Politycy w wielu ważnych sprawach oszukują. Zdecydowałem się jednak na wiarę, że czynione publicznie gesty pojednania są prawdziwe. Nie tyle uwierzyłem, ile postanowiłem w to wierzyć.

Wydarzeniom związanym ze śmiercią Pawła Adamowicza towarzyszy wiele słów i gestów. Więcej jest słów – pamięci, szacunku, docenienia i innych wyrazów afirmacji wobec Zmarłego, wypowiadanych z reguły bez potrzeby akcentowania zastrzeżeń względem jego dotychczasowych poczynań. Wiele jest wezwań i apeli – o porzucenie mowy nienawiści, o wzajemny szacunek w życiu publicznym, o zaniechanie kontrastowania społeczeństwa w oparciu o schematy wrogości i poniżania.

Językiem stała się również cisza. Wiele ze słów, które zwykliśmy słyszeć w debacie publicznej, wobec tragedii zamachu na Pawła Adamowicza, nie padło.

Wzniosłe deklaracje

W końcu pojawiły się i gesty. A wśród nich jeden z politycznie najważniejszych – powołanie na funkcję komisarza miasta pani Aleksandry Dulkiewicz, dotychczasowej pierwszej zastępczyni Zmarłego. Towarzyszy temu zapowiedź, że Prawo i Sprawiedliwość nie wyznaczy swojego kandydata w wyborach na prezydenta Gdańska. Miałby to być wyraz szacunku dla wyborców, który przed kilkoma tygodniami wyrazili swoją wolę co do tego, jakie środowisko polityczne ma rządzić miastem.

Ta decyzja PiS to konkretny wybór rządzącego środowiska politycznego i warto nad nim się zatrzymać. Przede wszystkim zapytać o jego wiarygodność – czy rzeczywiście jest to wybór pozytywny, nakierowany na szacunek wobec obywateli, nie zaś ucieczka przed pewną przegraną czy dowód na braki kadrowe.

Wiara w uczciwość intencji jest również zapowiedzią (może nie groźbą, ale przestrogą), że z tego zaufania trzeba będzie się rozliczyć

Wiarygodność gestów, słów i zachowań osób, którym powierzono sprawy publiczne, jest jednym z najważniejszych kryteriów kontroli jakości życia politycznego. To przecież jej utrata na masową skalę z reguły kończy dominację danego ugrupowania politycznego, a czasem i szerzej – ogólnego środowiska politycznego. To dzięki niej możliwe jest natomiast integrowanie się społeczeństwa wokół wspólnych wartości, co ostatecznie definiuje organiczną strukturę społeczeństwa obywatelskiego, które posiada zdolność jednoczenia się wokół spraw fundamentalnych. Właśnie z tych powodów pytanie o wiarygodność gestów politycznych, zwłaszcza tych szlachetnych – jak te, które obserwujemy w ostatnich dniach – domaga się pilnej, a nawet programowej odpowiedzi.

Również do wypowiadanych wzniosłych słów o zmianie jakości życia publicznego trzeba się jakoś ustosunkować. Chociażby w ostatnich dniach prezes Rady Ministrów Mateusz Morawiecki podkreślił, że konieczne jest, aby śmierć Pawła Adamowicza nie była kolejnym rozdziałem wojny polsko-polskiej, lecz pomagała wypracować dobro. Premier mówił, że „musimy być uważni w naszych słowach i gestach, również w internecie, aby wszystko prowadziło do zjednoczenia. Nauczmy się rozmawiać językiem godnym debaty publicznej. Szanujmy się, bo szanując siebie, szanujemy Polskę”.

Puste gesty pojednania

Przypomniałem sobie inne tego rodzaju wcześniejsze gesty i słowa pojednania.

Pamiętam przejmujące przemówienie premiera Donalda Tuska odwołujące się do katastrofy smoleńskiej, skierowane do prawej strony sali posiedzeń Sejmu, w którym wybrzmiały gorące wyrazy żalu, przeprosiny oraz piękna, porywająca prośba o pojednanie i troskę o wspólne sprawy Polaków. Stałem niedaleko, przejęty tymi słowami, bo odpowiadały one na moje najgłębsze pragnienia tego, jak rządzący powinni zachować się wobec tej tragedii, której przyczyny – czego do dziś jestem pewien – były niezwykle złożone. Patrzyłem na mówcę i… wierzyłem mu. Patrzyłem na tych, do których mówił, i… nie rozumiałem, dlaczego przyjmują te słowa z zimną obojętnością.

Dopiero kilkanaście minut później – słysząc gratulacje składane premierowi w jego otoczeniu – zacząłem podejrzewać, że to nie było naprawdę, a wszyscy dookoła (w końcu znawcy życia publicznego) doskonale rozumieli to od początku.

Pamiętam też wcześniejsze nagranie pięknego przesłania Jarosława Kaczyńskiego „do przyjaciół Rosjan” – niespełna miesiąc po tragedii prezydenckiego samolotu. Słuchałem tych słów i znowu wierzyłem, że wśród ludzi, którym powierzamy sprawy naszej Ojczyzny, są osoby zdolne do heroizmu przebaczenia, mocne i godne zaufania, pokorne wobec siebie, a dumne wobec spraw nam wspólnych.

Jednak i tym razem szybko przekonałem się, że słowa pojednania nie były prawdziwe. Znawcy życia publicznego, z którymi rozmawiałem, litościwie odnosili się do mojej naiwności.

Takich wspomnień, choć może nie tak osobiście przeżytych, mam więcej. Pewnie nie tylko ja.

Dajemy sobie szansę

Doświadczenie czegoś powinno uczyć. Nieuchronnie prowadzi więc do przekonania, że ci, którym powierzamy prowadzenie spraw publicznych, w wielu ważnych sprawach oszukują. Posługują się nieprawdziwym przesłaniem, pustymi gestami. Czynią z tej manipulacji sposób zdobywania i utrzymywania władzy. I do tej pory żadna tragedia, jaka dotknęła nasze społeczeństwo, nie zmieniła tego w zauważalnym stopniu. Czasem nawet, przyczyniając się do polaryzacji ocen społecznych, tragedia potrafiła to oszustwo zwiększać i czynić je –mocne to słowa – godnym pogardy. W końcu już święty Benedykt w swojej regule nalegał: „Nie dawaj fałszywego znaku pokoju!”.

A jednak przyglądając się decyzji PiS dotyczącej pozostawienia Gdańska w rękach środowiska związanego z Pawłem Adamowiczem, zdecydowałem się na wiarę, że to gest prawdziwy, że jego przesłanie godne jest wiary. Dokładnie mówiąc – nie tyle uwierzyłem w to (daleko mi już do naiwności), ile postanowiłem w to wierzyć, zresztą wbrew doświadczeniu i do pewnego stopnia wbrew sobie. Jestem zdania, że potrzebna jest nam programowa wiara w prawdziwość takich gestów. Jest to zresztą nie tylko potrzeba, ale i wyzwanie, i to w każdym tego słowa znaczeniu. Postaram się to wyjaśnić.

Przede wszystkim ten konkretny gest może naprawdę być prawdziwy, zresztą każdy inny również. Sam również parę gestów w sferze publicznej uczyniłem, a wtedy ważna była dla mnie ich przejrzystość oraz to, aby adresat tych gestów jako prawdziwe je przyjął. Ot choćby wtedy, gdy po prezentacji krytycznego stanowiska ministra sprawiedliwości w sprawie projektu instytucjonalizacji związków partnerskich w roku 2012 (jedyny raz, kiedy na mównicy sejmowej drżały mi ręce) zszedłem do ław Ruchu Palikota i uścisnąłem dłoń Robertowi Biedroniowi. Chciałem, aby zrozumiał, że nie ma we wrogiego katolika, aby odebrał gest szacunku. I mam nadzieję, że w to uwierzył. Nic więcej zrobić nie mogłem niż wykonać ten gest, utrzymać odpowiedni konwenans, i to druga strona – w przestrzeni interpersonalnej — mogła wyzwolić z niego zamkniętą w jego formę treść.

W życiu politycznym konwenans – o ile jest wiarygodny – stwarza przestrzeń do budowania wspólnoty. Czasem wręcz uprzedza słowa, na które uczestnicy debaty mogą nie być jeszcze gotowi

Przyjmując postawę wiary w prawdziwość gestów pojednania, dajemy sobie szansę, że działanie dla dobra wspólnego jest możliwe. Jak je bowiem budować, jeżeli odbiorca programowo będzie lekceważył konieczne do tego gesty? A przecież czasem to właśnie język gestów szczególnego rodzaju, pewna kultura komunikacji prowadzonej za pomocą dokonywanych wyborów w sprawach dostrzegalnych ma zdolność do tego, by powiedzieć więcej i skuteczniej niż słowa. W życiu politycznym to ten właśnie konwenans – o ile będzie wiarygodny i niósł prawdziwe przesłanie – stwarza przestrzeń do porozumienia i budowania wspólnoty. Jest wtedy językiem realnym, nie zaś pustosłowiem. Czasem wręcz uprzedza słowa, na które uczestnicy debaty mogą nie być jeszcze gotowi.

Decydując się na wiarę w prawdę komunikacyjną gestów czynionych przez osoby publiczne, dokonujemy fundamentalnego wyboru co do tego, jakiego życia publicznego oczekujemy, jakiego wprost żądamy. Nie ulega wątpliwości, że odpowiedzialność za wiarygodność konwenansu spoczywa na tych, którzy się nim posługują w życiu publicznym. Jeżeli robią to instrumentalnie, czynią go pustym i kłamliwym, zaciągają wobec nas dług, z którego powinni być bezwzględnie rozliczeni.

Z pewnością nie można wypierać świadomości, że niejednokrotnie spotyka nas w tym zakresie manipulacja – nie chodzi mi przecież o odrzucenie roztropności. Niemniej coraz mocniej uważam, że potrzebujemy przekonania o tym, że język gestów, którym posługują się sprawujący władzę, jest prawdziwy. Powtórzę: nie chodzi mi o zakłamywanie rzeczywistości, o oszukiwanie samego siebie, lecz o postawę – sposób, w jaki wyrażamy oczekiwanie wobec osób publicznych, by te postępowały przyzwoicie i z zaangażowaniem w dobro wspólne oraz poszanowanie godności człowieka. Chodzi o przejaw naszej wewnętrznej wolności, wnikliwy protest i żądanie, wyrażane za pomocą fundamentalnego wyboru prywatnej postawy wobec życia publicznego.

To nie naiwność, lecz cnota

Jeszcze jedno wspomnienie przyszło mi na myśl – inne od poprzednich, ale może przydatne, by lepiej wytłumaczyć wewnętrzny wymiar formułowanej propozycji.

Historię tę opowiadał benedyktyn o. Ludwik Mycielski, który jako młody mnich został poproszony przez o. Piotra Rostworowskiego, by w ruinach biblioteki schował notatniki z kontaktami do osób, które współpracowały w ramach działań opozycyjnych z o. Piotrem. Rzecz działa się chwilę przed aresztowaniem o. Piotra, a następnie jego współpracowników, przy przekonaniu wspólnoty, że jeden z braci jest agentem Służby Bezpieczeństwa.

Kilka miesięcy później, kiedy o. Piotr wrócił z więzienia, w skrytce zeszytów nie było. Fakt ten wyjaśniał aresztowanie całej grupy współdziałających z benedyktynem opozycjonistów. Ojciec Ludwik przypomniał sobie, że owego dnia, gdy zanosił do kryjówki notatniki, minął chowającego się w ruinach biblioteki przeora – zawołał więc, że to on musi być tym agentem SB. Na wiele lat zapamiętał mocne słowa, jakie wówczas usłyszał od, z reguły łagodnego, bohaterskiego mnicha: „Zamilcz! Kim jesteś, by sądzić brata!”. W rzeczywistości tyniecki przeor był owym współpracownikiem SB. Niemniej tej myśli wybitny benedyktyn o. Piotr do siebie programowo nie dopuścił.

Wierząc w prawdziwość gestów pojednania, dajemy sobie szansę, że działanie dla dobra wspólnego jest możliwe

Przez jakiś czas myślałem, że z tej historii płynie nauka, iż ludzie święci nie są podejrzliwi. Tymczasem jest chyba inaczej.

Taka postawa nie jest bowiem naiwnością, nie jest słabością, tylko cnotą. Względem życia publicznego – cnotą obywatelską. Jest rzuceniem wyzwania środowisku politycznemu, jest odrzuceniem kłamstwa i manipulacji politycznej, jest wewnętrzną bronią przed przyjęciem, że nie ma nadziei na dobrych ludzi w polityce, grających według właściwych reguł na tyle, na ile w konkretnych okolicznościach jest to możliwe i heroiczne.

Taka postawa jest zwycięstwem i hołdem, jaki możemy złożyć wszystkim tym, którzy dbają o prawdę w życiu publicznym. To ku nim się zwracamy z tym programem wiary w uczciwość w życiu publicznym. Same wezwania o zmianę kultury życia publicznego – jakkolwiek są potrzebne i słuszne, i muszą wybrzmiewać – niczego nie przyniosą. Postawa wiary w szlachetność gestów i uczciwość intencji jest przy tym również zapowiedzią (może nie groźbą, ale przestrogą), że z tego zaufania trzeba będzie się – w każdym wymiarze swojego życia – rozliczyć.