Zakonnice pragną naprawdę służyć, wszystkim i każdemu, lecz czują się bardzo źle, gdy traktowane są jak służące w okresie feudalizmu.

Podczas jednej z wizyt Jana Pawła II w Polsce znalazłam się w katedrze warszawskiej w ławce razem z czterema młodymi księżmi. Niedaleko stała jakaś pani, na pewno nie starsza ode mnie, która dość manifestacyjnie okazywała swoje zmęczenie. Wtedy młody kapłan stojący obok podszedł do mnie i poprosił, abym oddała jej swoje miejsce. Dosyć zaskoczona zapytałam: „Dlaczego nie prosi ksiądz o to jednego z młodych księży siedzących obok?”. Zarumienił się, ale nie poprosił…

Coś z Maryi

Literatura polska, zresztą jak każda inna, wielokrotnie podejmuje zagadnienie kobiety, jej roli i miejsca w społeczeństwie. Na wczesnych jak i na współczesnych jej kartach spotykamy dwie znamienne wypowiedzi. Średniowieczny autor Słota mówi, że miejsce swe zawdzięcza kobieta Maryi, bo na wszystkie i na każdą spływa coś z dostojeństwa i godności Bożej Rodzicielki: „Od Matki Boże tę moc mają, / Iż przeciw nim książęta wstają / I wielką jim chwałę dają. / Ja was chwalę, panny, panie”.

Podobnie myśli kardynał Stefan Wyszyński. W jego „Zapiskach więziennych” czytamy: „Z woli Bożej znowu jestem wśród grona kobiet. Zapamiętam sobie: ilekroć wchodzi do twego pokoju kobieta, zawsze wstań, chociaż byłbyś najbardziej zajęty. Wstań, bez względu na to, czy weszła matka przełożona, czy siostra Kleofasa, która pali w piecu. Pamiętaj, że przypomina ci ona zawsze Służebnicę Pańską, na imię której Kościół wstaje. Pamiętaj, że w ten sposób płacisz dług twojej Niepokalanej Matce, z którą ściślej jest związana ta niewiasta niż ty. W ten sposób płacisz dług wobec twej rodzonej Matki, która ci usłużyła własną krwią i ciałem. […] Wstań i nie ociągaj się, pokonaj twą męską wyniosłość i władztwo. […] Wstań nawet wtedy, gdyby weszła najbiedniejsza z Magdalen… Dopiero wtedy będziesz naśladować Twego Mistrza, który wstał z Tronu po prawicy Ojca, aby zstąpić do Służebnicy Pańskiej. […] Wtedy dopiero będziesz naśladował Ojca Stworzyciela, który Ewie na pomoc przysłał Maryję. […] Wstań bez zwłoki, dobrze ci to zrobi”[1].

Te dwa piękne teksty nie rozwiązują jednak licznych problemów i postulatów, wysuwanych przez feministki.

Kobieta ­– słabsza w cnocie?

List apostolski Jana Pawła II „Mulieris dignitatem” pokazuje, że Kościół jest świadom, iż zabranie głosu na temat kobiety to sprawa dziś paląca. Dwie książki „Kobieto, kim jesteś” Nicole Echivard oraz „Nowy feminizm. Kobieta i świat wartości” Janne Haaland Matlary[2] mówią, jak patrzą na to zagadnienie kobiety wierzące. W całkowitym cieniu pozostaje jednak jeden z licznych aspektów całej sprawy – relacja duchowieństwo-zakonnice.

Norwid, który w swej twórczości pokazał z jednej strony obraz kobiety ukształtowanej przez konwenans dziewiętnastowiecznych salonów, z drugiej zaś jej ideał w postaci Wandy, Eginei czy Assunty, zanotował w swych „Notatkach z mitologii”: „Kobiety. Żaden z pretendentów Penelopy nie stara się jej podobać. Telemak mówi nawet twardo do matki. («Odysseja», I). Menelas bierze spokojnie Helenę, która dziesięć lat zostawała z Parysem. Hektor dla Andromaki jako matki syna jego ma uczucie. Andromakę ściska Pyrrus, syn zabójcy jej męża, i ona znów za Trojanina Hellenusa idzie za mąż”[3]. Zapisy te świadczą o tym, że w starożytności kobieta nie była postrzegana jako osoba. W średniowieczu także.

Ludzie Kościoła dość wyraźnie uważali, że płeć słabsza jest słabsza w cnocie. Intelektualnie również

Konflikt historycznego chrześcijaństwa i erosa trwał długo. Nie było łatwo wyjść poza uwarunkowania biologiczne i ukazać tajemnicę osoby, a szczególnie kobiety jako istnienia osobowego, a nie tylko reproduktora. W Bizancjum kobieta – już „chrześcijanka” – była w znacznie mniejszym stopniu wolna i odpowiedzialna niż w „pogańskim” Rzymie. Wielu Ojców Kościoła widziało w stworzeniu kobiety – na zawsze zresztą ponoszącej winę za grzech pierworodny – zapewnienie ciągłości gatunku ludzkiego, a podziw budził wielki mnich, który wolał zjeść posiłek z dzikim zwierzęciem niż z niewiastą[4].

Wydaje się, że odpryski takiej postawy trwają do dziś. Zirytowałam kiedyś pewnego kapłana, który, już po soborze, spotkał mnie samą na ulicach Poznania. „Sama, tak posoborowo?” – rzucił. „Ten dawny przepis wymyślili teologowie, którzy godzili się na to, że kobieta ma też duszę” – odpowiedziałam. A przepis głosił, że zakonnica nie powinna sama wychodzić poza dom klasztorny. Nasza przełożona prowincjalna brała na każdy rok od ks. Prymasa Wyszyńskiego dyspensę dla swoich zakonnic, bym na przykład mogła sama pojechać z Polskiej Wsi do Poznania (28 km koleją) i kupić książki na nagrody dla uczennic. Ludzie Kościoła dość wyraźnie uważali, że płeć słabsza jest słabsza w cnocie. Intelektualnie również.

Ksiądz-zakonnica – ktoś i… coś?

Do XIX wieku zakonnice pozostawały zamknięte w klasztorze. Prawdziwymi były jedynie mniszki składające uroczyste śluby i objęte klauzurą papieską. Św. Franciszek Salezy, założyciel wizytek, z tego powodu musiał zrezygnować z pierwotnego zamysłu – nawiedzania chorych i ubogich, a św. Wincenty à Paulo nie uważał szarytek za zakonnice. Rządzić zaś mogli tylko mężczyźni. W zakonach posiadających gałąź męską i żeńską generał zakonników był najwyższym przełożonym zakonnic. Nad klasztorami mniszek z klauzurą papieską, którym przysługiwała swoista autonomia, najwyższą władzę sprawował biskup danej diecezji.

Ale co robić, gdy zaistniała tylko gałąź żeńska, na dodatek nie zakonu klauzurowego, lecz zgromadzenia na prawie papieskim, a nie diecezjalnym, jak to stało się w dziejach Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa (Sacré Coeur)? Powstało ono w Paryżu w 1800 roku, lecz wkrótce jego domy znalazły się nie tylko w innych diecezjach Francji, ale i poza jej granicami. Stolica Apostolska znalazła wyjście poprzez ustanowienie funkcji kardynała-protektora zgromadzenia (zniósł ją dopiero Sobór Watykański II). Tymczasem arcybiskup Paryża nie miał zamiaru rezygnować ze swej władzy nad zgromadzeniem, które przecież powstało we Francji, a jego dom generalny znajdował się w Paryżu, co przez kilkanaście lat było źródłem napięć, nieporozumień i konfliktów.

Ubiegłoroczny lipcowy numer „Więzi” przyniósł szereg wypowiedzi, których wspólny tytuł brzmiał: „Gdzie się podział mężczyzna?”. Wojciech Eichelberger w podsumowaniu swego artykułu pisał wówczas, że kulturowy wzorzec relacji między kobietą i mężczyzną w naszym doświadczeniu historycznym realizował się przez matriarchat i patriarchat, czyli przez dążenie do dominacji z obu stron, że brak nam zupełnie doświadczenia kulturowego, które byłoby choć zaczątkową formą partnerstwa płci. Jest oczywiste, że takie postawy wpływają również na stosunek księży do kobiet i zakonnic. Jest to relacja bardzo specyficzna. Wolną od erosa przestrzeń wypełnia całkowicie poczucie dominacji, a zakonnicę, „coś” rodzaju nijakiego, bardzo łatwo traktować instrumentalnie, nie jak osobę, a rzecz. Jakże więc oczekiwać partnerstwa w budowaniu królestwa Bożego na ziemi?

A siostra co tu robi?

Osobiście nie bardzo rozumiem moje siostry wołające o kapłaństwo kobiet (sprawę skrajnych feministek pozostawiam, bo nie o to w tej chwili chodzi). Ale kiedy jako studentka pierwszy raz odprawiałam „Ćwiczenia duchowe” św. Ignacego, rzeczywiście pożałowałam, że nie jestem chłopcem, bo zapragnęłam prowadzić takie rekolekcje dla innych. Po latach jednak stało się to moim udziałem: prowadziłam kilka razy rekolekcje dla moich sióstr, dla moich dawnych uczennic, a raz nawet dla Klubu Inteligencji Katolickiej. Jezuita, który odprawiał wówczas dla nas Msze święte, nie widział nic niestosownego w fakcie, że także podczas sprawowanej przez niego Eucharystii ja głosiłam homilie.

We Francji w jednym z domów rekolekcyjnych jezuitów sprawami materialnymi zajmuje się wspólnota sióstr. I role są podzielone. Ojcowie głoszą rekolekcje i odprawiają Msze, a zakonnice gotują obiady i kierują odmawianiem brewiarza, w który ojcowie się włączają.

Ale to w dalekiej Francji… Kiedy w roku 1983, roku Norwida, postarałam się o odprawienie za spokój jego duszy mszy św. w paryskim Centre du Dialogue księży pallotynów, oni sami poprosili mnie o wygłoszenie homilii. Gdy jednak w innym roku Norwida, 2001, wybieraliśmy się na uroczystości rocznicowe do Paryża i ktoś z Instytutu Dziedzictwa Narodowego zaproponował, abym ja miała homilię podczas Mszy św. w Domu św. Kazimierza, wywołał nie tylko sprzeciw…

Stosunek księży do kobiet i zakonnic to relacja bardzo specyficzna. Wolną od erosa przestrzeń wypełnia całkowicie poczucie dominacji, a zakonnicę, „coś” rodzaju nijakiego, bardzo łatwo traktować instrumentalnie

W roku 2003 zaś – gdy wszyscy widzimy, jak podczas uroczystych Mszy papieskich kobiety czytają lekcje – Synod archidiecezji warszawskiej doszedł do wniosku, iż kobieta nie ma wstępu do sanktuarium. Oczywiście, podczas sprawowania Eucharystii, bo poza tym może nawet na kolanach ścierać posadzki. I w ogóle – służyć. A zakonnice pragną naprawdę służyć, wszystkim i każdemu, lecz czują się bardzo źle, gdy traktowane są jak służące w okresie feudalizmu. Jakże bowiem inaczej określić sytuację, gdy otrzymują jedynie polecenia, są wzywane o każdej porze, nie widzą zrozumienia dla swego życia we wspólnocie, godzin potrzebnych na modlitwę i na odpoczynek oraz niezwykle rzadko słyszą słowa podziękowania? Ileż to razy na przykład na zakończenie procesji Bożego Ciała płyną podziękowania dla wszystkich, wielkich i małych, od duchowieństwa i reprezentantów władzy do dziewczynek sypiących kwiatki i ministrantów, ale nie dla zakonnic? Gdy zdarzyło mi się być na opłatku środowisk twórczych u Księdza Prymasa, jeden z księży wykrzyknął: „A siostra co tu robi?”.

Trochę się obawiam, że taką specyficzną mentalność kształtują także seminaria. Jeśli zaś młodzi księża są inni, dość łatwo przejmują potem postawy swoich proboszczów. Oczywiście, są chwalebne wyjątki. Kiedy miałam ongiś wykłady z literatury katolickiej w wyższym seminarium duchownym w Paradyżu, byłam tam traktowana jako jeden z członków profesorskiego grona, a dziekan poznańskiego wydziału teologicznego, ks. Tomasz Węcławski, zapraszał mnie na narady pedagogiczne, a nawet raz do poprowadzenia dnia skupienia dla całego seminarium. Ale było i takie seminarium, w którym znałam jedynie drogę do sali wykładowej i z powrotem.

*

Nie mam zamiaru nikogo obrażać. Po prostu myślę, że na marginesie feminizmu, jak i poważnego podejmowania zagadnień kobiety przez Kościół, czas upomnieć się głośno o refleksję także w sprawie zakonnic.

Na zakończenie więc jeszcze jeden przykład, który może w tej refleksji pomóc. Pewien znajomy kapłan, zaprzyjaźniony, inteligentny, o dużej kulturze osobistej, opowiadał mi o swoich wakacjach. Pojechał z przyjacielem konfratrem autem do Włoch. Wracali przez Szwajcarię i nie bardzo mieli czas czy sposobność zapewnić sobie odprawienie Mszy świętej, poszli więc do kościoła w charakterze ludu Bożego. Komunię św. rozdawał kapłan i jakaś pani, przypuszczam, że zakonnica. „I znalazłem się w szeregu do owej kobiety – ciągnął. – Nie, do tej baby nie pójdę. Przeszedłem na drugą stronę”. No właśnie!

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 6/2004.


[1] Kard. Stefan Wyszyński, „Zapiski więzienne“, Editions du Dialogue, Paris 1982, s. 214.
[2] Obie książki zostały wydane przez poznańskie wydawnictwo “W drodze” – książka Echivard w roku 1989, Matlary ­ w roku 2000.
[3] Cyprian Kamil Norwid, „Pisma wszystkie”, tom VII, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1973, s. 302.
[4] Zob. Olivier Clément, „Ciało śmiertelne i chwalebne. Wprowadzenie do teopoetyki ciała”, Wydawnictwo Księży Marianów, Warszawa 1999, s. 61 i nast.