Wiele osób, w tym uczniów, rodziców, katechetów, księży, a nawet kilku biskupów, od dawna głosi, że problem z nauczaniem religii w szkole istnieje – i nie tylko warto, ale trzeba o nim rozmawiać.

W programie wchodzącej na scenę partii Roberta Biedronia, jak należało się spodziewać, istotne miejsce zajmuje kwestia obecności Kościoła w życiu publicznym, w tym statusu nauczania religii w szkole. Nie tak dawno, jak pamiętamy, w tym samym kierunku poszła Barbara Nowacka, postulując wycofanie finansowania lekcji religii przez państwo. Już wtedy wywołało to nerwową reakcję Kościoła, który stanowczo opowiedział się za utrzymaniem status quo, powołując się na tradycję („tak było zawsze”), konkordat i konstytucję, i ustami rzecznika episkopatu próbując zamknąć jakąkolwiek dyskusję na ten temat. Tak jakby wszystko było w całkowitym porządku.

Tymczasem wiele osób, w tym uczniów, rodziców, katechetów, księży, a nawet kilku biskupów, od dawna głosi, że problem z nauczaniem religii w szkole istnieje – i nie tylko warto, ale trzeba o nim rozmawiać. Paradoksalnie sądzę więc, że ofensywa polityczna Biedronia, na pozór wymierzona przeciwko Kościołowi, o ile sprowokuje nas do szczerej rozmowy o szkolnej katechezie, może wyjść Kościołowi tylko na dobre.

Najogólniej uważam, że w takim kraju europejskim jak Polska, który żyje od tysiąca lat w chrześcijańskiej kulturze Zachodu, wiedza religijna powinna być uwzględniona w powszechnym systemie edukacji. I jest zrozumiałe, że prowadzenie takiego przedmiotu w społeczeństwie w 90 procentach katolickim powierza się „specjalistom”, czyli dobrze wykształconym teologicznie i pedagogicznie duchownym bądź świeckim.

Czyżby rację mieli ci pesymiści, którzy twierdzą, że dopiero uszczuplenie finansów Kościoła może go zmusić do większej pokory w postrzeganiu rzeczywistości?

Program takiego przedmiotu, obok zaznajomienia z Biblią, historią Kościoła, dogmatami wiary i zasadami życia chrześcijańskiego, koniecznie powinien obejmować też elementy religioznawstwa, czyli podstawową wiedzę o innych religiach i wyznaniach. Co więcej, lekcje takie powinny być nieobowiązkowe, ale jednocześnie otwarte dla wszystkich chętnych, nawet jeśli nie są oni wyznawcami. Oceniana (jeśli w ogóle) powinna być więc wiedza i postawa ucznia, a nie jego pobożność. Spełnienie tego warunku wymaga oczywiście specjalnego doboru katechetów i ich gruntownego przygotowania. A z tym jest bardzo różnie.

Z drugiej strony, Kościół pragnie przecież przekazywać młodym Polakom nie tylko wiedzę religijną, ale żywą wiarę. Otóż nauczanie religii w szkole, w takim społeczeństwie i takiej kulturze, z jakimi mamy dzisiaj do czynienia, tej kluczowej misji niestety nie wypełnia. Na przeszkodzie staje kilka obiektywnych czynników. Dużo już o tym napisano – przypomnijmy w wielkim skrócie. Szkoła nie stwarza przestrzeni sakralnej, a religia, zwłaszcza w klasach starszych, jest przez młodzież lekceważona jako przedmiot nadobowiązkowy i „niepraktyczny”. Z kolei wielu rodzicom katecheza w szkole daje alibi do umywania rąk od troski o przekazywanie wiary swoim dzieciom, a gdy rodzice sami nie są praktykujący, to dzieci w ogóle tracą kontakt z parafią i kultem. Wreszcie, proporcjonalny udział uczniów gotowych na lekcji do słuchania katechezy jest mniej więcej taki, jak udział praktykujących katolików w całym naszym społeczeństwie, czyli około 25 procent. Jedna czwarta klasy słucha, reszta się nudzi, przeszkadza albo prowokuje. To wszystko sprawia, że prowadzenie lekcji religii, w każdym razie w szkołach średnich, bywa istną drogą krzyżową. A co dopiero, jeśli zadanie to proboszcz powierza młodemu wikaremu, słabemu intelektualnie i pozbawionemu umiejętności prowadzenia dialogu z młodzieżą?…

Religia w szkole jest szansą, ale też wyzwaniem. Wymaga, po pierwsze, odpowiedniego doboru i przygotowania kadr, po drugie, dopełnienia edukacji szkolnej przez swego rodzaju inicjację religijną młodzieży w ramach wspólnot parafialnych. Funkcję taką mogłoby spełniać przygotowywanie do bierzmowania, gdyby nie to, że jest na ogół prowadzone w stylu zaliczeniowo-dyscyplinującym i zamiast wciągać, odstręcza. Nie bez powodu bierzmowanie nazywane jest w żartach „sakramentem pożegnania z Kościołem”…

Swego czasu biskup opolski Andrzej Czaja, rozumiejąc, na czym polega problem, wyszedł z ciekawą propozycją, by jedną z dwóch lekcji religii tygodniowo odbywać nie w szkole, lecz w parafii. Propozycja przepadła „na episkopacie”, podobno z tego powodu, że jej zrealizowanie uszczupliłoby o połowę dochody księży zatrudnionych w szkole. Wniosek nasuwa się niestety taki, że biskupom i proboszczom bardziej chodzi o kasę niż o dobro wiernych.

I tu chyba docieramy do sedna problemu. Czyżby rację mieli ci pesymiści, którzy twierdzą, że dopiero uszczuplenie finansów Kościoła może go zmusić do większej pokory w postrzeganiu rzeczywistości, do wierności swemu prawdziwemu duchowemu powołaniu i do szukania nowych form pracy duszpasterskiej?