Pokazałem, że jestem inny od wielu facetów w Polsce, którzy coś dobrego zaczynają, a potem skręcają w stronę nierozliczania pieniędzy – mów Jerzy Owsiak w rozmowie Zbigniewa Nosowskiego.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 6/2000 i tutaj jest dostępny w całości.

Zbigniew Nosowski: Czy Jerzego Owsiaka wolno krytykować? Niektórzy mówią, że istnieje moralna presja wymuszająca wychwalanie tego, co Pan robi. Mówił o tym Paweł Kukiz. Ja chciałem spytać generalnie: czy trzeba spełniać jakieś warunki, żeby krytykować: a) Owsiaka, b) Orkiestrę, c) Przystanek Woodstock?

– Każdy może krytykować. A gdy ktoś krytykuje, to ja chętnie odpowiadam. Ale nie narzucam nikomu, by myślał tak, jak ja myślę. Nie jestem nieomylny. Być może za daleko poszedłem podczas finału Orkiestry, mówiąc, że prezydent Przemyśla zwariował, nie pozwalając Orkiestrze grać w tym mieście. Było to dla mnie głupie, używano przy tym nieprawdziwych argumentów, ale może trzeba sobie było powiedzieć: morda w kubeł, nie chcą, to nie, ich sprawa.

Poza tym jest też druga strona medalu. Wśród dziennikarzy prawicowych w dobrym tonie jest zacząć artykuł słowami: „Wiem, że się wszystkim narażę, ale nie lubię Owsiaka”.

Ludzie mają prawo krytykować. Ja na każdą krytykę odpowiadam na naszych stronach internetowych. Jest takie brzydkie sformułowanie „krytyka konstruktywna”, ale lepsze mi nie przychodzi do głowy. Takiej krytyki wręcz pragnę i zarazem boję się – np. że ktoś udowodni, iż sprzęt medyczny, który kupiliśmy za pieniądze Orkiestry, jest zły, nie sprawdził się, do niczego się nie nadaje. Ale inaczej jest, gdy ktoś pisze artykuł pt. „Fałszywy ton w Orkiestrze”, a potem okazuje się, że to jeden koleżka w jakiejś miejscowości dał dyla z kasą. To on dał dyla, nie ja!

Ci, którzy dla Orkiestry zbierają pieniądze, mają napis, że robią to „na rzecz WOŚP”, a nie w jej imieniu. Tak to wymyślił nasz prawnik, żeby uniknąć nieporozumień. Ci wszyscy ochotnicy pracują na rzecz Orkiestry, a nie w jej imieniu. Zatem ci, którzy zrobią jakąś nieuczciwość, nie czynią tego w imieniu Orkiestry.

Mój ojciec był milicjantem, był zatem związany z Polską komunistyczną, ale to od niego nauczyłem się uczciwości. Będąc ateistą, ojciec nauczył mnie życiowych prawd

Często ludzie mówią, że coś się dzieje nieuczciwego z kasą po finałach. Wszystkim odpowiadam tak samo – podaję nasz adres. Można tu przyjść i o wszystko się dowiedzieć, sprawdzić. Robimy zawsze sprawozdania, chcemy, żeby gazety to drukowały. Niestety, niektóre mają już dosyć. Kiedyś przyszedł facet z „Wyborczej” i pyta: „Słuchaj, nie uważasz, że to się już znudziło?”. A to jemu się znudziło. Jak mówiliśmy, że gramy do końca świata i dzień dłużej, to gramy. Rozliczenie jest natomiast naszym psim obowiązkiem.

Najgorsza jest krytyka demagogiczna. Łatwo powiedzieć: „nikt nie wie, co z tymi pieniędzmi się dzieje”, ale trudniej wziąć odpowiedzialność za te słowa. Teraz mi piszą niektórzy ludzie, że skoro przyjąłem order od Kwaśniewskiego, to już mi nie dadzą pieniędzy na Orkiestrę, bo Kwaśniewski to komuch. A dla mnie to nie jest polityka. Polityką byłoby dopiero, gdybym odmówił przyjęcia tego orderu.

Moje pytanie było trójczłonowe, bo w gruncie rzeczy chciałem spytać, czy Owsiak, Orkiestra i Woodstock to jedno i to samo?

– Dla mnie Orkiestra i Przystanek to jest to samo. Bo to wszystko wynika ze mnie, z moich przyjaciół, jest organizowane przez tę samą fundację. Nie ma tu dla mnie rozgraniczenia.

Doskonale rozumiem, że dla Pana to wszystko jest jednością, ale w odbiorze społecznym Przystanek Woodstock jest po prostu wielką balangą młodzieżową, odmienną od Orkiestry, bo wymiar świadczenia dobra, pomagania innym, nie jest tam bezpośrednio obecny.

– Chyba nie jest aż tak bardzo nieobecny. Tak jak moglibyśmy dostawać od Ministerstwa Zdrowia wynagrodzenie za przygotowanie specyfikacji potrzebnych zakupów (bo robimy to sami, choć oni powinni to zrobić), tak też moglibyśmy brać wynagrodzenie od Ministerstwa Edukacji Narodowej, np. za to, że przez te trzy dni nauczyliśmy młodzież hymnu narodowego. Na razie pierwszej zwrotki.

Oczywiście, nasz Woodstock jest spostrzegany jako koncert, jako zabawa. Ale jest tam także inny wymiar. Mówię to na podstawie listów, które otrzymuję. A w radiu nauczyli mnie kiedyś, że jeden list pojawia się średnio na dziesięć tysięcy słuchaczy. Otóż ludzie piszą, że ich życie się odmieniło dzięki dniom spędzonym na Przystanku Woodstock. Niezwykli są zwłaszcza ludzie, którzy społecznie pracują w Pokojowym Patrolu. Na pytanie, czym jest dla nich Przystanek Woodstock, na pewno odpowiadaliby bardzo mądrze. Może tylko jedna osoba na dziesięć poprzestałaby na tym, że to fajna zabawa. Pozostali oprócz tego mówiliby także bardzo mądre rzeczy, które mnie samego by zaskoczyły.

W 1999 roku był też Woodstock amerykański. To było bezideowe, czysto komercyjne przedsięwzięcie, które się zresztą skończyło zadymą. Moja niespokojna dusza nie pozwala, by odbywał się tylko spęd i happening. Chcę, żeby była tam jakaś treść.

W czym, Pańskim zdaniem, młodzież może naśladować Jerzego Owsiaka?

– Pokazałem, że jestem inny od wielu facetów w Polsce, którzy coś dobrego zaczynają, a potem szybko skręcają w stronę nierozliczania pieniędzy, rozmaitych przekrętów, itp. Niedawno okazało się, że dziesięć milionów złotych zebranych podczas loterii powodziowej rozpłynęło się. Łeb ukręcić za takie coś! Mój ojciec był milicjantem, był zatem związany z Polską komunistyczną, ale to od niego nauczyłem się uczciwości, tak samo mój brat. Będąc ateistą, ojciec nauczył mnie życiowych prawd, dzięki którym nie muszę się wstydzić, że mam kryminalną przeszłość. Owszem, ukradłem coś, gdy byłem mały, ale połowa dzieciaków to robiła, i nie było to związane z wychowaniem domowym.

Mnie jako facetowi, za którym nikt nie stał – ani układ, ani wykształcenie, ani pochodzenie rodzinne, ani pieniądze, ani koneksje – udało się, zaczynając od zera, doprowadzić do rzeczy ogromnej. Rozpoczynając Orkiestrę, myśleliśmy o hucpie, zabawie, happeningu, a wyszło wielkie przedsięwzięcie. My tego nie planowaliśmy. Ludzie ciągle chcą nam dawać więcej pieniędzy. Czy ja mam ich powstrzymywać?

Są też w tym elementy zabawne. W księgarni zobaczyłem niedawno encyklopedię. I patrzę, że na obwolucie jest moja fota. Więc tak sobie myślę: „Co to się dzieje, jestem w encyklopedii”. Wszedłem, kupiłem, była opakowana w folię. Ale pomyślałem, żeby kupić jeszcze dla rodziców. I jeszcze dla kogoś. W sumie trzy egzemplarze. Przyszedłem tu do fundacji, otwieram i patrzę, że nie ma Owsiaka. To może pod hasłem „Wielka Orkiestra…”? Też nie ma. Wkurzyłem się, bo po co im ta moja fotka na obwolucie, skoro nie ma mnie w środku.

Postanowiłem oddać dwa egzemplarze do księgarni. Wołam kolegę, żeby poszedł, oddał i jakoś tam mnie wytłumaczył. Ale on jeszcze poszukał i znalazł, że byłem w uzupełnieniach, pomiędzy premierem Turcji a owsikiem złocistym. A w notce najpierw było napisane, że jestem dziennikarzem radiowym (nie mam zresztą na to żadnych papierów), potem zaś czytam: „twórca Towarzystwa Przyjaciół Chińskich Ręczników”. Zdębiałem! To przecież największy happening mojego życia! TPChR, które „założyłem”, prowadząc audycję w Rozgłośni Harcerskiej, trafia do encyklopedii! Przecież to Towarzystwo to najbardziej abstrakcyjna rzecz, jaka może istnieć! Są w nim np. takie zasady, że zostaje się jego członkiem, gdy tylko się o nim usłyszy – tym samym wszyscy czytelnicy „Więzi” już doń należą.

W tej encyklopedii dopiero później wspominali o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, nawet nie wyjaśniając, co to jest. I tak Towarzystwo Przyjaciół Chińskich Ręczników stało się najpoważniejszym dokonaniem mojego życia.

Rozmawiał Zbigniew Nosowski

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 6/2000 i pod tym linkiem jest dostępny w całości.