Co z nami będzie? Jak rozwiążą się nasze sprawy? Oto, co ludzi absorbuje. Naprawdę nie absorbuje ich przeszłość, do której wciąż nawiązują politycy w swych sporach i dywagacjach.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 8/1992.

Tak naprawdę nie bardzo wiem, co należy zrobić, aby postąpić krok naprzód w kierunku kształtowania się społeczeństwa obywatelskiego. Widzę raczej same przeszkody, a odpowiedź na pytanie o perspektywy brzmiałaby: może kiedyś samo się ułoży. Dlatego też temat mojej wypo­wiedzi rozumiem jako pytanie o związek między postawami polityków a społeczeństwem obywatelskim. Ogólna diagnoza brzmi tak: to społeczeń­stwo w chwili obecnej z natury rzeczy, na mocy prawa przyczynowości, w swojej większości nie może być społeczeństwem obywatelskim. Natomiast postawy polityków – którzy zresztą w jakiejś mierze właśnie z tego społeczeństwa się wywodzą – nie tylko nie sprzyjają procesowi stopniowego kształtowania się społeczeństwa obywatelskiego, ale przeciwnie, stają się czynnikiem ten proces blokującym. Innymi słowy, jeżeli od początku prze­mian społeczeństwo polskie z trudnością mogło stać się obywatelskie, to postawy polityków dodatkowo wpływają na to, iż szansa kształtowania się postaw obywatelskich maleje.

Druga sprawa, którą chciałam na początku podkreślić: moja analiza nie będzie dokonana z pozycji socjologa, ale z pozycji, jak ją nazywam, „człowieka ulicy”. Z pozycji socjologa mogłabym mówić wtedy, gdybym przeprowadziła badania wśród polityków, gdybym znała ich postawy, wza­jemne relacje i nastawienia. Tymczasem jestem tylko odbiorcą prasy i telewizji, osobą nie mającą aktualnie nic wspólnego z życiem politycznym. W związku z tym postrzegam polityków tylko tak, jak przedstawiają się oni społeczeństwu. Co więcej, jestem nędznie zarabiającym „budżetow­cem”. Świadoma więc jestem tego, iż wykazuję raczej tendencje do rozgo­ryczenia niż do nadziei. I z tej pozycji oglądam polityków. Już kiedyś mówiłam o politykach w innym gronie i odpowiedziano mi na to, że prze­cież politycy są ogromnie zróżnicowani, a mój sposób określania ich jest taki, jakby byli podobni. Otóż z perspektywy „człowieka ulicy” są rzeczy­wiście podobni, mimo iż wewnętrznie na pewno są zróżnicowani. Jednak­że z perspektywy „zwykłych” ludzi mają oni pewne cechy wspólne, które oddziałują w kierunku osłabienia w społeczeństwie tendencji kształtowa­nia się postawy obywatelskiej.

Co nazywam postawą obywatelską? Ogólnie powiem, że rozumiem to jako nastawienie do udziału w życiu publicznym, udziału racjonalnego, konstruktywnego, aktywnego i zarazem zdyscyplinowanego. Tak więc jest to – w moim rozumieniu – zdolność do działania na rzecz małej czy dużej zbiorowości, rozumienia związków między zjawiskami, zaintereso­wanie tym, co się dzieje dookoła, chociażby w małym kręgu. Tak ujmowa­na postawa obywatelska może się przejawiać różnie. Może to być racjonalna walka o swoje własne interesy grupowe, może się ona przeja­wiać w działaniu na rzecz szerszego ogółu, może się przejawiać w różnych zachowaniach prospołecznych ukierunkowanych na innych ludzi, wreszcie może ona wyrażać się choćby w tym, że działając na rzecz własnego dobra, człowiek liczy się z pewnymi regułami życia wspólnotowego.

Definiując tak właśnie „obywatelskość” chcę podkreślić, że zrozumiałe jest, iż u początków transformacji tego rodzaju postaw nie ma. Społeczeństwo rea­guje bowiem tak, jak było trenowane, a wieloletni trening „realnego soc­jalizmu” polegał na utrwalaniu jako odruchu tych zachowań, które doprowadzały do sukcesu. Przez sukces rozumiem bądź realizację włas­nych zamierzeń, bądź choćby osobistą satysfakcję i redukcję napięć we­wnętrznych. Tak rozumiany sukces w PRL przynosiły zaś trzy typy zachowań. Jeden – oczywisty – to bierność i posłuszeństwo. Od pewne­go czasu sukces, lub choćby osobistą satysfakcję, przynosił również sprzeciw i bunt. Wreszcie ostatni, często stosowany rodzaj zachowań przynoszących realny sukces, to było kombinatorstwo. Te trzy zachowania doprowadzały do sukcesu. Tego typu trening socjalizacyjny – stanowiący rezultat systemu, w którym ludzie żyli – trwał wiele lat i wobec tego takie odruchowe zachowania są bardzo głęboko utrwalone. Wprawdzie otwo­rzone już zostało pole wolności i w pewnych zakresach nikt już nas z posłuszeństwa nie rozlicza, i prawdą jest, że występują niekiedy przejawy inicjatywy, które świadczą o budzeniu się obywatelskości, jednakże zro­zumiałe jest, że w masowej skali postawy obywatelskie jeszcze nie wy­stępują.

Polityka jako zabawa interpersonalna, jako tworzenie stanowisk, jako walka o stanowiska, jako brak nastawienia na zadania rzeczowe, wydaje się być zjawiskiem bardziej powszechnym niż polskim, choć mamy i dzisiejszą polską specyfi­kę

Wróćmy jednak do postaw polityków. Otóż chcę podkreślić, że wbrew wielu krytycznym opiniom postawy naszych polityków są „normalne”. Innymi słowy sądzę, że nasi politycy w wielu swoich zachowaniach nie odbiegają istotnie od niektórych polityków w innych ustabilizowanych państwach. Czytałam i omawiałam ostatnio ze studentami książkę „Lu­dzie teraźniejsi a cywilizacja przyszłości”, a zwłaszcza fragment, w którym Florian Znaniecki charakteryzuje polityków jako „ludzi zabawy”. Zada­łam to studentom i sama musiałam sobie przypomnieć te teksty. Zarówno studenci, jak i ja sama, odnieśliśmy wrażenie: ależ to jako żywo nasza sce­na polityczna! Studenci dziwili się, że Znaniecki pisał przecież tak dawno, przed II wojną światową, a tak trafnie opisał naszą Polskę. Zarówno moja jak i studentów reakcja na tekst Znanieckiego świadczy o tym, iż pewnego rodzaju wyobcowanie polityków właśnie jako „ludzi zabawy” jest w pew­nej mierze zjawiskiem normalnym i że wobec tego wiele zarzutów, które stawiamy dziś naszym politykom, to zarzuty w tym sensie nie uzasadnio­ne. Polityka jako zabawa, jako zabawa interpersonalna, jako tworzenie stanowisk, jako walka o stanowiska, jako brak – Znaniecki powiedział to wyraźnie – nastawienia na zadania rzeczowe, wydaje się być zjawiskiem bardziej powszechnym niż polskim, choć mamy i dzisiejszą polską specyfi­kę. Można mianowicie zauważyć, że właściwości „ludzi zabawy” u naszych dzisiejszych polityków występują w szczególnym nasileniu. Wydaje się to zresztą zrozumiałe, podobnie jak i to, że politycy wykazują się właściwoś­ciami analogicznymi do polityków innych krajów, polityków jako pewnej kategorii społecznej.

Jednakże na ową „naturalność” naszych polityków musimy patrzeć również i z innej perspektywy. Po pierwsze, jeśli ma być u nas możliwa kreacja społeczeństwa obywatelskiego – to biorąc pod uwagę nawyki i mentalność ludzi, o czym była już mowa – politycy nie mogą być po prostu „ludźmi zabawy”, zajętymi grą między sobą. Po drugie – fakt, że nasi politycy wywodzą się z opozycji demokratycznej, pozwalał żywić nadzieję, że postawy obywatelskie są wśród nich na tyle głęboko zakorzenione, że będą oni pełnić w społeczeństwie funkcję wzorotwórczą, że będą przewodnikami w przekształcaniu społeczeństwa w społeczeństwo obywatel­skie właśnie. Trzeba wszak wziąć pod uwagę, że bunt społeczny w przeszłości wobec systemu komunistycznego i bunt dzisiejszych polityków znaczą zupełnie co innego. Nie łudźmy się, że w przeszłości „zwykli ludzie” byli świadomi tego, jaki typ rzeczywistości chcą tworzyć. Ludzie buntowali się, bo chcieli, żeby im było po prostu lepiej. A potem przestali się w istocie buntować. Wbrew pozorom strajki 1988 roku to nie jest już okres buntów społecznych. Jest to bunt młodego pokolenia robotników, „beznadziejnego proletariatu”, grupy, która znajduje się w sytuacji ludzi nie mających przed sobą żadnych perspektyw. Dzisiejsi politycy natomiast wywodzą się z kręgów – jakby się wydawało – refleksyjnych, to byli ci, którzy w świadomości sensu buntów stali o wiele wyżej. Gdy wiec podjęli odpowiedzialność kierowania państwem, to niewątpliwie ludzie oczekiwali, iż będą oni pełnić funkcję właśnie wzorotwórczą, że będą ponadto w jakiejś mierze przewodzić temu, co się będzie działo.

Istnieje jeszcze dodatkowy powód, dla którego postawy obywatelskie polityków jako przewodników są niezbędne. Otóż kierunek przemian, który został przyjęty, jest co prawda konieczny z punktu widzenia perspektyw ekonomicznych, nie jest to jednak ten kierunek, którego ludzie chcieli i oczekiwali. Zmiany więc stały się szokiem społecznym. Droga, jaką musimy iść, jest drogą bardzo trudną, przynoszącą koszty codzienne bardzo dotkliwe dla wielu grup. Politycy natomiast to ci, którzy wiedzą dlaczego – mimo wszystkich dolegliwości – droga ta jest niezbędna i dlatego właśnie ich zadaniem jest doprowadzić do tego, aby społeczeń­stwo to zrozumiało i by umiało się do tych ciężkich warunków dostoso­wać, rozwijając przy tym postawy obywatelskie. Można sytuację określić w ten sposób: funkcja polityków jest dziś zbliżona do funkcji lekarzy stosu­jących kurację wobec pacjenta, który może w jakiś sposób współdziałać lub nie współdziałać z lekarzem. A ponieważ kuracja jest dla pacjenta bardzo dotkliwa, może on nie chcieć współdziałać z lekarzem. Otóż właś­nie dlatego, że politycy mają prowadzić społeczeństwo drogą, która będąc drogą dramatyczną jest zarazem drogą ratunku, a także i dlatego, że to politycy właśnie byli tymi, którzy mieli jako pierwsi świadomość obywatel­ską – ludzie traktują ich jako tych, którzy mają być w jakimś sensie prze­wodnikami.

Podsumowując – aktualna sytuacja w Polsce jest taka, że aby społe­czeństwo mogło się stawać obywatelskie, politycy nie mogą być normalny­mi „ludźmi zabawy”, a ponadto zarówno procesy społeczne w przeszłości, jak sytuacja aktualna (dramatyczne procesy transformacji) pozwalają dodatkowo na oczekiwanie od naszych polityków szczególnie wyrazistych postaw obywatelskich. Stoją oni jakby przed wyzwaniem społeczeństwa i historii, wyzwaniem, którego nie podejmują, oddalając tym samym per­spektywę kreacji społeczeństwa obywatelskiego. Innymi słowy zarówno sytuacja w Polsce, jak biografia naszych polityków, są przesłanką dla tezy, iż powinni być oni bardziej obywatelscy niż politycy w demokratycznych krajach ustabilizowanych. Tymczasem nasi politycy, którzy – mimo iż byli opozycją – obciążeni są normalnymi mankamentami społeczeństwa postkomunistycznego, są w mniejszym stopniu obywatelscy niż politycy państw stabilnej demokracji. Następuje u nas klasyczna alienacja warstwy politycznej z towarzyszącą temu nieufnością i niechęcią społeczeństwa. Politycy – „ludzie zabawy”, którzy są zjawiskiem normalnym w społe­czeństwach o innych funkcjach, obyczajach i strukturze, w naszych warun­kach stanowią element społecznej patologii.

Przejdźmy jednak do bardziej konkretnej charakterystyki postaw polity­ków. Na samym początku chcę przypomnieć, że moje refleksje dotyczą w pewnej mierze wszystkich grup politycznych, choć dostrzegam, że w każdej grupie te rysy ogólne przejawiają się inaczej. To znaczy, że gdybyśmy mówili o konkretnych partiach politycznych, to co innego z tego punktu widzenia zarzuciłabym Kongresowi Liberałów, co innego Unii, co innego Porozumie­niu Centrum itd. Ale te cechy, o których powiem, występują u wszystkich, choć różnie się objawiają. O tych cechach polityków piszą dziennikarze, piszą zwykli ludzie w listach do prasy. Cechy te bowiem są tak ewidentnie do­tkliwe społecznie, że i ja, występując z pozycji „człowieka ulicy”, nie mogę powiedzieć nic więcej niż to, co jest wielokrotnie poruszane.

A zatem, pierwszą rzucającą się w oczy cechą polityków jest to, że tworzą oni pewnego rodzaju getto, w którym „politycy” rozmawiają z „politykami”, nie zaś ze społeczeństwem. Sposób rozmowy ze społeczeństwem może być bardzo różny, natomiast u naszych polityków nie do­strzegam żadnych prób tego rodzaju (wyjątkiem – o którym powszechnie się mówi – jest Jacek Kuroń). Jako odbiorca środków masowego przeka­zu odnoszę wrażenie, że wizerunek tam prezentowany przypomina obraz grupy osób, która usiadła do gry w brydża czy do jakiejkolwiek innej gry – i oni się bawią, a my jesteśmy widzami tej zabawy. Kiedy mieszkałam zaraz po wojnie w Białymstoku, był tam wtedy jeden tylko teatr, w zwią­zku z tym krążyły bardzo ciekawe plotki na temat aktorów i wszyscy, łącz­nie z uczennicami, interesowali się, co się dzieje w tym teatrze. Politycy mówią własnym slangiem i w dodatku mówią rzeczywiście o sprawach, które dla ludzi są zupełnie niezrozumiałe.

W Sejmie frekwencja dopisuje wtedy, kiedy się rozstrzygają sprawy, które zaliczyłabym do typu „plotek o teatrze”

Dalej – w swojej walce politycznej – politycy nie zwracają uwagi na tematy, które ludzi naprawdę interesują. Ludzi interesuje teraz na przy­kład stabilizacja ich sytuacji – to jest bardzo ważny element. Pytanie o trwałość czegokolwiek i poczucie zagrożenia zmianami. Co z nami będzie? Jak rozwiążą się nasze sprawy? Oto, co ludzi absorbuje. Nato­miast naprawdę nie absorbuje ludzi przeszłość, do której wciąż nawiązują politycy w swych sporach i dywagacjach. Tymczasem nie słychać zaciek­łych dyskusji na przykład na temat sytuacji młodzieży, nie ma skakania sobie do gardła w kwestii różnych wariantów polityki mieszkaniowej, nie słychać zażartych sporów na temat sytuacji dotyczącej powiedzmy ośrod­ków przemysłowych. Słychać natomiast spory o budżet, których istotą są tylko cięcia finansowe sfery budżetowej. Czyli dochodzi do nas mniej wię­cej to: budżet jest coraz mniejszy, ubożeją grupy najsłabsze, jednocześnie politycy nie zastanawiają się nad jakimikolwiek formami przeobrażeń. Nawet jeśli się zastanawiają, nie jest to widoczne dla społeczeństwa.

Następna sprawa, która też jest ważna, to poczucie odpowiedzialnoś­ci. Ciągle się słyszy, że nie uchwalono czegoś z powodu braku quorum. Już choćby ten przejaw nieodpowiedzialności polityków jest rażącym faktem rzucającym się w oczy. A tych przejawów – społecznie widocznych – jest bardzo wiele. Budzi to krytykę, niechęć i agresję, a ponadto stanowi wzo­rzec negatywny dla całego społeczeństwa, usprawiedliwiając „tumiwisizm” i zniechęcenie. Są oczywiście także politycy odpowiedzialni, ale są to pojedynczy ludzie, nie ma natomiast pozytywnego obrazu zbiorowego, który docierałby do szarego obywatela.

Kiedy politycy wpływaliby pozytywnie na kształtowanie się postaw obywatelskich? Jak powiedziałam, jeżeli byłyby wśród nich dyskusje merytoryczne, mimo że skakaliby sobie do gardła, to w jakimś sensie ludzie przy tej okazji uczyliby się myśleć obywatelsko o sytuacji, w której się znajdują. Oto jest dramatyczna sytuacja, ale szuka się rozwiązania, jest kilka wariantów rozwiązań, politycy spierają się, które z nich jest lepsze – to pobudza do myślenia także nas. Zdarza się to niestety bardzo rzad­ko. W Sejmie frekwencja dopisuje wtedy, kiedy się rozstrzygają sprawy, które zaliczyłabym do typu „plotek o teatrze”.

Szczególnie rażąca jest wreszcie wyniosła arogancja polityków w kon­takcie ze społeczeństwem. Wyraża się to m.in. w – szczególnie dziś nasi­lonym – zachowaniu polityków w relacji z dziennikarzami. Jeśli sądzą oni, że odpowiadając opryskliwie dziennikarzom odpowiadają tylko dziennikarzom, to się mylą. Pytanie dziennikarza do polityka i odpowiedź polityka w telewizji są przecież skierowane do społeczeństwa. Arogancja w rodzaju: „nie odpowiemy”, „nie zaprzeczam ani nie potwierdzam” – jest odczytywana przez ludzi jako właśnie „nie potwierdzam i nie zaprze­czam, czyli nic wam (społeczeństwu) nie powiem”. Mówi się już od cza­sów rządu Mazowieckiego o niedoborze informacji i niedoborze kontaktowania się polityków ze społeczeństwem. Tymczasem – w miarę upływu czasu i przy kolejnych rządach taki typ kontaktu ze społeczeń­stwem u polityków nie tylko się utrzymuje, ale wręcz się nasila. Ludzie widzą aroganckich, zajętych swoją grą, nieodpowiedzialnych polityków, którzy „zwykłych ludzi” lekceważą, zostawiają ich samym sobie. Nic dziw­nego więc, że nie widać tendencji do kształtowania się postaw obywatel­skich, natomiast ludzie żyją starymi odruchami, biernością, anarchicznym buntem lub kombinatorstwem. Oprócz Jacka Kuronia można wskazać nieliczne wzorce zachowań polityków, którzy przyczyniają się do kształto­wania postaw obywatelskich: mam na myśli na przykład senatora Andrze­ja Celińskiego czy byłą minister Henrykę Bochniarz, którzy jeździli w teren, rozpoznawali miejscowe trudności i wspólnie z ludźmi szukali konkretnych środków zaradczych. Tacy politycy są niestety wyjątkami.

Politycy tworzą pewnego rodzaju getto, w którym „politycy” rozmawiają z „politykami”, nie zaś ze społeczeństwem

Wreszcie sprawa ostatnia, o której chcę powiedzieć. Politycy w swych konkretnych posunięciach lekceważą potrzeby ludzi, których zaspokoje­nie jest niezbędne do kształtowania postaw obywatelskich. Podam jaskra­wy przykład. Powiedziałam już, że ogromną aktualną dolegliwością jest dla ludzi niepewność, brak poczucia bezpieczeństwa. Tymczasem stan – choćby względnej – stabilizacji jest warunkiem normalnego funkcjono­wania, a tym bardziej kształtowania się postawy obywatelskiej. Sytuacja transformacji, siłą rzeczy, stwarza poczucie niepewności. Jeśli politycy dbaliby o kondycję społeczeństwa, to powinni w miarę możliwości tę sytu­ację łagodzić, stwarzać elementy życia społecznego względnie stabilne. Tymczasem ich działanie zmierza wręcz do pogłębienia sytuacji niepew­ności u ludzi, przez beztroską kreację często zbytecznych, a ustawicznych zmian. Każda nowa ekipa stara się zatrzymać jak najmniej elementów stworzonych przez poprzednią ekipę. Podam przykład z własnego podwórka, czyli z uniwersytetu. Weszła w życie ustawa o szkolnictwie wyż­szym – czy jesteśmy zadowoleni, czy nie, chcemy funkcjonować i tworzyć na podstawie tego, co jest pewne. Tymczasem mówi się już, że ustawa ta ma być zmieniona. Niczego człowiek nie jest pewien, nawet tego, co sta­nowi o jego bycie osobistym. Jako członek spółdzielni mieszkaniowej mieszkam w mieszkaniu, które wykupiłam – i nie wiem, czy politykom pewnego dnia nie przyjdzie do głowy uznać, że wpłaciłam za małą sumę i aby pozostać właścicielem tego mieszkania muszę dopłacić. Nie wiem, czy reprywatyzacja nie pójdzie w takim kierunku, że uznają kogoś za właściciela gruntu, na którym stoi dom, i w imię tego zaczną nas wysiedlać. Mówię o swoim osobistym doświadczeniu, ale takie właśnie doświadcze­nia są udziałem wielu ludzi. Otóż nawet wtedy, kiedy ci, którzy obejmują władzę lub tworzą ustawy, uważają, że stare ustawy są niedoskonałe, powinni dać ludziom jakiekolwiek poczucie stabilizacji, to znaczy poczucie, że coś, co zostało stworzone, będzie przez jakiś czas trwać, a pewne rzeczy będą trwały stale. Niestety ten rodzaj myślenia jest nieobecny.

Jeżeli chodzi o kontaktowanie się z ludźmi, to oczywiście wygląda to inaczej w ustabilizowanych demokracjach, gdzie są już wypracowane pew­ne zasady kontroli i zasady głosowania, i wtedy polityk dba o wyborców i mówi do wyborców. W Polsce natomiast w tej chwili w pewnym sensie zerwany jest kontakt między klasą polityczną a wyborcami. Dlatego wydaje mi się, że jeśli nawet niektórzy ludzie żyją dziś polityką, to nie inaczej, niż ongiś plotkami z teatru w Białymstoku. Brakuje natomiast poczucia osobistego uczestnictwa.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 8/1992. To autoryzowany zapis wstąpienia na konferencji zorganizowanej przez Instytut Obywatelski w Warsza­wie, 28-29 maja 1992 r.