W Mozartowskim „Don Giovannim” w reżyserii André Hellera-Lopesa szaleństwo staje się zaraźliwe i wydaje się ogarniać wszystkich.

Że miłość jest szaleństwem, wiadomo powszechnie. Tylko czy w Mozartowskim „Don Giovannim” chodzi o miłość? Nie. Chodzi o pożądanie i uwodzenie, dla których słowa o miłości są tylko przykrywką. Im słodsze, tym bardziej uwodzicielskie. Czy to się leczy? Tak – odpowiada André Heller-Lopes, reżyser najnowszej premiery w Operze Wrocławskiej. A skoro szaleństwo, to tylko w szpitalu dla obłąkanych. Tylko czym leczyć? „Elektrowstrząsy lub hipnoza, /złoty lek na wszystko – prozac” – chciałoby się odpowiedzieć za „Przekleństwem Millhaven” Nica Cave’a. Elektrowstrząsów co prawda nie ma, ale tabletki i owszem, ordynowane są co jakiś czas. Z jakim skutkiem? Zdaje się, że ze znikomym. Szaleństwo wydaje się ogarniać wszystkich.

To dość nietypowy przybytek dla obłąkanych. Psychiatra już nie mieści się w klasztorze, jak to było u Cave’a, ale w bibliotece. Pierwowzorem jest wielka biblioteka pałacowa w portugalskiej Mafrze, gdzie w czasach Mozarta był szpital. Przyznaję, że gdy zobaczyłem scenografię do wrocławskiego spektaklu, przypomniały mi się książki hiszpańskich autorów: „Cień wiatru” C.R. Zafóna oraz „Wyznaję” J. Cabré, gdzie książka jest nośnikiem tajemnicy. Niestety, w spektaklu Hellera-Lopeza książka nie stanowi kontrapunktu mądrości wobec szaleństwa. Co więcej, jest w jakimś sensie skarbnicą szaleństwa. Pensjonariusze szpitala czytają książki. Przegląda je Don Giovanni, szuka w nich czegoś Donna Anna. To właśnie w książkach stoją wypisane wszystkie miłosne podboje Don Giovanniego. Z nich to wyśpiewuje listę kochanek Leporello w słynnej arii katalogowej. Czyżby nasze biblioteki gromadziły świadectwa ludzkiego obłąkania?

Prawie wszystkie postaci intrygi: kobiety i mężczyźni, damy i ich kochankowie to pacjenci: Donna Anna i Don Ottavio, Zerlina i Masseto, Don Giovanni i Donna Elwira. Miłość pomieszała im w głowie. Ale szpital to nie tylko pacjenci, to także personel. Leporello jest tutaj szefem pielęgniarzy, Komandor – kimś na kształt dyrektora i lekarza naczelnego. Jak wiadomo, już na samym początku Komandor ginie. Zbiorowe szaleństwo zawładnie całym szpitalem, w którym coraz trudniej rozróżnić personel od pacjentów. W pewnym momencie Don Giovanni ze swoim sługą Leporellem zamieniają się tożsamościami. A słudze zaczyna się to podobać, wszak szaleństwo bywa zaraźliwe.

Wszyscy znamy fabułę. Pod koniec drugiego aktu na przyjęciu pojawia się statua Komandora, którego nieopatrznie zaprosił sam Don Giovanni. Jego przybycie zwiastują trąby niczym w Apokalipsie. Donna Elwira błaga Don Giovanniego, aby zmienił swoje życie, na co ten reaguje wyłącznie śmiechem. „Skończysz się śmiać przed świtem” – zapowiada mu Komandor i wzywa do porzucenia grzesznego życia. I – jak mówi libretto – Don Giovanni podaje rękę śmiertelnemu pomnikowi Komandora, który wciąga go w czeluści piekielne, wszak – jak podkreśla podtytuł – Don Giovanni to „rozpustnik ukarany”.

Heller-Lopes proponuje nam jednak nieco inne zakończenie. Owszem, postać Komandora pojawia się i to w sposób zdublowany. Jest Komandor niczym wielka lalka z latynoskiego karnawału. Ten jest ubrany w lekarski kitel, a jego ręce podtrzymują skrzywdzone przez szlachcica kobiety. Ale jest jeszcze drugi Komandor – śpiewak ubrany w kapłańską, czarną sutannę. Chciałoby się powiedzieć Deus ex machina. Owszem, wyśpiewuje on słowa o czekającym rozpustnika potępieniu, ale wtedy staje się rzecz dziwna. Na Don Giovanniego spływają dwa strumienie wody. I trudno było mnie, księdzu, uciec od oczywistego ikonograficznego skojarzenia. Widziałam „dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady” – powie św. Faustyna opisując swoje widzenia, które były podstawą do namalowania obrazu Jezusa Miłosiernego. Czyżby zamiast ogni piekielnych na rozpustnika miały spłynąć zdroje miłosierdzia? To piekło czy może jednak czyściec?

W spektaklu Hellera-Lopeza książka nie stanowi kontrapunktu mądrości wobec szaleństwa. Co więcej, jest w jakimś sensie skarbnicą szaleństwa

Pomysł inscenizacyjny w akcie I jest spójny. Potężne mury, kraty, łóżka, ściany zapełnione książkami stwarzają bardzo sugestywne wrażenie. Ten szpital – jak każdy przytułek dla obłąkanych – jest więzieniem. Muszę jednak przyznać, że w drugim akcie ten pomysł nuży, na scenie dominują piętrowe łóżka, które jedynie zmieniają rozstawienie. Umieszczenie w tej scenerii tak wielu artystów stwarza wrażenie ciasnoty, nie ma w tym przestrzennego oddechu, postaci kotłują się między łóżkami, co daje odczucie niezamierzonego bałaganu. Szkoda, bo o ile w I akcie kontekst szpitalny jest czytelny, o tyle w II akcie wszechobecne wielofunkcyjne łóżka powodują, że akcja toczy się już tylko w tak czysto umownej przestrzeni scenicznej, że można by ją wyśpiewać wszędzie.

Są w spektaklu bardzo zabawne momenty, gdy inscenizacja skłania się w kierunku opery buffa. Pomysły z patefonem czy elektryczną lampą – szperaczem, które wprowadzają element zaskoczenia są rzeczywiście komiczne i pozwalają śpiewakom pokazać także ich aktorskie możliwości, w czym wyróżniają się Leporello (Bartosz Urbanowicz), Don Giovanni (Daniel Mirosław) oraz Donna Elwira (Aleksandra Opała), którzy z całej premierowej obsady są najbardziej przekonujący głosowo i interpretacyjnie. Trzeba jednak przyznać, że cały zespół śpiewaków bardzo dobrze wywiązuje się ze swego zadania. A cóż powiedzieć o muzyce? Że była – jak zwykle – świetnie poprowadzona przez Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego, dyrektora opery i dyrygenta w jednym.

W. A. Mozart, „Don Giovanni”, reż. André Heller-Lopes, dyr. Marcin Nałęcz-Niesiołowski, Opera Wrocławska, premiera: 09.02.2019.