W artystycznym koncepcie św. Jerzy rozdeptuje iPhone’a. Czyżby smartfon miał być tym miejscem, gdzie współcześnie „diabeł ma młode”?

Przed kilkoma dniami media społecznościowe obiegła informacja, że w kościele garnizonowym we Wrocławiu pojawił się nowy (i nowoczesny) witraż. Antek Wajda, wrocławski malarz i rysownik, postanowił ukazać św. Jerzego we współczesnym kontekście. Okazało się jednak szybko, że nie ma ani witrażu, ani nie było konkursu, który autor tego projektu miał wygrać. Dementi złożył zresztą sam autor. Witrażu nie ma, ale pomysł artystyczny jest. I wart Jest kilku słów komentarza.

Witraż, okno, ekran

Zawiedzie się ten, kto się spodziewa wyobrażenia utrzymanego w hagiograficznej i ikonicznej tradycji. Św. Jerzy został pozbawiony swojego tradycyjnego atrybutu – włóczni do walki ze smokiem, bo i smoka nie ma. Jego współczesnym odpowiednikiem jest za to rozdeptywany przez świętego iPhone. O ile sam koncept artystyczny wydaje mi się bardzo ciekawy, o tyle treść rodzi we mnie dystans. Czyżby smartfon miał być tym miejscem, gdzie współcześnie „diabeł ma młode”?

Stylizacja okna witrażowego na ekran smartfona (iPhone’a) to sam w sobie bardzo ciekawy pomysł. To ekran jest dzisiaj „oknem na świat”, które wyparło i w dużej mierze zastąpiło okna w ścianach naszych domów. Mówi się, że dla młodszych pokoleń bardziej pierwotne jest doświadczenie świata zapośredniczone przez ekran niż to bezpośrednie, którego symbolem może być okno. Pamiętam z lektury (choć nie przypomnę sobie, z której), że tradycyjny amerykański dom, w którym mieszka chrześcijańska rodzina, powinien być tak zbudowany, aby zlewozmywak w kuchni był pod oknem. Tamtędy bowiem – wykonując czynności domowe – najczęściej przechodziła matka i mogła doglądać bawiących się na podwórku dzieci. Dzisiaj – jeśli w ogóle dzieci jeszcze bawią się na podwórkach – mogłaby ich „doglądać” online za pomocą nowych technologii komunikacyjnych. Bref, ekran to – jak definiuje Antoni Porczak – „wydzielony fragment postrzeganej przestrzeni o zagęszczonej zawartości informacyjnej; jest on bytem medialnym, kiedy sprowadza do przestrzeni naszego bytowania świat zewnętrzny”. Dodajmy – świat zewnętrzny niegdyś ograniczony ramą okienną.

Projektant witrażu gra z konwencją ekranu jako okna witrażowego. Zamiast tradycyjnych łączeń poszczególnych kolorowych szybek za pomocą ołowiu, witraż „wykonano” (bo nie wykonano) tak, że zamiast tradycyjnych kwater i okienek połączonych w geometryczne wzory otrzymaliśmy dobrze znaną nam z pękniętego ekranu telefonicznego „pajęczynę”. Ten witraż-ekran jest „popękany”, i stąd jego dwuznaczność. Te pęknięcia to nie tylko ciekawy zabieg formalny, ale to także treściowe odniesienie się do samego aktu zniszczenia, który dokonuje św. Jerzy. Ekran iPhone’a, na który za chwilę spadnie ciężki but świętego, jeszcze jest cały i nienaruszony, ale za chwilę – jak nam podpowiada logika – podzieli los witraża. Pokryje się pajęczyną pęknięć. Ten witraż jest jak transmisja telewizyjna z akcji niszczenia telewizorów. Jak apokaliptyczny akt samozagłady. Destrukcyjna pętla.

Smok technologiczny

Ale wróćmy do iPhone’a jako współczesnej wersji smoka. Według legendy przybyłej do Europy w czasach krucjat, smok uwił sobie gniazdo na źródle, które zaopatrywało miasto Silene w wodę. W celu uwolnienia źródła trzeba było smoka co rusz przebłagać a to owcą, a to dziewicą. Gdy los padł na miejscową księżniczkę, akurat pojawił się waleczny rzymski żołnierz Jerzy, który pokonał smoka, ocalił księżniczkę i uratował życie mieszkańców. Kluczowa w tej legendzie jest symbolika źródła i smoka. Źródło to oczywiście symbol życia, także życia Bożego. Woda żywa – w odróżnieniu do stojących wód martwych – to woda tryskająca, wypływająca ze źródła. W tradycyjnych legendach smok czy gryf strzegł dróg prowadzących do drzewa życia czy też innych miejsc uważanych za święte, w tym także do źródeł. Czasy ostateczne opisane w Apokalipsie to także walka ze smokiem, symbolizującym szatana. Smoków – jak wiadomo – nie ma, ale szatan – i owszem. I to on – jak rozumiem – miałby mieszkać w smartfonie czy też się nim posługiwać w swoich niecnych celach.

Nie wiem, w jaki sposób autor projektu witraża powziął myśl o szatańskim aspekcie współczesnych aparatów stosowanych w telefonii komórkowej (w szczególności iPhone’a?), ale idea ta jest – jak się okazuje – powszechniejsza niż myślałem. Niedawno media obiegła informacja o świątecznym wywiadzie metropolity Kiryła, Patriarchy Moskwy i Wszechrusi, w którym powiedział on, że popularność smartfonów toruje drogę dla przyjścia Antychrysta. Kirył ostrzegł, że powszechne korzystanie z gadżetów związanych z internetem otworzyło możliwość „powszechnej kontroli nad ludzkością”. „Diabeł działa bardzo mądrze”, oferując ludziom taką „zabawkę” – mówił.

Bardzo podobny tok myślenia można znaleźć w książce Roda Drehera „Opcja Benedykta. Jak przetrwać czas neopogaństwa”. Postawę autora nazwałbym antytechnologiczną. Według niego „technologia nie jest moralnie obojętna”, ponieważ „narzędzia zyskały taką władzę, że mają wpływ na nasze koncepcje metafizyczne i teologiczne”. W konsekwencji autor widzi Internet jako „najbardziej radykalną, niszczycielską i przekształcającą świat technologię stworzoną w historii ludzkości”, ponieważ „technologia on-line pod różnymi postaciami ze swej natury ma moc rozpraszania nas i rozbijania naszej uwagi, niszczy zdolność rozumienia świata, przeprogramowuje mózg i czyni nas bezbronnymi wobec własnych kaprysów”. Cytaty można by mnożyć, dość powiedzieć, że dla Drehera nowe technologie to więcej zła niż dobra, dlatego trzeba „trzymać smartfona z dala od dzieci”, a „media społecznościowe z dala od kultu”.

Źródło i woda w butelkach

Nie ulega wątpliwości, że technologia jako taka nas zmienia. Już Marshall McLuhan w swej koncepcji determinizmu technologicznego twierdził, że każdy nowy wynalazek kreuje „nowego człowieka”. Najpierw zmieniło na wynalezienie koła, potem pisma, potem druku, a potem mediów elektronicznych, które tworzą zupełnie inny świat, gdy operują dźwiękiem – radio, a inny – gdy obrazem. Obrażanie się na fakty niewiele pomoże. Zmieniamy się wraz z rozwojem technologii, co nie zwalnia nad od stawiania pytania, dokąd nas ten rozwój poprowadzi. Boję się jednak, że czasami to jest próżny żal, że – jak to śpiewał zespół Buggles w roku 1979 – Video killed the radio star. Każda nowa technologia ma swój własny star system: gazety, książki, radio, telewizja, internet i co tam człowiek jeszcze wymyśli generuje nowe gwiazdy oparte na innych kryteriach popularności. W jednym Dreher ma jednak rację: technologie winny pozostać narzędziami, a nie stawać się nauczycielami. A to wcale nie jest takie łatwe i oczywiste. Bo „nauczycielska” funkcja jest w pewnym sensie wpisana w każdą technologię.

Ale to, czy w internecie i przestrzeniach nowych technologii zamieszka diabeł ze swymi młodymi czy też smok siedmiogłowy zależy od nas samych. Ktoś go tam musi najpierw wpuścić. Poza tym trzeba jeszcze jedno postawić pytanie: czy tam bije źródło? Moim zdaniem nie. Źródło jest w realu. Użyję metafory papieża Benedykta i powiem, że w tej krainie „nie pijemy ze źródła, lecz z tego, co nam dają w butelce”. I być może to samo w sobie jest już dużo gorsze od potencjalnego smoka, który siedzi już nie na źródle, ale na zgrzewkach wody konfekcjonowanej w butelkach.

Na koniec wrócę do „projektu” witraża-ekranu. Wyobraźmy sobie, że ten witraż jednak zawisł w jakimś kościelnym oknie. Dreher pisze tak: „Znakomitym symbolem tamtej epoki [średniowiecza] jest ikona, uważana za symboliczne okno wychodzące na Bożą rzeczywistość. IPhone, świetlisty portal obiecujący pokazać nam świat, przetwarza jedynie odbicie świata w naszych głowach. Oto ikona naszej epoki”. Myślę, że dla chrześcijańskiego Zachodu tym oknem wychodzącym na Bożą rzeczywistość był bardziej witraż niż ikona. Nawet tak wielki ikonoklasta jak Urlich Zwingli nie kazał usuwać z kościołów witraży, ponieważ – jak słusznie zauważył – ludzie ich nie adorują. To prawda, nie widziałem nikogo klęczącego przed witrażem. I można by się spierać, czy to okna, przez które Bóg patrzy na nas czy też może raczej my na Niego. W witrażu jest jakaś ambiwalencja: trzeba patrzeć na niego od środka, ale światło z witrażu pada odwrotnie – do środka. Tak jakby rzeczywiście był pomiędzy dwoma światami. Witraż-ekran ustanawiałby między nimi świat trzeci – świat ekranu. Czy dałoby się przez niego zobaczyć to światło, które przenika świętych? Póki co, to tylko czysto teoretyczne pytanie.