„Widziałem i czułem, że ktoś mnie słucha. Z uwagą i zainteresowaniem. Na twarzy abp. Gądeckiego widać było emocje, a nawet wzruszenie” – pisze po dwugodzinnej rozmowie z przewodniczącym episkopatu jedna z osób wykorzystanych seksualnie przez księdza.

Zakończyła się pierwsza tura spotkań abp. Stanisława Gądeckiego z ofiarami przemocy seksualnej ze strony duchownych. Nie jest znana dokładna liczba osób, które wzięły w nich udział. Wiadomo, że zaproszenia przyjęło na razie ogółem 28 osób pokrzywdzonych przez księży. Część spotkań odbędzie się w późniejszym terminie.

W swojej wypowiedzi abp Gądecki podkreślił, że każde z odbytych do tej pory spotkań było dla niego ważne, poszerzało wiedzę i uwrażliwiało. Złożył też ważną deklarację: „Ból i cierpienie osób pokrzywdzonych wymagają od wszystkich – od biskupów i przełożonych zakonnych, od duchownych i świeckich – bezwarunkowego zaangażowania w proces zgłaszania, wysłuchiwania, naprawy i zapobiegania tego rodzaju przestępstwom”.

Uczciwe spotkanie z drugim człowiekiem ma moc przemieniającą. Może tak jest również w przypadku przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski?

Zupełnie inaczej ocenia natomiast te spotkania Marek Lisiński, prezes Fundacji „Nie Lękajcie Się” zrzeszającej część ofiar przemocy seksualnej duchownych. Według niego spotkania abp. Gądeckiego z osobami wykorzystanymi seksualnie to „naplucie w twarz” ofiarom księży. Wzburzenie prezesa wzbudził zwłaszcza fakt, że przedstawiciele Kościoła przesunęli spotkania z członkami jego fundacji na późniejszy termin. Jego zdaniem, przewodniczący KEP „nie chce wysłuchać naszego stanowiska, ponieważ niewygodnie słucha się przykrej prawdy”. Oburzające dla Marka Lisińskiego było także wspominanie przez arcybiskupa o sprawcach tych zbrodni w komunikacie po spotkaniach z ofiarami.

Trzeba wyjaśnić, że Lisiński sam w młodości doświadczył przemocy seksualnej ze strony księdza diecezji płockiej. Dlatego również on był adresatem zaproszenia z KEP. Najpierw ostro publicznie protestował przeciwko zaproponowanej formule spotkań indywidualnych i prywatnych, domagając się spotkania zbiorowego i publicznego. Wzywał też inne osoby skrzywdzone do odrzucenia zaproszeń. Później jednak sam postanowił przyjąć zaproszenie. Otrzymał wtedy odpowiedź od sekretarza przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, że spotkanie musi zostać przełożone na termin późniejszy niż pierwotnie planowano.

Z uwagą i zainteresowaniem

Wobec tak rozbieżnych opinii nie mogę nie powiedzieć publicznie tego, co sam wiem o przebiegu pierwszej tury tych spotkań.

O komentarz do spotkania z abp. Stanisławem Gądeckim poprosiłem przede wszystkim jednego z uczestników – Wiktora Poryckiego. Niedawno publikowaliśmy tu jego tekst „Niestety mam pamięć. Moja krzywda i moje postulaty do biskupów”. Odpisał mi w taki sposób:

„Widziałem i czułem, że ktoś mnie słucha. Z uwagą i zainteresowaniem. Rozmowa trwała dwie godziny. To nie było spotkanie, na którym druga strona była obecna li tylko ciałem. Abp Gądecki był wyraźnie poruszony. Na jego twarzy widać było emocje, a nawet wzruszenie. Dopytywał o wiele rzeczy. I nie żachnął się, kiedy zapowiedziałem na początku, że nie będę spraw owijał w bawełnę, bez względu na konsekwencje. To, co miałem do powiedzenia, wcale nie było miłe i zgodne z oficjalną linią episkopatu.

Miałem wrażenie, że mojemu rozmówcy otwierają się oczy na sprawy dotychczas nieznane – na pewno było tak w kwestii możliwości wykorzystywania internetu, także przez duchownych (lub osoby podające się za księży), do uwodzenia osób nieletnich i nawiązywania relacji, które są nie tylko grzechem, ale i przestępstwem. Podkreślałem też, że niektórzy księża wykorzystujący seksualnie dzieci czy młodzież mają dwie twarze, a może nawet dwie osobowości: są świetnymi duszpasterzami i jednocześnie oprawcami.

Wiele z ofiar, o ile nie wszystkie, ma bardzo niską samoocenę. Dla mnie również z tego powodu spotkanie z przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski było wyjątkowym przeżyciem”.

To oczywiste, że do tych spotkań doszło za późno. Lepiej jednak późno niż jeszcze później

W dodatkowej rozmowie telefonicznej Wiktor Porycki mówi, że przedstawił abp. Gądeckiemu nie tylko swoją krzywdę i doświadczenia, lecz także postulaty wobec polskich biskupów, m.in. te, które opisał w tekście dla serwisu Więź.pl. Podkreśla, że przewodniczący KEP nie tylko go uważnie słuchał, ale też notował najważniejsze postulaty. Abp Gądecki z zainteresowaniem przyjął również materiały, które przekazał mu Porycki. Przyszłość pokaże, na ile z nich skorzysta.

Sam ze swej strony mogę dodać jeszcze jeden fakt. Tak się składa, że jestem w bliskim kontakcie z inną osobą pokrzywdzoną zapraszaną na spotkanie z przewodniczącym KEP. Uczestniczyłem nawet w próbach ustalania terminu. Niestety, były to próby bezskuteczne. Nie udało się bowiem znaleźć daty spotkania odpowiadającej wszystkim planowanym uczestnikom. Ze spotkania jednak nie zrezygnowano, a jedynie odłożono je na okres późniejszy, obecnie bliżej nieokreślony. Zatem wiem na pewno, że nie tylko prezes „Nie Lękajcie Się” i jego współpracownicy z fundacji czekają nadal w kolejce.

Przemieniająca moc spotkania

Rozumiem powody frustracji Marka Lisińskiego. Od kilku lat, mimo licznych apeli z jego strony, do tej pory nie doszło do spotkania z żadnym z polskich biskupów katolickich (trzeba jednak pamiętać, że spotykały się z Lisińskim inne osoby zaangażowane w imieniu Kościoła w prace na rzecz ofiar wykorzystywania seksualnego). Wśród licznych błędów i zaniedbań polskich biskupów, o których wielokrotnie tu pisałem, jest również fakt, że do tej pory ich spotkania z ofiarami duchownych albo się nie odbywały (w przypadku hierarchów kwestionujących taką potrzebę), albo były niemal całkowicie owiane tajemnicą. Dopiero niedawno bp Andrzej Czaja w swoim poruszającym październikowym liście pasterskim napisał, że „w niejednej rozmowie” doświadczył cierpienia i bólu osób pokrzywdzonych przez duchownych.

Do aktualnych spotkań abp. Gądeckiego z ofiarami najprawdopodobniej nie doszłoby, gdyby nie wezwanie płynące z Watykanu przed lutowym (absolutnie bezprecedensowym!) spotkaniem papieża z przewodniczącymi krajowych konferencji episkopatów. Początkowo wydawało się, że inicjatywa polskich spotkań okaże się kompletnym fiaskiem – zaczęło się bowiem od zapowiedzi spotkania z… jedną ofiarą oraz nieprzemyślanych i niezrozumiałych słów abp. Gądeckiego o cierpieniu, którego potrzebuje Kościół „za swoją egzystencję”. Potem jednak coś pękło, coś się zmieniło.

Spotkania odbywały się poza Sekretariatem Konferencji Episkopatu. To ważne: wszyscy uczestnicy spotkania byli „nie u siebie”

Duchowni uczestniczący w spotkaniach i organizujący je stanowczo nie chcą odpowiadać na żadne moje pytania, szanując prywatność poszczególnych osób. Udało mi się jednak ustalić w innych dobrze poinformowanych źródłach, że spotkania odbywały się w ciągu kilku ostatnich dni, poza Sekretariatem Konferencji Episkopatu. To bardzo ważna decyzja organizacyjna. Nie było tak, że przewodniczący episkopatu przyjmował skrzywdzone osoby w swoim gabinecie. Było inaczej: wszyscy uczestnicy spotkania byli „nie u siebie”, co tworzyło inny klimat rozmowy niż w biurze. Na każdego rozmówcę poświęcono naprawdę dużo czasu. Były to rozmowy ważne i uważne.

W świetle wiedzy, jaką posiadam, śmiem twierdzić, że pierwsze spotkania przewodniczącego polskiego episkopatu z ofiarami duchownych wcale nie były plunięciem im w twarz, lecz głębokim spojrzeniem im w oczy. Filozofia dialogu uczy, że uczciwe spotkanie z drugim człowiekiem ma moc przemieniającą. Może tak jest również w przypadku przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski? W końcu takich słów jak cytowane wyżej wezwanie wszystkich katolików do „bezwarunkowego zaangażowania w proces zgłaszania, wysłuchiwania, naprawy i zapobiegania tego rodzaju przestępstwom” [podkr. moje – ZN] nie rzuca się na wiatr. To oczywiste, że do tych spotkań doszło za późno. Lepiej jednak późno niż jeszcze później.

Gdy spytałem Wiktora Poryckiego, co czuł, czytając, że spotkania z abp. Gądeckim to plucie w twarz ofiarom, uchylił się od dokładnej odpowiedzi. Wyjaśnił, że nie chciałby swym komentarzem wprowadzać kolejnych różnic czy wręcz podziałów pomiędzy osobami skrzywdzonymi przez duchownych. Stwierdził jedynie, że pan Lisiński „nieco się zagalopował”.

Powstrzymam się więc i ja od publicystycznych hipotez próbujących rozumieć czy wyjaśniać ostry sprzeciw Fundacji „Nie Lękajcie Się” wobec pierwszej tury spotkań ofiar przemocy seksualnej z przewodniczącym KEP. Zastanawiam się, czy można mieć nadzieję, że gdy w przyszłości dojdzie wreszcie do spotkania biskupów z osobami zaangażowanymi w działalność tej organizacji, będzie to spotkanie obustronnie przemieniające?