Nicolę Chiaromontego i Melanie von Nagel łączyła platoniczna miłość, nie pozbawiona jednak akcentów zmysłowych. Ich listy to przejmująca korespondencja.

W grudniu 1973 roku, a więc niespełna dwa lata po śmierci Nicoli Chiaromontego, ukazał się w „Więzi” szkic jego autorstwa, „O faszyzmie”, w tłumaczeniu Wojciecha Karpińskiego. Była to pierwsza pełna publikacja tekstu od chwili jego publikacji w mocno okrojonej formie w paryskim piśmie „Europe” w 1936 roku.

„(…) tekst zadziwił mnie intelektualną przenikliwością. Pisał go przed wojną antyfaszystowski emigrant w Paryżu, (…) ale dla mnie te wywody stały się pomocne w zrozumieniu sytuacji polskiej w latach siedemdziesiątych – a i dzisiaj, w (…) XXI (…) pozostają żywe i odkrywcze” – stwierdza po latach Karpiński w posłowiu „Listów do Muszki” (Fundacja Terytoria Książki 2018), korespondencji włoskiego filozofa z Melanie von Nagel, mniszką benedyktyńską z opactwa Regina Laudis w stanie Connecticut, korespondencji, która także zadziwia przenikliwością, nie tylko intelektualną, ale i duchową.

„Listy do Muszki” to listy agnostyka do chrześcijanki – wybór z „rozmowy” trwającej pięć lat, od stycznia 1967 roku do śmierci Chiaromontego w styczniu 1972. Całość zawiera ponad 1200 listów i, jak wylicza Karpiński, gdyby opublikować ją bez skrótów, obejmowałaby ponad dwanaście tomów!

„«Praca», w której Nicola i Melanie upatrywali sensu swoich poszukiwań, polegała (…) na szukaniu możliwości autentycznego przywrócenia w świecie «poczucia boskości», a człowiekowi – «pojęcia duszy». Nie dążyli jednak do znalezienia wspólnej odpowiedzi – z pewnością nie chodziło o wzajemne «nawrócenie» się na własną wiarę – ale raczej do wyznaczenia drogi, którą mogłyby kroczyć razem osoba wierząca w Boga transcendentnego i osobowego i osoba pozbawiona takiej wiary, ale dostrzegająca w sobie wymiar sacrum” – pisze we wstępie do książki Cezare Panizza, biograf Chiaromontego.

Melanie von Nagel [matka Jerome, Muska, Chiaromonte używał formy Mushka] urodziła się w 1908 roku jako córka generała dywizji Karla Freiherra von Nagel zu Aichberg należącego do bawarskiej arystokracji i Mabel Dillon Nesmith z zamożnej rodziny nowojorskiej. Była poetką, tłumaczką Celana, Trakla, Montalego, Ungarettiego i Bonnefoy, mówiła biegle pięcioma językami. Młodość spędziła w Monachium, gdzie wyszła za mąż za Halila-beg-Mussayassula, muzułmańskiego emigranta z Północnego Kaukazu i cenionego malarza portretowego (jego obrazy można oglądać w nowojorskim Metropolitan Museum). Pod koniec II wojny i tuż po niej zaangażowała się wraz z mężem w pomoc uchodźcom – głównie rosyjskim – ocalałym z obozów zagłady. Pod koniec lat 40. przenieśli się do Nowego Jorku, gdzie w 1949 roku Mussayassul zmarł.

Chiaromonte był od Nagel trzy lata starszy. Urodził się w 1905 roku w Rzymie. Był pisarzem, filozofem, jednym z najwybitniejszych myślicieli XX wieku. Sprzeciwiając się rządom Benita Mussoliniego, wyjechał w 1934 roku z Włoch. Lata 40. spędził w Nowym Jorku, gdzie stał się ważną postacią wśród lewicy sprzeciwiającej się stalinizmowi. Przez lata współredagował włoski miesięcznik „Tempo presente” (z którym współpracował m.in. Gustaw Herling Grudziński). Był autorem jedynej wydanej za życia – oprócz zbioru recenzji i szkiców teatralnych „La situazione drammatica” – książki „Credere e non credere” o jednostce wplątanej w historię.

Melanie wstąpiła do zakonu mając 50 lat. Poznali się rok wcześniej, w 1957, w Rzymie.

Chiaromonte z zachwytem przywoływał słowa Sołżenicyna: „błogosławione niech będzie więzienie! Pozwoliło mi rozważać”. Podkreślał jednocześnie, że sam nie wie, czy umiałby się zdobyć na taki dystans i radość życia

„To, że kobieta tak porywcza, tak przepełniona uczuciami, tak namiętna mogła wybrać dobrowolne więzienie, można zrozumieć, jak sądzę, tylko gdy się pomyśli, jak bardzo Muszka cierpiałaby zmuszona do życia «normalnym» życiem (to znaczy normalnie zniewolona) w jakiejkolwiek zachodniej metropolii” – pisał Chiaromonte do rodzonej siostry Melanie, Ludoviki von Nagel.

Pisząc o Muszce, Nicole tak naprawdę pisał o sobie. On też nie potrafił żyć „normalnym” życiem. Z zachwytem przywoływał słowa Sołżenicyna: „błogosławione niech będzie więzienie! Pozwoliło mi rozważać”. Podkreślał jednocześnie, że sam nie wie, czy umiałby się zdobyć na taki dystans i radość życia.

W jego listach jednak co i rusz pobrzmiewają podobne tony. Ogołocenie bywa dla niego odnową, nadmiar poczuciem pustki. „Nie jestem zadowolony z powrotu do Rzymu. Chciałbym stąd wyjechać w jakieś jeszcze spokojniejsze miejsce, bardziej sprzyjające skupieniu, więcej, powiedziałbym: bardziej samotne. Jak Ci mówiłem, sprawia mi przykrość myśl o tych wszystkich czynnościach i wszystkich słowach, niepotrzebnych i obojętnych, wykonywanych lub wypowiadanych automatycznie w życiu miejskim i tak zwanym «towarzyskim». Przywodzi mi to na myśl regułę, którą stosowałem w młodości w chwilach depresji i smutku, tak częstych w młodym wieku, który uważa się za szczęśliwy. Reguła polegała na tym, żeby nie robić ani nie mówić niczego, co nie byłoby ściśle i w sposób oczywisty konieczne. Przede wszystkim nie mówić – i to się sprawdzało”.

Przeraża go nadmiar drukowanych książek, powołuje się na Tołstoja i jego pochwałę prawdziwej ignorancji zamiast połowicznej kultury, cytuje Pasternaka: „Wypowiadajcie jak najprostsze słowa. Odrzucajcie wszelkie komplikacje”.

Chiaromonte poddaje krytyce metropolie, w których dokonuje się według niego fakt „zbezczeszczenia  życia”. Przeraża go pęd, interesowność, nadmierna dyscyplina współczesnego człowieka, która nie pozwala zaistnieć temu, co narusza z góry ustalony plan. Nie jestem daleki od stwierdzenia, że kondycja ucywilizowanego człowieka jest najgorsza, jaką można sobie wyobrazić – i może tylko wówczas, kiedy człowiek – jak mówi G. B. Vico – «poddawał się bezbożnemu i dzikiemu życiu na ziemi pokrytej borami» – tylko wówczas dusza – to, co my nazywamy duszą – była tak mało obecna jak teraz. Ale my jesteśmy dzicy z własnej woli (…) i na tym polega różnica” – pisał.

Postrzegał walkę o duszę jako konieczność, ale jednocześnie jako zawierzenie się czemuś, co nierealne. Bliska mu była figura Don Kichota, którą traktował bez ironii, serio. Austero cavaliere, tu non mi fai ridere, e neppure sorridere[Surowy rycerzu, nie rozśmieszaj mnie, nawet się nie uśmiechaj] – notował w jednym z młodzieńczych zeszytów.

Krzywe zwierciadło przystawiał inteligencji: „prawdziwe współczesne barbarzyństwo to inteligencja, która przypisuje sobie natychmiastową i niezawodną skuteczność, czyli przeobraża się natychmiast w taką czy inną formę przemocy”.

Krytykował tak charakterystyczną dla naszych czasów dokumentację absolutną – jakże obecną np. na dzisiejszych portalach społecznościowych – która im bardziej jest drobiazgowa i gęsta, tym więcej traci na wartości. „(…) wyobraźmy sobie, że mamy kompletne nagranie gestów, czynów i słów Sokratesa albo Chrystusa – co właściwie mamy? Obraz zwykłego życia – zwyczajnej jednostki, która od czasu do czasu wypowiada niejasne bądź szczególne słowa (…)”.

Nicola Chiaromonte, „Listy do Muszki”, tłum. Alina Kreisberg, Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2018

Ciekawy jest stosunek Chiaromontego do fotografii. Uważał, że wyrazistość i drobiazgowość tej dziedziny sztuki, w przeciwieństwie np. do malarstwa, sprawia, że staje się ona niema, sztuczna. Postrzegał ją – podobnie jak naukę – jako tę, która odkrywa tylko nagą rzeczywistość i jest dowodem „nieobecności «pierwiastka boskiego» – jednocześnie prowadzi do zawrotu głowy wywołanego owym «boskim pierwiastkiem», który – skoro w  s p o s ó b  o c z y w i s t y nie znajduje się na żadnej planecie, w żadnej galaktyce – m u s i  b y ć  g d z i e  i n d z i e j”.

 

Ech, jaką temperaturę mają te listy! Przypominają mi „Listy do Agnieszki”  Jerzego Lieberta. Ale tam „rozmowa” urywa się, kiedy Bronisława Wajngold decyduje się wstąpić do zakonu, a w przypadku Chiaromontego korespondencja między nim a Muszką po jej wstąpieniu do zakonu dopiero nabiera rumieńców, intensyfikuje się, jest bezustanną wymianą myśli, na którą Muszka musiała uzyskać specjalne pozwolenie od swoich przełożonych klasztornych. „Mówię do Ciebie bez przerwy – i bez przerwy czerpię z Ciebie siłę i radość”.

Uważam, że włoskiego filozofa i benedyktyńską mniszkę łączyła miłość, rzecz jasna platoniczna, nie pozbawiona jednak akcentów zmysłowych, jakimi były przesyłane sobie nawzajem w listach zasuszone ziela ruty, rdestu, kawałki kolorowej włóczki. „(…) po powrocie zastałem Twój list (…) z kawałkiem włóczki, barwinkiem i „Ladies Thumb” (…) i Twoją senność – która mnie tak rozczula (…)”.

„Ruta jest piękna – a przepiękna nitka niebieskiej włóczki, przypomina nitki Twojej kołdry. Ileż miłości czuję do Ciebie. Jak bardzo pragnę znów Cię zobaczyć. Miriam najserdeczniej Cię pozdrawia”. Chodzi, rzecz jasna, o Miriam Chiaromonte, żonę Chiaromontego.

Przejmująca korespondencja. Pozostaje mieć nadzieję, że kiedyś odtajnione zostaną również listy Melanie von Nagel.