Józef K., prokurent bankowy, pewnego dnia zostaje aresztowany. Poukładany, zhierarchizowany, korporacyjny świat staje się nagle labiryntem, w którym bohater traci wszelkie poczucie pewności.

Historia Józefa K., bohatera „Procesu” Kafki, stała się emblematyczną biografią człowieka XX wieku. Czytać można ją różnie: w kluczu totalitarnym, freudowskim, a nawet w perspektywie demokracji proceduralnej, która traci z oczu człowieka. Pia Partum, reżyserka szczecińskiej inscenizacji opery Ph. Glassa „Proces”, uczyniła go korpoludkiem zanurzonym we współczesnym metropolis. Z tego labiryntu, w którym żyje bohater, nie da się wyjść. „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy wchodzicie” – chciałoby się powtórzyć za klasykiem.

Reżyserka umieszcza całą akcję opery w jednej przestrzeni. To pomieszczenie biurowe jakich wiele. Kobiety i mężczyźni w jednakowych, szarych garniturach, garsonkach czy sukienkach chodzą w tę i z powrotem, trzymając w rękach jakieś skoroszyty z dokumentami. Tu pracuje Józef K., prokurent bankowy. Widok z okien, które zajmują całą ścianę, może zwodzić. Praca na wysokim piętrze biurowca daje złudne poczucie władzy nad światem. Pewnego dnia Józef K. zostaje aresztowany. Poukładany, zhierarchizowany, korporacyjny świat staje się nagle labiryntem, w którym bohater traci wszelkie poczucie pewności. Kolejne spotkania uświadamiają mu, że jest oskarżonym, ale nikt nie wie, za co. Nikt nie wie też, kiedy zakończy się proces, ani nawet kiedy się zacznie. Kto jest sędzią, a kto jest podsądnym? Kto tworzy trybunał, a kto jest w nim woźnym? Znikąd pomocy. Szklana ściana, przez którą widzimy kolejne ujęcia metropolii, raz po raz staje się ekranem, na którym oglądamy biegnącego Józefa K. Ucieka przed kimś? Chyba nie. Każdy uciekający – nawet mimowolnie – ogląda się za się za siebie. Józef K. się nie ogląda. W jakimś szalonym biegu gna przed siebie. Przecież nie da się uciec od fatum. Okrutny los, który – z nieznanych nikomu powodów – nagle go dotknął, biegnie z nim i w nim. I w końcu go dopadnie.

Operowy „Proces” wymaga skupionego odbioru. Autor libretta, Christopher Hampton, rozpisał historię Józefa K. na gęsty dialog. Trzeba się w niego – dosłownie! – wczytać. Akcja rozgrywa się o wiele bardziej w słowach niż fabularnej dramaturgii, która jest w gruncie rzeczy kolażem scen. Jest to zresztą zgodne z samym zamysłem Kafki, który najpierw napisał dwie sceny: początkową i końcową, a reszta fabuły jest przecież sama w sobie czymś na kształt labiryntu. Kto zna muzykę Glassa, ten odnajdzie w „Procesie” atmosferę znaną choćby z filmowych „Godzin”. Jego – jak się zwykło określać – minimalistyczna muzyka, oszczędna, oparta na powtarzających się motywach rozpisanych na kilka instrumentów, tworzy sugestywny i miejscami dramatyczny sound designe, co bardzo dobrze rozumie kameralna orkiestra poprowadzona przez Jerzego Wołosiuka. Trzeba także podkreślić świetną rolę Christiana Oldenburga, niemieckiego barytona, jako Józefa K., na którego głosie i geście spoczął obowiązek uniesienia dramatycznej osi spektaklu.

Szczecińska Opera na Zamku w swoich zamierzeniach programowych jest konsekwentna. Obok tradycyjnego repertuaru operowego, gdzie Puccini sąsiaduje z Verdim i Bizetem, od kilku sezonów proponuje nam nurt współczesny. Po „Dokręcaniu śruby” B. Brittena i „Guru” L. Petitgirarda otrzymaliśmy świetny „Proces” Ph. Glassa. Muzyczne apetyty rosną.

Ph. Glass, „Proces”, libretto – Ch. Hampton, reż. P. Partum, prapremiera polska: Opera na Zamku, Szczecin, 19.01.2019 r.