„Hamlet” Anno 2019 jest bardzo smutny. Nie tylko dlatego, że premiera odbyła się w wieczór żałoby narodowej po śmierci Pawła Adamowicza. To niepokojąca diagnoza naszej współczesności. Jesteśmy otwarci na tyranię.

Jak „Zabójstwo Gonzagi” miało zdemaskować Klaudiusza, króla Danii, tak każdorazowe wystawienie „Hamleta” staje się okazją do przejrzenia się widowni w teatralnym zwierciadle. Jan Kott mawiał, że każde pokolenie ma swoją opowieść o księciu z Elsynoru. Czy inscenizacja Tadeusza Bradeckiego z warszawskiego Teatru Dramatycznego Anno 2019 jest właśnie tym naszym „Hamletem”?

Premiera odbywała się 18 stycznia, w dniu żałoby narodowej po morderstwie dokonanym na prezydencie Gdańska Pawle Adamowiczu, w przeddzień uroczystości pogrzebowych. Hamlet z nożem, szukający zemsty, zabijający Poloniusza – mogłoby to wyglądać zbyt dosłownie, mogłoby mrozić nazbyt oczywistymi skojarzeniami. Tak się nie stało. I nie oznacza to, że kontekst okazał się nieważny (zamiast zwyczajowych oklasków była chwila ciszy), chodzi o to, że ten „Hamlet” nie komentował interwencyjnie tego, co przeżywaliśmy w tych smutnych dniach, on komentuje to, jacy współcześnie jesteśmy.

Owszem, są tu odniesienia do współczesności, ale poza jednym elementem (czytaną przez księcia książką Timothy Snydera „O tyranii”, co zresztą zauważyć mogą tylko widzowie pierwszych rzędów) nie są oczywiste i jednoznaczne. Mundury wskazują na militaryzm, nie na konkretną armię. Nie są jednolite w stylu, tak jak wszystkie kostiumy (Andrzej Witkowski, autor kostiumów i scenografii), które łączą w sobie różne epoki i konwencje. To wskazówka, że dramat ma być odczytywany ponadczasowo. W takim samym stopniu sięga do epoki elżbietańskiej (której oczywistym echem jest kryza wokół szyi królowej Gertrudy i jej fryzura), jak odnosi się do naszego czasu, ale też do historii wystawień Szekspirowskiego dzieła. Możemy zatem przeglądać się w tym spektaklu, ale nie możemy go zbyt łatwo wykorzystywać do komentowania współczesnej rzeczywistości.

Czy Hamlet rozumie Snydera?

Inscenizacja Bradeckiego ma szereg istotnych zalet. Jest konsekwentna i przemyślana w każdym detalu, ale bez zaskakujących konceptów, dzięki czemu uwaga widza nie rozprasza się, lecz jest bez reszty skupiona na przebiegu akcji. Można nawet powiedzieć, że mamy tu do czynienia prawie z ascezą (powściągliwa scenografia, występują tylko te postacie, które biorą bezpośredni udział w zdarzeniach). Równocześnie reżyser nie poszedł w stronę wystawienia medytacyjnego, nadał spektaklowi żywe tempo (ogląda się tego „Hamleta” prawie jak kryminał). Służy temu też tekst i sposób jego podawania. Bradecki wybrał najnowsze tłumaczenie dokonane przez Piotra Kamińskiego, język  jest współczesny, miejscami kolokwialny, a nawet wulgarny, bo tak był słyszany język Szekspira w jego epoce. Szczególnie istotne jest mocne wydobycie elementów humoru, co przecież dodaje wieloznaczności dramatowi, a co niejednokrotnie znika w tłumaczeniach, zwłaszcza ładnych, ale nazbyt archaicznych i natrętnie poetyckich tradycyjnych przekładach. Swoją drogą Kamiński szereg fraz, które wryły się w naszą pamięć, zostawił w tej formie, do jakiej przywykliśmy.

Rządzą nami duchy i wola silniejszych, starych, którzy ugrzęźli w swoich fobiach, natręctwach, żądzy władzy i żądzach ciała. Każdemu z bohaterów spektaklu wydaje się, że panuje nad tym, co się dzieje, tymczasem każdy staje się ofiarą swoich działań

Największą wartością przedstawienia jest jednak aktorstwo. Nie ma tu słabszych ról. Każda jest dopracowana, wszystkie postacie są pełnymi osobowościami. Krzysztof Szczepaniak wzniósł się na prawdziwe wyżyny. Zagrał Hamleta targanego sprzecznymi emocjami: zrozpaczonego, zniecierpliwionego, okrutnego i bezradnego, wesołego i szyderczego. W tych zmianach nastrojów przekonująco wybrzmiały monologi, podane bez melancholii, natomiast jako żywa próba refleksji kogoś, kto nie tyle się waha, ile próbuje nadać swojemu niepokojowi racjonalny porządek, bez powodzenia jednak.

Hamlet Szczepaniaka jest chłopakiem, który nie zgadza się nie tylko z tym, czego doświadczył i co obserwuje, ale buntuje się przeciw temu światu, który zna. Na rzeczywistość patrzy z niechęcią. Nie dziwi, że czyta Snydera, bo widzi tyranię, ale i coś więcej – widzi mechanizmy, które prowadzą do zwyrodnienia władzy. Czy jednak Snydera rozumie i pragnie czerpać z jego myśli? Książę Danii, owszem, chce wszystko wziąć w swoje ręce i nawet chyba wierzy w to, że zdoła wszystkich przechytrzyć swoimi intrygami, jednak brnie w ślepą uliczkę. Odrzuca tyranię Klaudiusza (a raczej jego amoralizm), jednak w gruncie rzeczy targa nim ślepy bunt, niezgoda, które pchają go do zemsty, nie do budowy nowego ładu, bo chyba nie widzi on przed sobą nic pozytywnego, nie ma pomysłu na to, co potem. Włada nim żałoba (skądinąd uzasadniona, skoro od śmierci ojca minęły ledwie dwa miesiące), nie wizja życia. Próbuje romansować z Ofelią, nawet poniekąd ją molestuje, gdy w czasie przedstawienia zasiada między jej nogami i zawstydza ją swoimi aluzjami seksualnymi, jednak w istocie nie kieruje nim erotyzm. Tak jak nie kieruje nim religia – powstrzymuje się przed zabiciem Klaudiusza, gdy ten się modli, ale tylko z obawy przed możliwym przebaczeniem Boga, jego twarz wykrzywiona jest grymasem nienawiści.

Hamlet Szczepaniaka szydzi i wierzga, nie znosi rówieśników, pogardza matką i stryjem-ojczymem. Partnerami do rozmowy są dla niego tylko aktorzy i grabarze. I duch ojca (Piotr Siwkiewicz), który chyba jako jedyny potrafił objąć władzę nad księciem. Hamlet, tak zazdrośnie strzegący swojej niezależności, jest niewolnikiem dyktatu ducha, przeszłości, tego, co było. Jest konserwatywnym rewolucjonistą. Choć mimo wszystko darzymy go sympatią, to właściwie mamy powody, żeby się go bać. Ból i żałoba powodują, że staje się zdolny do strasznych czynów. W konsekwencji przegrywa, ale zanim to nastąpi sieje zniszczenie. Wydaje mu się w tym wszystkim, że jest nadzwyczaj skuteczny. Tymczasem nie, przede wszystkim jest sfrustrowany i w tej frustracji się zatraca.

Zbuntowana jest też Ofelia (świetna, pomysłowo zagrana rola Martyny Byczkowskiej). Jak gdyby nastolatka, która swoje wie i nudzą ją wszystkie dobre rady, a także próby sterowania nią – a chcą ją potraktować jako bezwolną lalkę bez mała wszyscy: ojciec, Hamlet, para królewska, a nawet właściwie brat, który – owszem – kocha ją, ale chyba nie całkiem ufa jej dojrzałości. Ona ma ich wszystkich w nosie, a cały jej bunt sprowadza się do strojenia min i odgrywania roli takiej Ofelii, jaką chcą wszyscy widzieć. Do momentu śmierci Poloniusza. Gdy spotka ją tragedia, będzie odgrywała szaleństwo: w interpretacji Byczkowskiej to najwyraźniej gra, zemsta na wszystkich wokół. Tyle że cały bunt sprowadza się do kpiny. Samobójstwo albo przypadkowa śmierć nadają tej niezgodzie tragiczny wymiar.

Ten świat nie należy do młodych

Para głównych bohaterów demonstruje swoją niezgodę na świat, w którym żyją. Oboje chcieliby ten świat zmanipulować i ograć, poza emocjami nie mają jednak nic, czym mogliby się zmierzyć z rzeczywistością. Żadnych argumentów, pomysłów, celów.

A jak inni młodzi? To ważne w tym spektaklu: przeciwstawienie młodych i starych. Młodzi, owszem, potrafią kontestować świat. Podobnie jak Hamlet i Ofelia, próbuje się zbuntować Laertes (Kamil Szklany), który też chce się zemścić za śmierć ojca. Na początku jednak jest bez reszty posłuszny. Słucha rad Poloniusza i nic nie wiemy, żeby mu się miał sprzeniewierzyć. A swoją nienawiść kieruje nie w stronę dworu, króla czy królowej, ale w stronę Hamleta, mordercy. I byłoby to zrozumiałe, gdy nie fakt, że przecież został zmanipulowany. To król z królową są przecież winni tragedii ich ministra. To oni współdziałali z nim w intrydze. Laertes chciałby wziąć sprawy w swoje ręce i wydaje mu się, że to on decyduje i zmierza ku zemście, a przecież jest tylko marionetką w rękach potężniejszych.

Klasycznymi, wręcz groteskowymi konformistami są Rosencrantz (Piotr Bulcewicz) i Guildenstern (Michał Klawiter). Oni na wszystkie polecenia króla się godzą, dają się zmanipulować nawet Hamletowi. I jest jeszcze wierny Horacy (Mateusz Weber), właściwie tylko świadek. Młodzi w tym spektaklu myślą, że działają, ale w istocie odgrywają przydzielone im role. Ciążą nad nimi cele ojców, matek i królów. Mogą tupać nogami, ale nic innego zrobić nie potrafią. Młodzi aktorzy przekonująco pokazali bezradność i bezwolność swojego pokolenia. Hamlet może czytać „O tyranii”, ale przecież nic z tego nie wynika. On sam poddaje się tyranii ducha ojca. Nie ma tu zapowiedzi prawdziwej rewolucji.

Hamlet i Ofelia, czyli Krzysztof Szczepaniak i Martyna Byczkowska

Hamlet i Ofelia, czyli Krzysztof Szczepaniak i Martyna Byczkowska. „Hamlet” w reżyserii Tadeusza Bradeckiego i przekładzie Piotra Kamińskiego. Premiera 18 stycznia 2019 r. Fot. Katarzyna Chmura / Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy

Po drugiej stronie mamy starych. O ojcu Hamleta była już mowa. Najważniejsza jest tu jednak para królewska. Nie tylko rządzą. To oni, nie młodzi, są ucieleśnieniem siły, a nawet seksualności. Klaudiusz (Maciej Wyczański) pławi się w swojej męskości, zarówno w aparycji, jak w zachowaniu. Oczywiście, jak każdy prawdziwy mężczyzna, a zwłaszcza taki, który ma świat u swoich stóp, wpada w panikę i rozpacz, gdy usuwa mu się grunt spod nóg, kiedy w teatrze została ukazana jego zbrodnia, ale szybko się podnosi i śmieje się ze swojej słabości. Do końca będzie rozdawał role, klęska przyjdzie dopiero przez przypadek. Gertruda (Anna Moskal), atrakcyjna fizycznie, ponętna, wierząca w moc swojej kobiecej przenikliwości, we wszystkim  przytakuje swojemu nowemu mężowi, zarazem jednak chce prowadzić swoją własną grę, zwłaszcza z Hamletem. A jednak gubi się w męskim świecie. Nie tylko Klaudiusz na nią wpływa, ale manipuluje nią Poloniusz. Nawet Hamlet tylko na niej potrafi się zemścić, bo wie, jak uderzyć, by ją zabolało. Ze swoją podległością Gertruda doskonale się jednak odnajduje w zakonserwowanym świecie tyranii i próbuje współrządzić. Może oboje, Klaudiusz i Gertruda, by wygrali, gdyby nie los i gdyby nie zaplatali się w sieć intryg. Podobnie Poloniusz (Mariusz Wojciechowski), w swoim przekonaniu niedościgły manipulator, w gruncie rzeczy bezradny wobec cudzych manipulacji i ofiara własnej przebiegłości.

W tym spektaklu to starzy rządzą, nawet jeśli w konsekwencji ponoszą klęskę. Ich przegrana bierze się z przypadku, losu, zbiegu zdarzeń lub intryg. Nie przychodzi ze strony młodych. Ten świat nie należy do młodych. Chyba że jest to niestary jeszcze Fortynbras (Modest Ruciński), prymitywny, samczy, rozchełstany, w niedopiętym szynelu i z nagą piersią. On jeden wie, do czego zmierza. To on jest przyszłością. W nim spełni się diagnoza Snydera. Bo nie spotka oporu. I o to chyba tu chodzi: nie ma oporu. Tyrania rodzi się z bezradności.

Premierowy spektakl zakończył się w ciszy

Ale jest jeszcze ktoś. Właściwie dwie osoby, ale obie w spektaklu przejmująco zagrane przez Adama Ferencego: aktor i grabarz. Połączenie obu postaci jest bardzo dobrym pomysłem, bo w istocie to jeden główny komentator spraw świata tego. Ferency łączy komizm z tragizmem. Aktor w jego interpretacji to ktoś, kto wszystko zagra, odda wszelkie uczucia, odtworzy losy ludzkie. Gdy wychodzi z odtwarzanej roli i zostaje tylko aktorem, potencją, nie aktem, na jego twarzy  pojawia się szyderczy, błazeński uśmiech będący wyrazem opinii o tym, co widzi wokół. On wie o człowieku i o świecie wszystko. Podobnie jak grabarz, który jednak wyprał z siebie uczucia, patrzy na rzeczywistość z perspektywy śmierci. Nie ma przed nim tajemnic. Aktor i grabarz Ferencego są śmieszni, ale za komiczną mimiką kryje się smutek i ponadczasowa mądrość. Bez nadziei, bo skąd ona miałaby przyjść. Grób to kres, nie wiadomo nawet, czy coś poza końcem ciała się kryje. Czy zostaje tylko zimna czaszka Jorika. Teatr, owszem, wiele może powiedzieć, ale czy przynosi nadzieję? Co z tego, że Klaudiusz rozpoznał się w „Zabójstwie Gonzagi”, skoro po chwilowym przypływie wyrzutów sumienia nic nie zostało. Aktor może profesjonalnie grać, ale poza trwającą krótko radością niewiele z tego wynika.

„Hamlet” Anno 2019 jest bardzo smutny. Nie tylko dlatego, że premiera odbyła się w wieczór żałoby. To niepokojąca diagnoza naszej współczesności. Jesteśmy otwarci na tyranię, bo rządzą nami duchy i wola silniejszych, starych, którzy ugrzęźli w swoich fobiach, natręctwach, żądzy władzy i żądzach ciała. Każdemu z bohaterów spektaklu wydaje się, że panuje nad tym, co się dzieje, tymczasem każdy staje się ofiarą swoich działań. Nie ma sprawczości. Jest fatalizm, jest zło, jest beznadzieja.

W scenografii zderzone są dwie przestrzenie: geometryczna, zimna, choć elegancka przestrzeń pałacu i otwarta perspektywa pola bitwy, cmentarza – ponura, bezładna, ale nieskończona. W pałacu wydaje się, że rządzi geometria, przewidywalność, tyle że to, co najistotniejsze, przychodzi z zewnątrz (duch ojca, Fortynbras) lub na zewnątrz (na cmentarzu) znajduje swój finał. Ład geometrii to wielkie złudzenie. Nad nią aktor może się tylko błazeńsko uśmiechnąć.

Czy postawiona w spektaklu diagnoza jest trafna? Czy sprawiedliwy jest obraz młodych, obrażonych na rzeczywistość lub jej podporządkowanych, ale w istocie bezwolnych? Czy teatr słusznie obnażył swoją własną słabość w zderzeniu z rzeczywistością? Czy mądrość aktora naprawdę polega tylko  na tym, że wie dużo o człowieku, ale nie na tym, że wie, jak zmienić świat? To pytania bez jednoznacznej odpowiedzi.

Dobrze, że premierowy spektakl zakończył się w ciszy. Nie tylko ze względu na okoliczności. Dlatego, że reszta jest milczeniem…