O Zbyszewskim Giedroyc pisał, że „jest »jednym z najbardziej nieznośnych ludzi« o »zniechęcających manierach«, co rekompensować miała jego »wyjątkowa inteligencja« i »niezmierna« wydajność”.

Kiedy wzięłam do ręki zbiór korespondencji Jerzego Giedroycia i Wacława A. Zbyszewskiego, zadałam sobie pytanie: „Kto dziś jeszcze pisze listy?”. Te pochodzą z lat 1939–1984. I to wiele tłumaczy. Wówczas list był podstawowym sposobem komunikacji na odległość. Mnie samej, choć dobrze pamiętam lata 70., wydaje się wręcz nieprawdopodobne, że jeszcze całkiem niedawno nie korzystaliśmy z internetu, komunikatorów, że nawet telefon nie był urządzeniem aż tak powszechnie dostępnym (nie mówiąc o tym, że rozmowę z Paryżem trzeba było zamawiać, długo czekać na połączenie i kosztowało to krocie). Więc ludzie pisali.

To już 21. tom korespondencji z Archiwum „Kultury”. Więź od lat opracowuje i wydaje listy Giedroycia, zbiór jest ogromny, a ja zadaję sobie kolejne pytanie: „Kiedy Redaktor to wszystko pisał?”. Jak, prowadząc intensywne życie literacko-redakcyjne oraz towarzyskie (choć granica między tymi sferami mocno się zacierała), znajdował czas na tak obfitą korespondencję? I, na marginesie, zastanawiam się jeszcze, czy pojawią się podobne zbiory powstałe po roku 2000? Czy będziemy kiedyś wydawać zebrane e-maile? Czy to tylko zmiana nośnika, czy może czegoś więcej?

Wracam jednak do omawianego tomu. Tym razem otrzymujemy interesujące źródło wiedzy o publicyście pamiętanym głównie ze względu na jego związki z paryską „Kulturą” i radiem Głos Ameryki, którego twórczość w ogromnej mierze pozostaje rozproszona i nieopracowana. Równie mało znana jest biografia Wacława A. Zbyszewskiego – nie dbał ani o dokumentowanie swojego dorobku, ani tym bardziej faktów z życiorysu. A był postacią nietuzinkową. Jego temperament, by nie rzec zapalczywość, prowadził często do ostrych sporów i wywoływał polemiki. Jak pisze w liście z 5 lipca 1948 r. Giedroyc: „przestałeś pisać dla »Kultury« zupełnie. Bardzo żałuję, gdyż Twoje arcydzieła mają talent stwarzania posmaku skandalu koło pisma, które je drukuje”. Rekomendując zaś Zbyszewskiego jednemu z pracodawców, Redaktor pisał, że „jest »jednym z najbardziej nieznośnych ludzi« o »zniechęcających manierach«, co rekompensować miała jego »wyjątkowa inteligencja« i »niezmierna« wydajność”.

„Partyjki wywołały kryzys, by przypomnieć o swoim istnieniu – bo poza »kryzysami« nie są w stanie przejawiać jakiejkolwiek działalności” – pisał Wacław A. Zbyszewski do Jerzego Giedroycia o powojennej polskiej emigracji w Londynie

Czytając listy, możemy się przekonać, że faktycznie Zbyszewski jest w swoich sądach bardzo krytyczny, szczególnie gdy pisze o środowisku emigracyjnym: „»Kulturą« tutaj nikt się nie interesuje, tak samo jak i »Wiadomościami«, jak i »Dziennikiem«: Polacy tylko żyją nienawiścią do Niemców i frazesami patriotycznymi. Poza tym tutejsi Polaczkowie stali się już nie angielskimi patriotami, ale szowinistami, powtarzają wszystkie brednie i brechty prasy angielskiej, jakby to były prawdy objawione” (list z 27 października 1958). Kilka miesięcy później, rozczarowany tym środowiskiem, coraz bardziej zgorzkniały, donosi Giedroyciowi: „Londyn w ogóle jest trupiarnią, a polski Londyn w ogóle nie istnieje. Te partyjki wywołały ten kryzys, by przypomnieć o swoim istnieniu – bo poza »kryzysami« nie są w stanie przejawiać jakiejkolwiek działalności”.

W wymienianych listach mamy także sporo informacji o redakcyjnych kulisach – jakich tekstów oczekuje wydawca, czego nie chce lub nie może napisać autor, co się do druku nie nadaje i tego typu smaczki, jak choćby o takiej drobnej ingerencji cenzorskiej: „Ma się rozumieć Strońskiego drukuję z entuzjazmem. Wcale nie zmieniłem zdania. Nawet – o dziwo! – nic nie wykreślam poza j… Cię pies” (list Giedroycia z 29 marca 1956 r.).

Jerzy Giedroyc, Wacław A. Zbyszewski. Listy 1939-1984”

Jerzy Giedroyc, Wacław A. Zbyszewski. Listy 1939-1984”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2018

Ale nie tylko o kulturze, życiu emigracyjnym i rzeczach wielkiej wagi piszą dwaj panowie. Częstym tematem są problemy finansowe – kto zapłacił, a kto zalega z płatnościami, jaki czek, który bank itd. Jest dużo plotek i ciekawostek, jak choćby to, kto poszedł do „mamra za skrobanki”, która ze znajomych „uciekła z forsiastym Amerykaninem” i który z redaktorów „już nie rozróżnia Zadrożnego i Słowackiego”. Poruszane są również tematy bardzo prywatne, jak choćby sprawa porzucenia Zbyszewskiego przez pewną damę, jej zamążpójście i wywołane tym duchowe cierpienia publicysty, które jednak Giedroyc kwituje w ten sposób: „Ja się ogłuszam »Kulturą« i całym tym młynkiem, a Ty wmawiasz sobie, że się nieszczęśliwie kochasz. Jestem pewien, że gdyby zamiast wyjść za Robinsona p. Nina zaproponowała Ci małżeństwo, to uciekłbyś w popłochu”. Towarzyszą temu dalsze rozważania o małżeństwie zakończone radą: „Weź się do napisania książki”.

Drodzy czytelnicy, jeśli przeżywacie jakiekolwiek rozterki, oderwijcie się na chwilę i, może na początek, przeczytajcie tę niezwykłą książkę. Słowa „niezwykła” używam bez wahania, gdyż wymiana myśli dwóch nietuzinkowych osób, żyjących w ciekawych miejscach, spotykających się z innymi wybitnymi postaciami, a do tego znakomicie władających piórem, dała efekt arcyciekawy. Zwłaszcza że autorom korespondencji – Giedroyciowi i Zbyszewskiemu – towarzyszy plejada postaci polskiego życia kulturalnego, a lista jest bardzo, bardzo długa. Dochodzi do tego, jak we wszystkich publikacjach z serii Archiwum „Kultury”, bardzo staranne opracowanie – wyczerpujące przypisy, wstęp Rafała Habielskiego oraz indeks osobowy zawierający poza odnośnikami do stron krótkie informacje o przywoływanych postaciach. Życzę więc udanej podróży w świat, którego już nie ma, a choć obaj panowie często nań utyskiwali, mam wrażenie, że coraz częściej możemy im tylko zazdrościć…