Teza, że gdański zamachowiec jest „szaleńcem”, to odpowiedź prosta, a jednocześnie niebezpieczna. Zaburzenia psychicznego nie można bowiem uznać za „wyzwalacz zła”.

Kim jest Stefan W.? Czy to człowiek chory? Może zły? Wiele osób z pewnością stwierdzi, że szalony… Ktoś inny powie, że nie jest przecież możliwe, aby normalna osoba pozbawiała kogoś życia, jednocześnie robiąc z tego jakieś chore show.

Wiele lat temu amerykański sędzia Sądu Najwyższego Antonin Scalia stwierdził, że współczesne społeczeństwo oddaje coraz więcej obszarów swego życia ekspertom, z których zdaniem każdy się liczy. Gdy jednak dotykamy problemów ludzkiej psychiki, nagle okazuje się, że znamy się na niej wszyscy. Dociera do nas tak dużo informacji, tyle wiedzy mamy zapisanej w tabletach i smartfonach, że bez wysiłku sami przyjmujemy pozę znawcy.

Psychiatryczna opinia publiczna doskonale radzi sobie bez ekspertów. Przecież ocenić i zaklasyfikować zachowanie innej osoby może każdy! Dlaczego zatem mordercy nie nazwać natychmiast szaleńcem, wariatem, psychopatą? Kto nam udowodni, że nie mamy racji? Czyny, jakich dokonali niegdyś Mariusz Trynkiewicz czy Anders Breivik, zdaniem wielu osób są dowodem psychicznego szaleństwa. Czy uwierzą one, gdy powiemy, że osoby te nie są chore psychicznie? Pewnie nie.

Polska to nie szpital psychiatryczny

Żeby wystawić diagnozę psychiatryczną, trzeba odwołać się do faktów. To właśnie na nich muszą opierać się teraz psychiatrzy oraz psychologowie, którzy na wniosek prokuratury zbadają Stefana W., oskarżonego o zabójstwo prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Dla lekarzy diagnoza stanowi nadal tajemnicę. Niestety społeczeństwo wydało już swoją opinię w całej sprawie. A co z faktami? Niekoniecznie muszą pasować do postawionej tezy. A prezentowali je w ostatnich dniach i pan, i wójt, i pleban.

Dla lekarzy diagnoza stanowi nadal tajemnicę. Niestety społeczeństwo wydało już swoją opinię w całej sprawie

W mediach społecznościowych pojawiła się na przykład wypowiedź publicysty Andrzeja Rafała Potockiego, który w TVP stwierdził, że „schizofrenia paranoidalna jest taką typowa chorobą szaleńców zamachowców”. Podobne refleksje snuł wiceminister spraw wewnętrznych Jarosław Zieliński, wypowiadając się na temat gdańskiego zamachowca: „Takich szaleńców może wśród nas się trochę pojawić, ludzi niezrównoważonych. (…) Z tego, co poinformował mnie dzisiaj komendant wojewódzki policji w Gdańsku, wynika, że (…) miał stwierdzone schorzenia natury psychiatrycznej. Więc to naprawdę wszystko oznacza, że powinniśmy być szczególnie ostrożni wobec ludzi, którzy mogą w sposób nieodpowiedzialny zachować się wobec kogokolwiek z nas”. Bez jakichkolwiek dowodów choroba bądź zaburzenie psychiczne uznane zostały za „wyzwalacz zła”.

Niestety niepokojące tezy padły również ze strony osób duchownych. Lubelski kapłan, a zarazem publicysta, ks. Łukasz Kachnowicz stwierdził w jednym ze swoich publicznych komentarzy: „Ten kraj stał się psychiatrykiem. Nawet tragedia, w której człowiek został dźgnięty nożem, jest okazją do tego, żeby wykorzystać to przeciwko drugiemu, do swojej walki. Jesteśmy w jakimś totalnym obłędzie”. Ważne jednak, że s. Magdalena Krawczyk z Domu Samotnej Matki w Łodzi odpowiedziała na to, iż jakiekolwiek porównywanie Polski do szpitala psychiatrycznego jest niewskazane oraz obraża ludzi, którzy cierpią. Kapłan przeprosił.

Polskie Towarzystwo Psychiatryczne w swoim stanowisku podkreślało: „W naturalnej potrzebie rozumienia i poszukiwania odpowiedzi na pytanie «dlaczego doszło do tej tragedii?» nie powinniśmy szukać fałszywych, uproszczonych wyjaśnień. Takim nieprawdziwym wyjaśnieniem jest sugerowanie, że wyłącznie osoby chore psychicznie mogą dopuścić się aktów przemocy”.

Lęk i agresja – dwie strony tego samego płaszcza

Nie wiadomo jeszcze na pewno, czy Stefan W. miał lub ma schizofrenię. Nie wiemy także, czy doświadczał jakichś innych, niepsychotycznych zaburzeń. Nawet jeśli tak było, to nie wiadomo, czy pojawiające się w podobnych stanach objawy były dla niego impulsem do dokonania morderczego czynu w trakcie kolejnego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Potoczne diagnozy są zrozumiałe, pozwalają na jakieś wytłumaczenie sobie sytuacji. Są one jednak najczęściej chybione. Jean-Christophe Grangé w książce „Purpurowe rzeki” dostrzega pewne bardzo ważne w tym kontekście zjawisko: „Zdrowi na umyśle mają o wiele więcej wyobraźni niż ci, którzy są naprawdę chorzy. Wygadują głupstwa, wymyślają nieprawdopodobne rzeczy. Naprawdę chorzy są łatwo rozpoznawalni. Tkwią głęboko w swoim szaleństwie, osaczeni nim, bezsilni. Nawet szaleństwo ma swoją logikę”.

Potoczne diagnozy są zrozumiałe, pozwalają na jakieś wytłumaczenie sobie sytuacji. Są one jednak najczęściej chybione

Oczywiście pojawiają się sytuacje, gdy dana osoba, doświadczając określonych zaburzeń psychicznych, staje się agresywna. Pracując przed laty w bardzo rożnych oddziałach psychiatrycznych, kilkakrotnie spotkałem się z niebezpiecznymi zachowaniami pacjentów. Wracając do nich pamięcią, uświadamiam sobie, że miał rację niemiecki psychiatra dr Emil Kraepelin, stwierdzając, iż lęk i agresja to w zasadzie dwie strony tego samego płaszcza. Mnie w ciągu ośmiu lat pracy zaatakowały trzy osoby. Znajdowały się na pierwszym etapie leczenia. Każda z nich się czegoś nadal bała: pierwsza – oddziału obserwacyjnego, druga – leczenia bez zgody, a trzecia – ludzi, którzy ją mijali.

Jaka była przyczyna działań gdańskiego zamachowca? Dzisiaj tego nie wiadomo. Uznanie, że był kimś „szalonym”, byłoby odpowiedzią prostą, a jednocześnie niebezpieczną. Z czasem bowiem większość osób osadzonych w więzieniach może uznać, iż wymagają powtórnej oceny własnych działań – skoro czynienie zła automatycznie uznawane jest za objaw szaleństwa, to na jakiej podstawie odbywają oni karę?

Pokłady zła w nas samych

Z podobnym rozumowaniem już lata temu nie zgadzał się prof. Antoni Kępiński. W książce „Psychopatia” podkreśla: „Czerpanie zadowolenia – nierzadko o podbarwieniu seksualnym – z zadawania cierpienia innym stworzeniom wydaje się człowiekowi czymś ohydnym i bezsensownym, a jednak gdy się jest wobec siebie absolutnie szczerym, co nie jest tak łatwe, to nie tak trudno odkryć w samym sobie gdzieś głęboko ukryte pokłady sadyzmu i masochizmu”.

Jo Nesbø w powieści „Czerwone gardło” w podobnym kontekście zauważa: „Przeważająca większość ludzi jest na przykład wyposażona w umieszczony w śródmózgowiu ośrodek kontroli, powstrzymujący nas od zabijania bliźnich. To tylko jedna z tych ewolucyjnie uwarunkowanych cech, w które zostaliśmy zaopatrzeni, aby chronić własny gatunek. Ale po dostatecznie długim treningu nad przezwyciężeniem tego zahamowania zaczyna ono słabnąć”.

Erik Axl Sund w książce „Trauma” wyjaśnia natomiast, w jaki sposób następuje modyfikacja ludzkiego zachowania w podobnym treningu: „Zabicie człowieka jest dość łatwe. (…) Żeby zabić, większość ludzi musi pokonać liczne bariery. Empatia, sumienie, refleksja to główne przeszkody w posługiwaniu się brutalną przemocą i chęcią zabijania. Jednak dla niektórych zabicie człowieka to żaden problem”.

Bestie – to nie tylko „inni”

Kilka lat temu prof. Sylwia Wojtczak dostrzegła, że pojęcie „bestii” weszło na stałe do polskiego języka (i to nie za sprawą Walta Disneya).

Słowo „bestia” zaczęło oznaczać osoby, które, opuszczając więzienie, skierowane zostały do specjalnego ośrodka psychiatrycznego, gdzie są izolowane – z racji na prawdopodobieństwo pojawienia się z ich strony niebezpiecznych zachowań, związanych z doświadczanym zaburzeniem psychicznym. Pojęcie „ustawy o bestiach” weszło na stałe nie tylko do języka publicystów. Stało się elementem systemów informatycznych, w których prawnicy szukają istotnych dla nich danych. Słowo „bestia” w sposób bezpośredni powiązane zostało z osobami doświadczającymi zaburzeń psychicznych (zapewne dla większości osób nie różnią się one niczym od chorób psychicznych).

Proponowane nowe przepisy mogą doprowadzić do silnego społecznego powiązania więzienia i psychiatrii

W ostatnich dniach minister zdrowia zapowiedział zmianę ustawy mającą na celu wyposażenie dyrektorów więzień w możliwość kierowania osób je opuszczających do szpitali psychiatrycznych. Faktycznie istnieje w tym zakresie luka. Proponowane nowe przepisy mogą jednak doprowadzić do silnego społecznego powiązania więzienia i psychiatrii.

A poważna luka istnieje przecież także na poziomie zatrudnienia terapeutów, psychiatrów oraz psychologów pracujących z osobami osadzonymi. Lukę można dostrzec również w refleksji społecznej. Mimo tak licznych w ostatnich latach debat antydyskryminacyjnych nadal dopuszczamy, by w polskim prawie funkcjonowały takie pojęcia, jak „zakład psychiatryczny” (a nie: szpital) czy też „niedorozwinięty umysłowo” (a nie: niepełnosprawny intelektualnie). Nadal tolerujemy, gdy kolejni politycy nawzajem określają siebie mianem „świrów”.

Nie szukajmy więc zła tylko w „innych” – szczególnie utożsamiając przemoc z zaburzeniami psychicznymi. Jak słusznie dostrzega wspomniany już Jo Nesbø: „Choroba jest pojęciem względnym. Wszyscy jesteśmy chorzy. Istotny jest tylko stopień zdolności do funkcjonowania zgodnie z zasadami właściwego zachowania wyznaczonymi przez społeczeństwo”. A dzisiejszym domorosłym diagnostom psychiatrycznym przypomnieć trzeba, że bestię bez trudu znaleźć można dużo bliżej niż w specjalistycznym penitencjarnym ośrodku psychiatrycznym. I na tym trzeba się bardziej skupić niż na stygmatyzowaniu osób wymagających leczenia.