijane i wyceniane z wartością zerową – wpisać w syntetyczną ocenę spółki i jej działań. Czy jeszcze na wcześniejszym etapie – wewnątrzorganizacyjnym – włączyć aspekty niefinansowe w ewaluację działań jednostki organizacyjnej, czy wpisać to w obowiązki konkretnej osoby (pracownika, menedżera)?

Jak traktować typową sytuację, w której w danej organizacji nie odnotowuje się  zgłoszeń o potencjalnym przekroczeniu zasad? Naiwnością byłoby myślenie, że mamy do czynienia z organizacją idealną

Warto zdać sobie sprawę, że nie jest to działanie sprzeczne z modelową koncepcją wolnego rynku. Wręcz przeciwnie. Model zakłada bowiem doskonały przepływ informacji między uczestnikami rynku. Tymczasem w praktyce nadmiar informacji sprawia, że jest ona niemożliwa do przyswojenia w całości przez wszystkich uczestników rynku. Z tego powodu jest wytłumiana i redukowana do syntetycznych wskaźników czysto finansowych. Mamy zatem do czynienia z asymetrią informacyjną, która jest – z punktu widzenia modelowego wolnego rynku – szkodliwa.

Wspomniany nadmiar informacji z jednej strony trudno przyswoić, z drugiej trudno również sprowadzić do wymiaru praktycznego, jednej miary i kryterium decyzyjnego. Nie wchodząc w szczegóły różnic pomiędzy podejściem normatywnym – wskazującym na maksymalizację zysku – ujęciem systemowym czy behawioralnym, należy przyznać, że zdecydowanie najłatwiej zarządzać, kiedy ma się perspektywę jednego celu i maksymalizacji jego wartości. Pytanie brzmi zatem: czy i jak można próbować przełożyć – marginalizowane często – czynniki niefinansowe na wynik finansowy, który jest w centrum uwagi zarządzających zarówno spółkami giełdowymi, jak i funduszami inwestycyjnymi na rynku kapitałowym? Ważne bowiem, żeby informacja – czy wręcz ocena – miała charakter możliwie syntetyczny i powiązany z wynikiem finansowym. Inaczej bowiem można z dużym prawdopodobieństwem przewidywać, że nie zostanie przyswojona przez rynek.

Ożywić martwe kodeksy

Warto w tym miejscu wskazać na termin ryzyka biznesowego, tj. prawdopodobieństwa uzyskania ze względu na nieujęte w modelu czynniki wyniku innego (gorszego, lepszego) niż oczekiwany. Przecież właśnie one, w tym czynniki niefinansowe, sprawiają, że model rynkowy nie daje ze stuprocentową pewnością zakładanego zysku. Jakieś czynniki odpowiadają za to, że wyniki czasem przekraczają oczekiwania rynku, a kiedy indziej są znacznie od nich gorsze. Aby zmniejszyć ryzyko biznesowe, konieczne jest precyzyjniejsze uwzględnienie w modelu wyceny na rynku kapitałowym wpływu czynników niefinansowych na cenę. Jeżeli zabieg taki by się udał, a tym samym wyniki inne niż finansowe (społeczne, środowiskowe) stałyby się ważne dla uczestników rynku – bo zmniejszałyby ryzyko biznesowe – skutkowałoby to zapewne ograniczaniem zachowań niepożądanych, a wzrostem tych ocenianych pozytywnie. Tak długo bowiem jak inwestorzy słyszą o etycznych, społecznych czy środowiskowych aspektach działalności gospodarczej, tak długo nie słuchają. Z chwilą, gdy usłyszą o ekspozycji wartości spółki na realne ryzyko ze względu na jej nieakceptowalne zachowanie, skupią na tym swoją uwagę.

Niestety martwe narzędzia proceduralne nie obniżają poziomu ekspozycji na ryzyko. Dobrym przykładem mogą być kodeksy etyki. Na poziomie deklaracji posiada je większość organizacji. Tylko jak traktować typową sytuację, w której rokrocznie w danej organizacji nie odnotowuje się jakichkolwiek zgłoszeń o potencjalnym przekroczeniu przyjętych zasad? Naiwnością byłoby myślenie, że mamy do czynienia z organizacją idealną, w której nie dochodzi do prób naruszeń zasad etycznych. Zakładając, że ludzie nieuczciwi rozłożeni są dość równomiernie po różnych branżach i przedsiębiorstwach, należałoby raczej uznać, że przyjęte mechanizmy są zwyczajnie martwe, a sam kodeks etyki jest jedynie pustą deklaracją.

W praktyce takim narzędziem, które pośrednio mogłoby wskazywać na większą lub mniejszą ekspozycję spółki na ryzyko biznesowe związane z aspektami niefinansowymi, jest analiza i ocena ratingowa. Chodzi także o ocenę opartą na analizie wskaźnikowej wyników społecznych i środowiskowych przedsiębiorstw. Wymagałoby to od spółek ujawnienia w usystematyzowany i porównywalny sposób (za pomocą kwestionariuszy, wywiadów i ocen audytorów) swojego podejścia do zarządzania poszczególnymi aspektami związanymi z wpływem na otoczenie.

Wybrane obszary działalności poddane zostają ocenie i składają się na całościową notę dla spółki lub obszaru, wyrażoną chociażby oceną ratingową (np. C, C+, B, B+, A, A+). Ta z kolei pokazuje inwestorowi, z jakim charakterem ekspozycji na ryzyko ma styczność. Kluczowa jest ocena zarówno podejścia zarządczego – polityk, procedur i procesów spółki – jak również wyników. Nie wystarczy bowiem posiadanie polityki, jeśli nie przekłada się ona na konkretne procedury i procesy. Z kolei wynik może mówić nie tylko o tym, co wydarzyło się w spółce, ale też o tym, czy dana procedura lub proces w ogóle działają.

Tego typu rozwiązania nie są nowością. Różnego rodzaju próby ich implementacji są podejmowane od lat. W Polsce wspomnieć należy przede wszystkim o RESPECT Index, notowanym od listopada 2009 roku na GPW w Warszawie. Potencjał tego typu rozwiązań jest istotny, choć efekty wciąż są raczej dalekie od oczekiwań. Z jednej strony zainteresowanie analityków i inwestorów tego typu narzędziami oraz tzw. inwestowaniem etycznym jest jeszcze w Polsce niewielkie – choć pojawiają się zarówno dedykowane fundusze, jak i pytania od analityków. Z drugiej strony popularność inwestowania etycznego na innych rynkach rośnie dynamicznie, co daje nadzieję, że przełoży się to za jakiś czas również na sytuację w Polsce.

Cieszyć może też to, że sam argument typu „giełda oczekuje” lub „inwestorzy pytają” otwiera drzwi do wielu menedżerskich gabinetów w firmach i umożliwia działania, które wcześniej zostałyby odrzucone. Należy oczywiście pamiętać, że tego typu narzędzia to również – tylko i aż – modele, które analizując sytuację w przedsiębiorstwie, upraszczają rzeczywistość. Chęć sprowadzenia zastanego obrazu organizacji do syntetycznej oceny czy grupy ocen sprawia, że nie wszystkie czynniki mogą być w ewaluacji właściwie uwzględnione. Co więcej, logika zachowania organizacji – nawet wobec presji rynku kapitałowego, jaką jest zadawanie pytań o wartościowość pewnych rozwiązań – polega na podejmowaniu działań wystarczających, a niekoniecznie optymalnych.

W skrajnym, ale całkiem realnym przypadku może to powodować wykonywanie ruchów wyłącznie pozorowanych, nastawionych na wypełnienie oczekiwań ankiety i audytorów, a nie na rzeczywiste zarządzanie daną kwestią. Należy mieć jednak nadzieję, że wraz ze wzrostem zainteresowania etycznym inwestowaniem rosnąć będzie również skłonność do angażowania w nie większych środków przez animatorów rynku kapitałowego, w tym samą giełdę. Tym samym sito, przez które będzie musiała przejść organizacja, będzie się zagęszczać. Przykładowo łatwiej jest przejść przez składającą się z kilkudziesięciu pytań ankietę, na jakiej opiera się dzisiejszy RESPECT Index, nawet jeśli towarzyszy temu procesowi niezależny audyt, niż poddać się kompleksowej ocenie audytorów agencji ratingowej. Audytorów, którzy nie tylko zweryfikują ogólne zagadnienia wspólne większości spółek, ale również wejdą w specyficzne niuanse branży i w oparciu o uzyskane odpowiedzi wystawią ocenę.

Spółki notowane w indeksach spółek społecznie odpowiedzialnych dają nie gorsze wyniki niż reszta rynku

Należy mieć nadzieję, że narzędzia oceniania będą coraz doskonalsze. Kluczowa jest weryfikacja prostych ocen – czy raczej wycen finansowych na rynku kapitałowym – pod kątem ryzyka płynącego z podejścia spółki do zarządzania wynikami niefinansowymi. To z kolei zmusi menedżerów – albo chociaż da im przyzwolenie na taki ruch – do działań, których wcześniej nie podejmowali ze względu na postrzegany w uproszczony sposób prymat zysków dla akcjonariuszy.

Już dziś okazuje się, że spółki notowane w indeksach spółek społecznie odpowiedzialnych dają nie gorsze wyniki niż reszta rynku, ale przy niższym poziomie ryzyka, stając się interesującą formą inwestowania. Przypadek czy empiryczne potwierdzenie przyjętych założeń?

Przy wszystkich swoich ograniczeniach i niedoskonałościach w ten trend wpisuje się również warszawski RESPECT Index. Po ośmiu latach funkcjonowania, w grudniu 2017 roku, mógł pochwalić się wynikami znacznie lepszymi od przeciętnej. Od pierwszej publikacji w 2009 roku zwiększył bowiem wartość o 85 proc. W tym czasie indeks szerokiego rynku WIG wzrósł o 59 proc. a WIG20 zyskał 3,5 proc.

Przyszłość pokaże, czy tego typu narzędzia zdominują rynek i czy w będą wypierać zachowania nieetyczne, a nagradzać szanowanie godności człowieka w biznesie na tyle skutecznie, by zmienić obowiązujący paradygmat zarządzania. W przypadku rynku kapitałowego nagrodą dla etycznie zarządzających jest dostęp do kapitału, kapitału tym tańszego, im lepsze wyniki i perspektywy reprezentują ich spółki.

Tekst ukazał się publikacji Zarządzanie z ludzką twarzą przygotowanej przez Laboratorium Więzi.