Polskę trzeba koniecznie zszywać. Ale miesiąc po zabójstwie prezydenta Gdańska trzeba przypomnieć, że absolutnie niezbędnym warunkiem czynienia Polski bardziej wspólną są zmiany personalne i programowe w TVP.

Mija dziś miesiąc od tragicznego zamachu na prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Wierzyłem wtedy i nadal wierzę, że z tej zbrodni można wyprowadzić dobro. Kilkakrotnie mogliśmy już zresztą tego doświadczyć, nawet na wielką skalę społeczną, jak w przypadku błyskawicznych facebookowych zbiórek „Zapełnijmy ostatnią puszkę prezydenta Adamowicza” i „#Wspieram ECS”.

Coraz mniej chętnych do depolaryzacji

Nie sposób jednak powiedzieć dziś zasadnie, że Polska bez Adamowicza stała się na szerszą skalę Polską bez nienawiści czy choćby z osłabioną nienawiścią. Nie widać otrzeźwienia. Stwierdzam to z żalem jako autor publicystycznych wezwań przeciwko nienawiści i przemocy oraz współsygnatariusz styczniowego apelu o to, by „zrobić krok wstecz. Wyciągnąć rękę – bez pewności, czy po drugiej stronie ten gest spotka się ze zrozumieniem”.

Po 30 dniach można już ówczesne nadzieje zweryfikować. Potrzeba zmniejszenia skali napięć w naszym społeczeństwie wydaje mi się coraz silniejsza, tyle że liczba ochotników gotowych do pracy nad depolaryzacją zmniejsza się błyskawicznie. Niestety, poza wypowiedziami prezydenta Andrzeja Dudy, który wyraźnie złagodził ton swoich wystąpień publicznych, nie widzę znaczących śladów krytycznej autorefleksji po tej stronie polskiej debaty publicznej, która utożsamia się z Prawem i Sprawiedliwością.

Bez przemiany mediów związanych z rządem nie jest możliwa jakakolwiek dostrzegalna depolaryzacja polskiego życia publicznego

Więcej będę pisał na ten temat w wiosennej „Więzi”. Tu i teraz chciałbym się skupić na przypomnieniu, że zmiany personalne i programowe w TVP są absolutnie niezbędnym warunkiem czynienia Polski bardziej wspólną. Bez nich nie da się wykonać jakiegokolwiek realnego kroku ku bardziej wspólnemu dobru. Bez zmian w TVP nadal królować będzie polityczny i ideologiczny partykularyzm. Bez przemiany mediów związanych z rządem nie jest możliwa jakakolwiek dostrzegalna depolaryzacja polskiego życia publicznego.

Zawsze więcej trzeba wymagać od tych, którym więcej dano. W przypadku polityków oznacza to, że ci, którzy sprawują władzę, są bardziej odpowiedzialni za atmosferę życia publicznego. Dano im więcej (głosów wyborców), więc trzeba od nich więcej wymagać. Należałoby może sformułować zasadę mnożnika odpowiedzialności: im większym poparciem społecznym cieszy się dane ugrupowanie polityczne, tym bardziej powinno ono być odpowiedzialne za klimat debaty publicznej. I tym bardziej należy wymagać od jego przedstawicieli samoograniczenia.

We współczesnej Polsce zasada ta miałaby zastosowanie tym bardziej, że obecnie rządzący zdobyli – i to już grubo ponad trzy lata temu – większość absolutną w parlamencie. Odczytali to jednak – zgodnie z niechlubną tendencją rozwoju polityki w naszych czasach, także polskiej polityki – nie jako wezwanie do tego, by więcej wymagać od samych siebie, lecz jako przyzwolenie, że im samym więcej wolno. Uznali zwłaszcza, że – wbrew wcześniejszym zapowiedziom – wolno im stworzyć nie tyle media prawdziwie publiczne, ile prostacki państwowy przemysł propagandowy codziennie sączący w umysły widzów i słuchaczy łopatologiczne wskazówki, kto jest dobry, a kto zły.

Adamowicz – „rak na polskiej demokracji”

Jak to wyglądało w przypadku prezydenta Gdańska? Przeanalizowałem programy TVP pod tym kątem i utożsamiam się z opinią Rady Etyki Mediów, która stwierdziła kilka dni temu, że telewizja publiczna w swojej prezentacji osoby i działań Pawła Adamowicza złamała kilka kluczowych zasad zapisanych w Karcie Etyki Mediów. Szkoda tylko, że REM nie podała bardziej szczegółowego uzasadnienia swojej opinii. Chciałbym więc przedstawić tu kilka przykładów.

W niektórych – i to najistotniejszych – materiałach TVP dotyczących Pawła Adamowicza widać jak w soczewce manipulacje stosowane przez tę stację. Moim zdaniem, szczególnie rażące było stałe, wręcz systemowe naruszanie zasady obiektywizmu, mówiącej o tym, że dziennikarz przedstawia rzeczywistość niezależnie od swoich poglądów i rzetelnie relacjonuje różne punkty widzenia. W „Wiadomościach” TVP informacje przekazuje się natomiast w taki sposób, żeby odbiorca nie miał wątpliwości, kto ma być dobry, a kto zły. W przypadku Adamowicza dokonywano tego różnymi środkami, zwłaszcza poprzez odpowiedni dobór pokazywanych zdjęć czy nagrań archiwalnych, wybór zapraszanych komentatorów, kolejność wypowiedzi.

W TVP ulubionym ujęciem Adamowicza stała się scena, jak prezydent ciągnie wspólnie z samorządowcami samolot linii OLT Express (które później z hukiem zbankrutowały, a były powiązane kapitałowo z Amber Gold) – nie trzeba być wielkim analitykiem mediów, aby zgadnąć, jakie skojarzenia miało to wywołać u telewidzów.

Im większym poparciem społecznym cieszy się dane ugrupowanie polityczne, tym bardziej powinno być ono odpowiedzialne za klimat debaty publicznej, tym bardziej należy wymagać od jego przedstawicieli samoograniczenia

W TVP Gdańsk był reporter (Łukasz Sitek) wyspecjalizowany w przygotowywaniu materiałów o Adamowiczu. Nie ma w tym pozornie nic dziwnego – wszak to dobrze, jeśli dziennikarze specjalizują się w jakichś tematach. Tyle że wśród pytań, jakie Sitek agresywnie zadawał Adamowiczowi, biegnąc za nim z kamerą po ulicy, były takie perełki „obiektywizmu”: „Czy panu jest nie wstyd? Chciał pan zepsuć imprezę narodową. Dlaczego pan wspiera przestępczość w Gdańsku? Dlaczego prezydent Gdańska firmuje układ? Dlaczego prosiliście przestępców o pieniądze? Innowacyjność nadchodzi? Okradanie Polaków?” (to cytaty z jednego tylko dwuipółminutowego nagrania z 12 września 2017 r., dostępnego w całości w internecie). Nic dziwnego, że Adamowicz odmawiał rozmowy z takim „dziennikarzem”.

Telewizja rządowa ochoczo natomiast prezentowała w swoich materiałach informacyjnych PiS-owskiego kontrkandydata Adamowicza w wyborach samorządowych w minionym roku, Kacpra Płażyńskiego. A gdyby telewidz miał jeszcze jakieś wątpliwości, kto jest dobry, a kto zły – to na przykład ostatni głos w jednym z materiałów „Wiadomości” należał do publicysty tygodnika „Sieci”. Jerzy Jachowicz powiedział o Adamowiczu do kamery TVP: „Kim jest ten człowiek? No, to jest rak na polskiej demokracji!” (autorzy: Maciej Sawicki i Kinga Bednarek, 9 czerwca 2018 r.).

„Gdańsk to dla niego Danzig”

W tym samym materiale moją uwagę przykuła inna perfidna manipulacja. Pokazano w nim bowiem, wyrwaną z jakiegokolwiek kontekstu, króciutką dwusekundową wypowiedź archiwalną Adamowicza: „Wszystko jest możliwe”. Dla wprawnego oka pochodzi ona z wyraźnie innego okresu, ale widzom „Wiadomości” zaprezentowano ją tuż po informacji o podejrzeniach dotyczących kilku mieszkań prezydenta Gdańska. No i jak tu nie myśleć źle o Adamowiczu, skoro on sam „mówi”, że wszystko jest możliwe…

W materiałach TVP padały wobec prezydenta Gdańska także zarzuty promowania i komunizmu, i faszyzmu. Reporter Jan Korab mówił, że Adamowicz „nadał imię Lenina Stoczni Gdańskiej” – a chodzi o powieszenie na bramie, przez którą wchodzi się do Europejskiego Centrum Solidarności, historycznego napisu z dawną nazwą stoczni z czasów PRL. O promowaniu faszyzmu mówił już nie reporter – zaprezentowano wypowiedź niepodpisanego przechodnia, mówiącego: „Eksponujemy ponure czasy lat 30., gdy w Gdańsku de facto rządziła NSDAP”.

Rzecz jasna, problem mediów związanych z obozem aktualnie rządzącym polega nie na tym, że podawano w nich informacje o działaniach prokuratury czy CBA wobec Pawła Adamowicza, i o ciążących na nim podejrzeniach. Informowanie jest elementarnym obowiązkiem mediów. Czyniły to obszernie także media prezentujące odmienne sympatie ideowe.

Materiały TVP o Adamowiczu były tak przygotowywane, aby telewidz nie miał wątpliwości co do negatywnej oceny prezentowanej postaci

Sęk w tym, że nawet po lekturze tekstów „Gazety Wyborczej” (mocno antyPiSowskiej i wyraźnie sympatyzującej z prezydentem Gdańska) czytelnik pozostawał z wiedzą o zdarzeniach pewnych i z pytaniem, co jest prawdą w podejrzeniach. Natomiast materiały TVP były tak przygotowywane, aby telewidz nie miał wątpliwości co do negatywnej oceny prezentowanej postaci. Tam już wydano wyrok o winie podejrzanego, zanim zrobił to sąd. Prezydent Gdańska prezentowany był jako krętacz, cynik, malwersant.

Analogicznie, tylko jeszcze bardziej prostacko, przedstawiano Adamowicza na łamach prywatnych mediów jawnie prorządowych: tygodnika „Sieci” czy portalu „wPolityce.pl”. Klasyczny przykład to zdanie „Adamowicz dalej jątrzy” w tytule „informacji” w serwisie wPolityce.pl: Pewien autor tego samego portalu twórczo rozwijał myśl ministra Mariusza Błaszczaka, że prezydent Gdańska  „wpisuje się w kłamstwa, w retorykę, która była retoryką tych, którzy na Polskę napadli”. Jerzy Bukowski już w tytule pytał retorycznie: „Czyżby Adamowicz nie chciał już być Polakiem?”, a w tekście rozwiewał wszelkie wątpliwości: „Adamowicz ceni sobie nade wszystko niemiecką tradycję zarządzanego przez siebie miasta, Gdańsk to dla niego Danzig, a fascynacja potęgą Wehrmachtu usuwa w cień bohaterstwo Wojska Polskiego”.

Zapomniane dobro odbiorcy

Czy stosunek mediów prawicowych do Adamowicza był jakoś szczególny? Zasadniczo nie, widziałbym to przede wszystkim jako jeden z wielu przykładów głęboko zżerającej te media choroby ideologizacji, która przekształca je w narzędzia topornej politycznej propagandy. W podobny sposób traktowane są tam inne osoby i tematy.

Jednak trzeba też dostrzec, że agresja wobec prezydenta Gdańska miała pewne cechy wyjątkowe. Moim zdaniem, źródłem jest tu opór (przez długi czas skuteczny), jaki Adamowicz stawiał wobec planów tzw. likwidacji Muzeum II Wojny Światowej, czyli w praktyce: doprowadzenia do wymiany kierownictwa tej znakomitej placówki. Media sympatyzujące z PiS od tej pory uznały go za jednego z czołowych wrogów obozu władzy.

Telewizja publiczna opłacana jest z powszechnego abonamentu – powinna zatem służyć dobru wspólnemu Polaków i jego umacnianiu, a nie jątrzeniu i podsycaniu podziałów

Tak bardzo systemowej stronniczości mediów związanych z rządem nie usprawiedliwiają przypadki stronniczego politycznie zaangażowania innych mediów – czy to incydentalnie, czy stale. Zwłaszcza nie usprawiedliwia to działań telewizji publicznej, która  opłacana jest z powszechnego abonamentu i wprost z budżetu państwa – powinna zatem służyć dobru wspólnemu Polaków i jego umacnianiu, a nie jątrzeniu i podsycaniu podziałów.

To właśnie mediów publicznych w szczególny sposób dotyczy więc przypomniana przez Radę Etyki Mediów zasada pierwszeństwa dobra odbiorcy: podstawowe prawa widzów czy słuchaczy są nadrzędne wobec interesów redakcji, wydawcy czy dziennikarzy. Oj, bardzo zapomniana jest dziś ta zasada…

Nie tylko Jacek Kurski

Wyjaśnię na wszelki wypadek jeszcze jedno. Należę do tej większości Polaków, którzy partiom politycznym zasadniczo nie ufają i nie identyfikują się z żadną z nich.

Nie zmartwiła mnie więc bezczelna deklaracja przywódcy największej partii opozycyjnej Grzegorza Schetyny bezpośrednio po pogrzebie Pawła Adamowicza, że słowa ojca Ludwika Wiśniewskiego wzywające do zerwania z nienawistnym językiem, pogardą i bezpodstawnym oskarżaniem innych, nie były adresowane do niego. Rzekłbym, że w sensie moralnym trudno o bardziej bezwstydną wypowiedź. Nienawiść to inni, nienawiść to oni… Ja jestem czysty, we mnie nie ma nienawiści i pogardy… Ta deklaracja lidera Platformy Obywatelskiej to kolejne potwierdzenie, jak bardzo Schetyna nie dorasta do roli poważnego lidera opozycji w kraju, w którym władza dokonuje ustrojowej demolki.

Brak odpowiedzi na rękę wyciągniętą do pojednania nie zwalnia bynajmniej z moralnej decyzji o cofnięciu się krok wstecz. Deklaracje moralne zobowiązują wewnętrznie – niezależnie od tego, jak się zachowują inni.

Wymagam więc od polityków różnych ugrupowań tego samego, ale – zgodnie z deklaracją złożoną powyżej – od rządzących zawsze wymagam bardziej. Nie odwołuję ani jednego słowa z własnych deklaracji o konieczności zszywania Polski. Nie żałuję deklaracji o wzajemnym radykalnym przebaczeniu. Dostrzegalny brak odpowiedzi na rękę wyciągniętą do pojednania nie zwalnia mnie bynajmniej z decyzji o konieczności cofnięcia się krok wstecz i częstszego gryzienia się w język. Deklaracje moralne mają tę cechę, że zobowiązują wewnętrznie – niezależnie od tego, jak się zachowują inni. Chcę powstrzymać proces niszczenia wspólnoty Polaków, nie chcę dalszej eskalacji konfliktu polsko-polskiego – widać bowiem, jak łatwo może dojść do kolejnej krwawej tragedii.

Nie odwołuję zatem styczniowych apeli. Po miesiącu muszę jednak dodać stanowczą przestrogę dla osób decydujących o dalszych losach TVP. Jeśli nominaci Prawa i Sprawiedliwości zasiadający w Radzie Mediów Narodowych, Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji oraz premier rządu i (last but not least) sam prezes partii nadal nie zdobyli się po zabójstwie Pawła Adamowicza na wyrażoną publicznie autorefleksję co do języka własnych mediów, jeśli wciąż świadomie podtrzymują aktualne tendencje panujące przy Woronicza i placu Powstańców, jeśli odrzucają wszelką krytykę, tolerują pozywanie przez TVP do sądu rzecznika praw obywatelskich (niby jako osoby prywatnej, choć wypowiadał się w ramach pełnionego urzędu), jeśli dopuszczają do bezceremonialnego piętnowania przez „Wiadomości” nowych wrogów, jak np. Bogusława Chraboty (albowiem ośmielił się opublikować w „Rzeczpospolitej” wyniki sondażu, w którym wiarygodność programów informacyjnych TVP wygląda dramatycznie kiepsko) – to tym samym przejmują na siebie pełną współodpowiedzialność za zło sączące się z programów telewizji publicznej. Nawet przy największej dozie dobrej woli nie da się już powiedzieć, że to tylko wina Jacka Kurskiego i jego „cyngli”. To stronniczość zamierzona i systemowa.