Wielu ludzi nas, księży, nie lubi. Dlaczego? Dajemy ku temu powody. Co prawda nie zachowujemy się skandalicznie, ale stanowczo za mało staramy się, by żyć blisko ludzi.

Na początku stycznia Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego podał, że w roku 2017 w niedzielnej Mszy świętej uczestniczyło więcej katolików niż w roku poprzednim (o 1,6 proc.). Komentarz o. Józefa Augustyna dla Katolickiej Agencji Informacyjnej:

Oczywiście, takie dane mogą cieszyć, ale naiwnością byłoby wnioskować, jedynie na ich podstawie, że zatrzymał się trend obserwowany od wielu lat stopniowego odchodzenia wiernych od praktyk religijnych: od niedzielnej Eucharystii, codziennej modlitwy, regularnej spowiedzi, zawierania sakramentu małżeństwa itp. Jakiekolwiek poważne prognozowanie, snucie wniosków na przyszłość, wymagałoby analizy danych na przestrzeni przynajmniej kilku-kilkunastu lat.

Obok dokładnych wyliczeń i statystyk równie istotna bywa także uważna obserwacja duszpasterska księży. Stwierdzają jednoznacznie, że zmniejsza się, i to znacznie, frekwencja młodych oraz ludzi w wieku średnim na niedzielnych Mszach świętych. Stosunkowo wysoką frekwencję na niedzielnych Mszach zapewniają wierni starszego pokolenia. Ale ci stopniowo odchodzą do Pana.

W długofalowym prognozowaniu uczestnictwa wiernych w praktykach religijnych decydujące są powołania kapłańskie oraz postawa i całe zachowanie księży. Jeżeli w zachodniej Europie (by ograniczyć się jedynie do tego kontynentu) duszpasterstwo Kościoła katolickiego drastycznie się kurczy, to nie ze względu na niechęć wiernych do religii, Kościoła czy praktyk wiary, ile raczej ze względu na brak księży. Powoduje to najpierw łączenie parafii, a z czasem także zamykanie kościołów, których księża nie są w stanie obsłużyć. Z czasem kościoły te przejmuje państwo, sprzedaje się je. W wielu krajach Europy zachodniej przeciętny proboszcz ma do obsługi kilka, a nawet kilkanaście kościołów, które były kiedyś samodzielnymi parafiami.

W Polsce mamy, i przez dekady będziemy mieli, komfort wystarczającej liczby kapłanów, stąd łączenie parafii i zamykanie kościołów nam w najbliższych dziesięcioleciach nie grozi. My jeszcze kościoły budujemy, ponieważ są potrzebne.

Niechęć do księży budzą niejednokrotnie ich oczekiwania gratyfikacji, rozbudowane życie prywatne oraz brak przejrzystych reguł w sprawach finansowych

Mimo wszystko jednak widoczna jest zapowiedź zmiany: to zmniejszająca się, i to dość radykalnie, liczba powołań kapłańskich. Święconych jest coraz mniej księży. Niemałym problemem bywają także rezygnacje z kapłaństwa, szczególnie wśród młodych księży. Wiele diecezji jeszcze w latach 80. i 90. XX wieku, w czasach prosperity powołaniowej, zbudowało gigantyczne seminaria duchowne, które dzisiaj znacznie przerastają potrzeby formacji.

Zmiany w nastawieniu wiernych do Kościoła i do religii zachodzą mimo to stosunkowo powoli. Rezygnacja z niedzielnej Mszy świętej czy nawet ze ślubu kościelnego na ogół nie jest rezygnacją z wiary jako takiej, lecz pewnym „zaniedbaniem” religijnym. Znakiem ostatecznego porzucenia wiary jest rezygnacja z chrztu dzieci, z posyłania ich na religię, do pierwszej Komunii, całkowite odwrócenie się od Kościoła.

Drugi problem polskiego duszpasterstwa dzisiaj to – w moim odczuciu – postawa księży wobec wiernych. Zastanawiający jest dla mnie niezwykły sukces filmu „Kler” w katolickiej Polsce. Nie wchodzę w intencje twórców filmu. W zdecydowanej większości księża w Polsce nie zachowują się tak skandalicznie, jak prezentowani bohaterowie. Co prawda margines patologii księżowskiej istnieje, ale to margines. I winno to być w filmie widoczne, a nie jest.

Sukces filmu upatrywałbym w pewnej niechęci emocjonalnej wielu wiernych do księży. Mówiąc prosto: wielu ludzi nas, księży, nie lubi. Dlaczego? Dajemy ku temu powody. Co prawda nie zachowujemy się skandalicznie, ale – w moim odczuciu – stanowczo za mało staramy się, i za mało poświęcamy się, by jako pasterze żyć blisko ludzi, by zbliżyć się do nich, być z nimi w ich troskach, kłopotach, nieszczęściach.

Aby ksiądz był człowiekiem autorytetu dla wiernych, był przez nich uznawany, szanowany, lubiany, winien być człowiekiem ofiarnym, hojnym, bezinteresownym. Najprostsi wierni doskonale wiedzą, że naszym powołaniem jest być dla nich, być do ich dyspozycji. Kapłaństwo wymaga miłości do Jezusa, poświęcenia, wyrzeczenia.

Opowiadano mi o pewnym księdzu wikarym, który na spotkaniu z młodzieżą w nowej parafii zapytał ich: „Czego oczekiwalibyście ode mnie, co mógłbym dla was zrobić?”. Młodzi odpowiedzieli: „Niech ksiądz nas nie unika”. To dobra diagnoza duszpasterskiej postawy wielu księży.

Niechęć do księży budzą niejednokrotnie ich oczekiwania gratyfikacji, rozbudowane życie prywatne oraz brak przejrzystych reguł w sprawach finansowych. Wypracowanie jasnych, zrozumiałych dla wiernych, reguł finansowania księży to temat, który czeka na rozwiązanie. To kluczowa sprawa dla przyszłości duszpasterstwa w Polsce. Sprawy finansowe w duszpasterstwie parafialnym to nierzadko swoiste „przeciąganie liny” pomiędzy księżmi i wiernymi. Zbyt dużo tu napięcia, niejasności, nieporozumień. Stanowcze upomnienia papieża Franciszka kierowane pod naszym adresem: domaganie się wyjścia do wiernych, większej bezinteresowności, zrozumienia, rezygnacji z formalizmu, współczucia, bywa dla wielu księży irytujące, ale pewnie dlatego, że bywa prawdziwe.

Jestem teraz w Jerozolimie. Ze wzruszeniem oglądam, wręcz kontempluję, zachowanie setek tysięcy wiernych z całego świata w miejscach upamiętniających wydarzenia z życia Jezusa. Mój podziw budzi ich wytrwała modlitwa, gesty pełne pokory, uniżenia, czułości. To znaki niezwykłego przywiązania tych ludzi do wiary, do Osoby Jezusa. Doświadczenie religijne to podstawowa, centralna wartość dla człowieka, której nie wyrzeka się tak łatwo. Gdy odchodzi od niej, zwykle czyni to stopniowo, powoli, nie bez walki. A gdy już porzuci ostatecznie wiarę, to mimo wszystko na dnie serca zostaje zamaskowany wyrzut, „nieczyste sumienie”.

Rozbieżność między naszym życiem kapłańskim a głoszonym słowem jest znacznie większym zagrożeniem wiary dla wielu naszych parafian niż medialny atak na Kościół i księży

Jestem wewnętrznie przekonany, że powodem frustracji, pustki wewnętrznej, załamania wielu ludzi jest rezygnacja z praktykowania religii oraz religijnej moralności. Osoby te, porzucając praktyki religijne, odchodząc od Kościoła, „usprawiedliwiają” sami przed sobą swoją postawę nieuczciwą postawą księży: „Skoro oni, to cóż dopiero ja…”.

Wierni nie tylko uważnie słuchają, co mamy im do powiedzenia, ale jeszcze uważniej obserwują, jak my żyjemy. I właśnie to jak żyjemy, bywa dla nich decydujące. Rozbieżność między naszym życiem kapłańskim a głoszonym słowem jest znacznie większym zagrożeniem wiary dla wielu naszych parafian niż medialny atak na Kościół i księży.

Co winniśmy dzisiaj robić jako księża, by powstrzymywać falę laicyzacji, odchodzenia ludzi od wiary, od Kościoła, od praktyk religijnych? Wiernie, bezinteresownie, z miłością do Jezusa i do ludzi wypełniać to wszystko, do czego zobowiązaliśmy się wobec Boga i Kościoła w chwili święceń kapłańskich. Wysoka mimo wszystko frekwencja wiernych na niedzielnej Eucharystii to dla nas księży niezwykłe wyzwanie, zobowiązanie. I choć ludzie nie przychodzą dla nas, to jednak nam ufają, że będziemy karmić ich Słowem i Ciałem Jezusa, że damy im przykład, jak żyć dla Niego, jak Go poznawać, kochać i naśladować.

KAI