Trzeba wierzyć, że obietnice, które oferuje Bóg, są prawdziwe, chociaż wydaje się, że nie ma już nadziei. W decydujących momentach mojego życia, także w sprawach związanych z moimi funkcjami publicznymi, wierzyłam, czasami resztkami sił, że jeszcze coś dobrego się wydarzy.

Tekst wygłoszony podczas sympozjum „Wspólna Radość Tory”, organizowanego przez Polską Radę Chrześcijan i Żydów, Laboratorium Więzi oraz Centrum Myśli Jana Pawła II na Papieskim Wydziale Teologicznym „Bobolanum” w Warszawie w 2008 roku. Teksty wystąpień zostały zebrane i wydane w książce „Wspólna Radość Tory”.

To dla mnie duża niespodzianka, że jako prezydent Warszawy znalazłam się w miejscu, w którym wielokrotnie bywałam przy okazji zebrań Ogólnopolskiej Rady Ruchów Katolickich, oraz że będę dzieliła się słowem Bożym w towarzystwie Staszka Krajewskiego, który jest bratem mojej przyjaciółki ze szkoły średniej. W latach osiemdziesiątych, kiedy regularnie wyjeżdżałam na rekolekcje z grupami Odnowy w Duchu Świętym, miałam więcej czasu na tego typu refleksję. Od tamtego okresu jednak dawno nie dzieliłam się słowem Bożym, a dziś robię to bez uprzedniego przygotowania – odwołam się zatem do codzienności. Każdy bowiem odczytuje słowo tak, jak czuje je w danej życiowej sytuacji, natomiast tym, co uderza w sytuacji nas, ludzi XXI wieku, jest to, że na skutek zwiększającego się tempa życia przywiązujemy do codzienności coraz mniejsze znaczenie.

Popatrzmy, ile w tym fragmencie Pisma Świętego jest raczenia się najprostszymi sprawami. Widać, że Bóg nie wymaga od nas niezwykłego uduchowienia, kontemplacji i myślenia o rzeczach wzniosłych. Abraham zaczyna swoją wypowiedź od słów: „Przyniosę trochę wody, wy zaś raczcie obmyć sobie nogi, a potem odpocznijcie pod drzewami” (Rdz 18, 4). Mówi też o sobie: „Ja zaś pójdę wziąć nieco chleba, abyście się pokrzepili, zanim pójdziecie dalej, skoro przechodzicie koło sługi waszego” (Rdz 18, 5). To przecież proza życia – zaczyna się nie od wielkich dyskusji, nie od wielkich dysput, tylko od posilenia się i obmycia. Musimy mieć na to czas, mimo że gonimy od jednej do drugiej czynności, co mogę powiedzieć szczególnie o sobie. Trzeba pamiętać, że codzienność jest bardzo ważna.

Drugą istotną rzeczą jest to, że nic by się nie udało bez kobiety. Moja przedmówczyni słusznie zauważyła, że Sara stała gdzieś z boku i podsłuchiwała. Ale trzeba zauważyć, że cała misja powierzona Abrahamowi, której elementem były narodziny Izaaka, bez kobiety by się nie powiodła. Z jednej strony możemy powiedzieć, że niczego nie możemy uczynić bez Boga. Ale z drugiej – Bóg nie może niczego uczynić bez kobiety… Gdy goście zapytali Abrahama: „Gdzie jest twoja żona, Sara?”, odpowiedział: „W tym oto namiocie” (Rdz 18, 9). Tak jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, do czego jeszcze żona może mu się przydać. Okazało się jednak, że mimo swego wieku to właśnie ona może sprawić, aby ożyła obietnica, w którą Abraham już być może zwątpił. Chociaż skupiamy się tutaj nad tym jednym fragmentem Księgi Rodzaju, to trzeba pamiętać, że w Piśmie Świętym, szczególnie w Torze, jest bardzo wiele kobiet takich jak Estera, Rut i Judyta, bez których nie uratowałby się naród żydowski i bez których wola Boża nie mogłaby się w żaden sposób spełnić.

W życiu Abrahama i Sary okazało się, że Pan Bóg nie zawodzi i że rzeczy, które wydają się niemożliwe, jednak się realizują. Trzeba wierzyć, że obietnice, które On oferuje, są prawdziwe, chociaż wydaje się, że nie ma już nadziei. W decydujących momentach mojego życia, także w sprawach związanych z moimi funkcjami publicznymi, wierzyłam, czasami resztkami sił, że jeszcze coś dobrego się wydarzy. Wiele razy w życiu znalazłam się w sytuacji, w której już miałam przegrać, rzecz miała nie dojść do celu – mówiąc metaforycznie, wydawało się już, że ten talerz musi spaść i się roztłuc, a ja jednak podstawiałam jeszcze rękę i łapałam. To bardzo ważne, aby mieć świadomość, że wszystko da się uratować: człowieka, sytuację, a także, miejmy nadzieję, jakąś misję.

W Piśmie Świętym, szczególnie w Torze, jest bardzo wiele kobiet takich jak Estera, Rut i Judyta, bez których nie uratowałby się naród żydowski i bez których wola Boża nie mogłaby się w żaden sposób spełnić

O swoich własnych siłach człowiek nie jest w stanie przeżyć, ale zawsze jest gdzieś nadzieja, która nagle przychodzi przez innego człowieka. W przypadku Abrahama przyniosło ją trzech zjawiających się w jego domu gości. Wiemy, że to aniołowie, jednak pojawili się oni w postaci ludzkiej. Jednym słowem, trzeba wierzyć, że jakiś człowiek będzie przysłany i uratuje sytuację. W praktyce jednak to bardzo trudne. Łatwo mówić o tym w stosunku do naszego życia przeszłego, kiedy wiemy już, że momenty nadziei i ufności przyniosły efekt. W odniesieniu do przyszłości takiej wiedzy jednak nie mamy. Ważne jest, żeby mimo to ufać i pozostać otwartym.

Problemem Sary był właśnie brak otwartości na wiadomość o tym, że pocznie syna. Uważała to za niemożliwe i w związku z tym podeszła do tej informacji z ogromnym dystansem, a nawet się zaśmiała. Uznała, że Pan Bóg sobie żartuje. Z tekstu Pisma Świętego wynika, że jej śmiech pokrywał przerażenie, ponieważ czytamy: „Wtedy Sara zaparła się, mówiąc: «Wcale się nie śmiałam» – bo ogarnęło ją przerażenie. Ale Pan powiedział: «Nie. Śmiałaś się!»” (Rdz 18, 15). Nie ma sensu się oszukiwać – Pan Bóg wie, czy śmialiśmy się, czy nie, czy stchórzyliśmy, czy też nie. Możemy nadrabiać miną przed ludźmi, ale Bóg wie w każdym momencie, co mieliśmy na myśli. Nie zniechęca się jednak – nie zrezygnował z Sary, mimo że się zaśmiała. Nie powiedział: „Rozmyśliłem się. Skoro tak postępujesz wobec mojej obietnicy i nie traktujesz mnie poważnie, to wycofuję się. Poszukam jakiejś innej Sary, która urodzi Izaaka”. Nic takiego nie miało miejsca. Pan Bóg jest cierpliwy i pełen miłosierdzia. Niech zawsze w trudnych momentach trzyma nas ta nadzieja, której Sara się uczepiła – bo mimo że się zaśmiała, to jednak uwierzyła.