Polskę i Litwę łączą w tej chwili nie tyle i nie przede wszystkim wspólna historia, ile zbieżne interesy polityczne i ekonomiczne.

Wileńska góra Trzykrzyska oświetlona na biało-czerwono, flagi polskie i litewskie wciągnięte na maszt na placu Łukiskim, lokomotywy wygrywające na wileńskim dworcu polski hymn, wreszcie uchwała litewskiego rządu zalecająca, by w dniu 11 listopada na lub przy urzędach państwowych i samorządowych wywieszono, obok narodowych, flagi polskie oraz proponująca, by to samo zrobili na własnych domach obywatele Republiki. Litwa w sposób niezwykły uczciła setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. To ważne, bo przecież rok 1918 i wydarzenia kilku następnych lat na długo podzieliły oba nasze kraje.

Do niedawna wspominanie wspólnej historii raczej przeszkadzało, niż pomagało w kontaktach Warszawy z Wilnem. A wszelkie próby ocieplenia skutecznie torpedowała sprawa litewskich Polaków. To ona spowodowała, że relacje pomiędzy odzyskującą niepodległość Litwą a III RP zaczęły się od falstartu. Chodzi o podjętą w latach 1990–1991 przez część liderów polskiej mniejszości próbę stworzenia autonomicznego Kraju Narodowo-Terytorialnego pod egidą Rosji. I mimo że pod litewskim aktem niepodległości z marca 1990 r. widnieją także podpisy trzech polskich posłów, nieufność wobec polskiej mniejszości – podsycana przez działania niektórych jej liderów – ciągle kładzie się cieniem na stosunkach między naszymi państwami.

Obecnie w litewsko-polskich kontaktach obserwujemy wyraźnie ocieplenie. Czy jest ono sygnałem trwałej tendencji, czy też – jak to już miało miejsce kilkakrotnie w przeszłości – skończy się kolejną „epoką lodowcową”?

Możejki, ale nie tylko

8 listopada Polski Klub Dyskusyjny w Wilnie z okazji setnej rocznicy odzyskania niepodległości przez oba kraje zorganizował polsko-litewski dwugłos na temat wzajemnych relacji. Uczestnicy dyskusji mieli odpowiedzieć na trzy pytania: 1) Czy przez najbliższe 100 lat będzie nas łączyła przyjaźń i strategiczne partnerstwo?; 2) Czy potrzebujemy polsko-litewskiej przyjaźni?; 3) Jaką rolę w polsko-litewskich relacjach spełnia i jaką powinna spełniać polska mniejszość na Litwie?

Sala wileńskiego pubu, w którym odbywała się dyskusja, była wypełniona po brzegi. Wśród gości znaleźli się m.in. mer Wilna i kilku litewskich polityków, nie było natomiast przedstawicieli ani Związku Polaków na Litwie, ani Akcji Wyborczej Polaków na Litwie – dwóch głównych organizacji reprezentujących polską mniejszość.

Reprezentowałam w tej debacie stronę polską, ale nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, jaka jest szansa na długotrwałą przyjaźń i strategiczne partnerstwo. Wiem natomiast, że najlepszym gwarantem dobrych stosunków bywa wspólnota interesów oraz obustronne zrozumienie konkretnych zysków wynikających ze współpracy.

Obecnie w litewsko-polskich kontaktach obserwujemy wyraźnie ocieplenie. Czy jest ono sygnałem trwałej tendencji, czy też – jak to już miało miejsce kilkakrotnie w przeszłości – skończy się kolejną „epoką lodowcową”?

Dobrą podstawą ewentualnej przyjaźni jest uświadomienie sobie, że oba kraje łączą w tej chwili nie tyle i nie przede wszystkim wspólna historia, ile zbieżne interesy polityczne i ekonomiczne. A także zrozumienie, że na dłuższą metę na sporach możemy tylko stracić. Jak dowiodła historia, w najgorszym wypadku możemy stracić nawet niepodległość. A próby wygrywania przeciwko sobie zadawnionych urazów czy pretensji sprzyjają wyłącznie stronom trzecim.

Tak się złożyło, że od lat największym płatnikiem na Litwie pozostaje koncern Orlen Lietuva. To prezydent Lech Kaczyński doprowadził w maju 2006 r. do zakupienia przez polską spółkę rafinerii w litewskich Możejkach. Sprzedawał ją, doprowadzony przez rosyjskie władze do bankructwa, Jukos Michaiła Chodorkowskiego. Transakcja wydawała się korzystna i dla Polski, i dla Litwy. Po pierwsze, zmniejszała rosyjskie wpływy w regionie, po drugie, umacniała międzynarodową pozycję polskiej firmy, która zyskiwała dochodowy zakład przeróbki ropy naftowej. Niestety polski nabywca od początku borykał się z trudnościami. Najpierw pojawiały się one, co zrozumiałe, ze strony rosyjskiej, która sama chciała przejąć rafinerię, ale potem, o dziwo, także ze strony litewskiej.

Zacznijmy od Rosjan. Możejki zostały zakupione w maju, a już w lipcu rosyjski Transnieft nagle zawiesił dostawy ropy do rafinerii. Rosjanie tłumaczyli to awarią odcinka ropociągu „Przyjaźń”. Tyle tylko, że gdy później rura została naprawiona, ropa popłynęła nią już nie na Litwę, lecz na Białoruś. Surowiec dla Możejek trzeba było zacząć sprowadzać droższą drogą morską.

Kolejnym ciosem był pożar, który wybuchł jesienią 2006 r., niszcząc kluczowe instalacje i na półtora roku skutecznie hamując prace zakładu. Jakby tego było mało, w roku 2008 koleje litewskie zdemontowały 19 km torów w kierunku łotewskiej granicy, zmuszając w ten sposób Orlen Lietuva do transportu swych produktów dłuższą, liczącą 150 km drogą litewską. Dodatkowo Orlen musiał płacić litewskim kolejom za transport więcej niż konkurenci z innych krajów. W rezultacie Możejki zamiast dochodów zaczęły przynosić straty, a w Polsce pojawiły się głosy dowodzące, że cała transakcja była bez sensu, bo miała polityczne, a nie ekonomiczne podłoże; że z takimi partnerami jak Litwini nie ma co pracować i trzeba zakład sprzedać, nawet Rosjanom. Spór trwał, a krytycy zarzucali władzom w Warszawie, że zamiast interesem kierują się politycznymi sentymentami.

Na dłuższą metę na sporach polsko-litewskich możemy tylko stracić. A próby wygrywania przeciwko sobie zadawnionych urazów czy pretensji sprzyjają wyłącznie stronom trzecim

W dodatku Wilno na wszelkie monity w sprawie Możejek pozostawało głuche. Być może jedną z przyczyn było to, że stosunki polsko-litewskie, po pewnym ociepleniu, przeżywały wówczas kolejną „epokę lodowcową” . Nota bene walnie przyczyniła się do tego wypowiedź ówczesnego szefa polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Radosława Sikorskiego, który oznajmił, że noga jego na Litwie nie postanie, dopóki Wilno się nie opamięta. Odebrane to zostało jako przejaw typowej polskiej buty.

Podobno powodem kontrowersyjnej decyzji zarządu litewskich kolei była chęć poprawienia własnej słabej kondycji finansowej kosztem Możejek – tak przynajmniej tłumaczono oficjalnie. Tyle tylko, że według litewskich dziennikarzy śledczych dyrekcja skonfliktowanej z Orlenem firmy kolejowej miała prowadzić nie całkiem jasne interesy z rosyjskim biznesem, ściślej z największym tamtejszym producentem lokomotyw – Transmashholdingiem. W gazetach pojawiły się opisy jakiś „lewych” transakcji i podejrzanych kontaktów.

Ostatecznie w 2016 r. szef kolei Lietuvos Geležinkeliai odszedł ze stanowiska w atmosferze skandalu, a wieloletni spór zakończył się wyrokiem Komisji Europejskiej, która kazała Litwie odbudować tory do łotewskiej granicy oraz nałożyła na litewskie koleje wysoką karę (28 mln euro). Budowa rozebranego 10 lat wcześniej torowiska właśnie trwa i zostanie zakończona w przyszłym roku, a Orlen zapowiada dalsze inwestycje, na czym zyska i Polska, i Litwa. Jedynymi, którzy tracą, mogą być są rosyjskie władze oraz zdymisjonowani prezesi.

Opisuję całą tę historię tak dokładnie, ponieważ złagodzenie gospodarczego sporu między Polską a Litwą miało nie tylko ekonomiczne znaczenie. Niemal jednocześnie doszło do politycznego ocieplenia, którego przejawem stały się m.in. udana wizyta premiera Mateusza Morawieckiego w Wilnie i Sauliusa Skvernelisa w Warszawie.

Jednym słowem, korzystny biznes staje się solidną podstawą dobrych relacji. To ważne, bo Polskę i Litwę łączą nie tylko Możejki. Bardzo dobrze rozwija się współpraca energetyczna. Chodzi zarówno o synchronizację przez Polskę sieci energetycznych państw bałtyckich z systemem europejskim, jak i poparcie Wilna w sprawie bojkotowania elektrowni atomowej – niespełniającej, zdaniem strony litewskiej, wymaganych standardów bezpieczeństwa – budowanej przez Rosjan w Białoruskim Ostrowcu.

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, zima 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

Więź, zima 2018