Żydowska tożsamość jest słabsza w porównaniu z tożsamością wcześniejszych pokoleń Żydów – dlatego, że przerwana została tradycja. Dla dialogu to i dobrze, i źle.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 8/2001.

W dyskusji panelowej prowadzonej przez Sławomira Żurka w Warszawie wzięli udział: Helena Datner, przewodnicząca warszawskiej gminy żydowskiej w latach 1999-2000; ks. Romuald Jakub Weksler-Waszkinel z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego; Stanisław Krajewski, współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów; Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny kwartalnika „Więź”.

Helena Datner: Hasłem naszego spotkania jest dabru emet – mówcie prawdę, i to budzi moją nadzieję: możemy i powinniśmy mówić prawdę. Deklarację „Dabru emet”, gdy została ogłoszona jesienią zeszłego roku, wielu z nas przyjęło z wielką radością. Również tekst rabina Novaka wygłoszony na dzisiejszej konferencji wzbudził mój prawdziwy podziw, między innymi dlatego, że jest bardzo uczciwy w oddaniu żydowskich lęków związanych z dialogiem żydowsko-chrześcijańskim. Mówię o tym dlatego, ponieważ punktem wyjścia mojej wypowiedzi chciałabym uczynić stwierdzenie, że żydowska społeczność w Polsce – a sądzę, że reprezentuję tu jakąś jej część – teraz, w marcu, kwietniu i maju 2001 roku, martwi się.

Tematem naszego panelu jest przyszłość dialogu w Polsce, a więc w bardzo konkretnym miejscu. Można powiedzieć, że ludzie mojego pokolenia, którzy żydowską społeczność w Polsce w tej chwili w pewnej części tworzą, są w sposób naturalny usposobieni dialogowo. Oszczędzone bowiem było nam – pokoleniu urodzonemu już po wojnie – doświadczenie Holokaustu. Jesteśmy małą grupą, zanurzoną w morzu polskości, a to znaczy również – w chrześcijaństwie. Dlatego zapewne łatwiej jest nam myśleć o chrześcijaństwie jako o religii, której nie musimy się bać, niż członkom innych żydowskich społeczności – tych dużych, skupionych, trwałych, których tradycja nie została przerwana. Nam jest łatwiej, bo my naturalnie niejako znamy chrześcijaństwo.

Można też powiedzieć, że nasza postawa dialogowa wynika stąd (mówię tu o pokoleniu swoim i swoich dzieci) że nasza żydowska tożsamość jest słabsza w porównaniu z tożsamością pokolenia naszych rodziców – właśnie dlatego, że przerwana została tradycja. Dla dialogu to i dobrze, i źle. Dobrze, ponieważ słabo przekazano nam elementy żydowskiej tradycji wraz z obciążeniami, które ta tradycja niosła. Źle, ponieważ chrześcijanie z pewnością chcieliby mieć w nas dojrzałych, mądrych i pełnych wiedzy partnerów, a tak nie zawsze jest.

Deklaracja „Dabru emet” przyniosła nam uporządkowanie myśli, była zapisem czegoś, co dla wielu z nas było absolutnie naturalne. Cieszyliśmy się, że oto nie tylko my – jakaś część polskich Żydów młodszych pokoleń – nie boimy się chrześcijaństwa. Cały tekst rabina Novaka opiera się jednak na założeniu, wyrażanym w wielu miejscach, że sytuacja polityczna uległa radykalnej zmianie. Żydzi są niejako zobligowani odpowiedzieć na ową zmienioną sytuację: nic nam już nie przeszkadza w dialogu teologicznym, ponieważ załatwione zostały podstawowe problemy w stosunkach żydowsko-chrześcijańskich. Antysemityzm jest pod kontrolą, albo go nie ma, chrześcijanie wykonują wobec Żydów gesty wielkiej przyjaźni i zrozumienia. Nie odpowiedzieć na takie wyzwanie byłoby moralną nieodpowiedzialnością, mówi rabin Novak, i wypada się z nim całkowicie zgodzić. Czy jednak również w Polsce dokonała się ta radykalna zmiana sytuacji i czy warunki religijnego dialogu chrześcijańsko-żydowskiego są u nas istotnie spełnione?

Niestety, nie mogę powiedzieć – a jest to dla mnie doświadczenie nowe w ciągu mojego 50-letniego życia w tym kraju – że obecna sytuacja w Polsce, cały kontekst społeczny, sprzyja dialogowi. Żeby bowiem móc mówić o sprawach ducha i religii, musimy mieć podstawowe poczucie bezpieczeństwa kulturowego, musimy rzeczywiście móc przyznać, że sytuacja uległa radykalnej zmianie. Wydarzenia ostatnich miesięcy rozświetliły jakoś scenę kulturową i społeczną i to, co niektórzy z nas ujrzeli, budzi mój, i nie tylko mój, daleko idący niepokój. Obecnie pytać powinniśmy – a to pytanie wydawało mi się kiedyś pytaniem dziecinnym, pytaniem z repertuaru politycznego, który odszedł już do przeszłości – czy zrobiliśmy wszystko, żeby to, co się stało w 1939 roku i później, nie mogło się już nigdy powtórzyć. Ja tego pytania nie lubiłam; jak wiemy, było ono używane przez komunistów głównie do tego, żeby oskarżać niemieckich rewizjonistów i by wyciągać z tego polityczne korzyści. I oto nagle to pytanie wróciło do mnie oraz do wielu z nas w całej swojej jaskrawości; owo dziecinnie proste pytanie.

Datner: nie ma innej drogi poza dialogiem. Nie ma innej drogi niż wzajemne zrozumienie i empatia

Wydaje się, że niestety, w dyskusji, która ostatnio się w Polsce toczy – mimo bardzo pięknych głosów, które rzeczywiście głęboko przewartościowują przeszłość – nie brak niestety głosów nienawiści, które posługują się tą samą retoryką, jaką posługiwali się antysemici w roku 1939. Wystarczy przejrzeć prasę polską sprzed roku 1939 i wystarczy przejrzeć wydawane dzisiaj gazetki (one wcale nie są nieliczne!), a nawet niektóre gazety, żeby stwierdzić, że dyskurs dialogu nienawistnego się nie zmienił, nie zmieniła się jego motywacja, nie zmienił się jego kształt.

Budzi też głęboki niepokój fakt, że pytamy się nawzajem: czy przeprosicie? Muszę powiedzieć, że to pytanie w pewnym sensie nie jest dla mnie ważne; znacznie ważniejsze jest dla mnie pytanie, które mało kto zadaje – czy zrobiliśmy wszystko, albo czy zrobiliśmy dużo, aby nienawiść się nie powtórzyła? Czy przynajmniej myślimy o tym, co trzeba zrobić na płaszczyźnie społecznej i politycznej, żeby to, co się wydarzyło, nie mogło się już powtórzyć? Wydaje mi się – a jestem socjologiem i trochę wiem o tym społeczeństwie – że zrobiliśmy bardzo niewiele. Sytuacja w pewnym sensie się powtarza, i to budzi mój głęboki pesymizm.

Jest to dla mnie w pewnym sensie dramat, ponieważ uważam, że nie ma innej drogi poza dialogiem (rozumiem go zresztą szerzej, nie tylko jako dialog teologiczny, ale jako równie niezbędny dialog społeczny i dialog między narodami). Nie ma innej drogi niż wzajemne zrozumienie i empatia. 

My – Żydzi w Polsce – uważaliśmy, że będąc zanurzonymi w morzu polskości, możemy być cierpliwymi translatorami z jednej strony polskich resentymentów i obaw, a z drugiej strony żydowskich resentymentów i obaw. I to była sytuacja, można powiedzieć, poznawczo uprzywilejowana, w związku z czym empatia przychodziła nam niezwykle łatwo, jakby spontanicznie. To, co odczuwa społeczeństwo polskie, nie tylko nie było nam obce, ale było wręcz nasze. Tymczasem w tej chwili coraz trudniej jest nam przywoływać ową empatię, i jest to sytuacja niedobra.

Ks. Romuald Jakub Weksler-Waszkinel: Co dalej z dialogiem chrześcijańsko-żydowskim w Polsce? Odpowiedź na to pytanie ma dwa wyraźne aspekty, albowiem dialog chrześcijańsko-żydowski w Polsce to oczywiście wzajemny dialog chrześcijan z Żydami czy Żydów z chrześcijanami, ale wydaje mi się, że musi go poprzedzić rozmowa samych chrześcijan między sobą o Żydach i judaizmie. To jest troszeczkę tak, jak powiedział prof. David Novak w swoim referacie: gdy zapraszasz z wizytą swoich sąsiadów, to najpierw uprzątnij, uporządkuj swój własny dom. Otóż chciałbym co nieco o tych dwóch aspektach dialogu powiedzieć.

Gdy chodzi o pierwszy aspekt, to wyrazem takiego dialogu na poziomie oficjalnym są na przykład obchodzone w polskim Kościele od paru lat Dni Judaizmu. Ten oficjalny dialog katolicko-żydowski przypomina mi jednak czasem dawną przyjaźń polsko-radziecką – tak bardzo jest sztywny i oficjalny, a oddalony od odczuć prostych ludzi. Są oczywiście dwie, trzy wybrane diecezje, gdzie wszystko się pięknie odbywa, ale nie przekłada się to wcale na życie duszpasterskie. Nie wiem, czy jest w Polsce parafia, która by taki Dzień Judaizmu obchodziła, bo zasadniczo te obchody odbywają się na poziomie bardzo oficjalnym, poziomie diecezji. W diecezji lubelskiej są one na dosyć dobrym poziomie, sam w nich uczestniczyłem wielokrotnie i mam jak najlepszą opinię na temat takich spotkań.

Można chyba mówić o grupie osób żywo zainteresowanych dialogiem chrześcijańsko-żydowskim w Polsce. Również na poziomie akademickim można mówić o takim dialogu – są katedry, które jakoś nawiązują do tych spraw, w Uniwersytecie Kard. Stefana Wyszyńskiego, na Papieskiej Akademii Teologicznej, i na innych uczelniach. Zaprasza się rabinów i przedstawicieli judaizmu, którzy wygłaszają referaty. Co dalej z tak rozumianym dialogiem? Należałoby sobie życzyć, aby poszedł on w lud. Marzy mi się to, co istnieje na gruncie francuskim, gdzie w parafiach powstają kręgi biblijne, w których na ogół uczestniczy ktoś z gminy żydowskiej. Zdarza się i tak, że chrześcijanie regularnie uczestniczą w spotkaniach gminy żydowskiej, albo przychodzą na jakieś zajęcia prowadzone przez rabina. Tym właśnie sposobem realizowane jest to, czego żąda soborowa deklaracja “Nostra aetate”, mówiąc o przyjacielskich spotkaniach chrześcijańsko-żydowskich, o dyskusjach, o przyjaźni. O ile wiem, w Polsce przy parafiach nie ma jeszcze takich grup – ze względu na nieliczne gminy wyznaniowe żydowskie bardzo trudno jest u nas o to, co z łatwością realizuje się we Francji.

Jeśli chodzi o drugi aspekt dialogu chrześcijańsko-żydowskiego, czyli rozmowę samych chrześcijan o Żydach i judaizmie, to sądzę, że podstawą powinno tu być po prostu nauczanie przez Kościół doktryny posoborowej. Jaka jest świadomość chrześcijan pod tym względem? Muszę powiedzieć, że od czasu do czasu mają u nas miejsce takie wydarzenia, które mnie niepokoją okrutnie (ja przecież swymi rodzinnymi korzeniami, miłością do ojca i matki, jestem po stronie żydowskiej): najpierw żwirowisko, a teraz Jedwabne. Te wydarzenia pokazują, co z oficjalnego nauczania Kościoła dociera do świadomości wiernych, czy i jak ją zmienia. Gdy śledząc ostatnie spory wokół Jedwabnego, w prasie, która nazywa siebie katolicką, czytam na przykład o judeolatrii czy o biznesie holokaustu, to doprawdy nie wiem, gdzie jestem, i nie wiem, co mam robić.

Wydaje mi się, że wiem, gdzie między innymi trzeba szukać przyczyny takiego stanu rzeczy. Oficjalnie mamy zbiór dokumentów Kościoła pouczających o żydowskich korzeniach chrześcijaństwa, o tym, że wspólne z Żydami dziedzictwo jest znakiem tożsamości Kościoła. Nie wolno więc nauczać, że Żydzi są przeklęci, odrzuceni przez Boga. Takie jest oficjalne nauczanie Kościoła, ale co z tego? Otwieram najbardziej popularne wydanie Biblii, Biblię Tysiąclecia, i znajduję tam śródtytuł „Odrzucenie Żydów”, a w przypisie objaśniającym przypowieść o nieurodzajnym drzewie figowym czytam, że jest ono symbolem bezpłodnego Izraela. Przepraszam, ale czy półtora miliona wymordowanych dzieci żydowskich, w tym mój rodzony brat – może dlatego tak mnie to boli! – to jest bezpłodny Izrael? Jeśli tak, to nie wiem, co się może zdarzyć jutro. Doprawdy nie można posługując się tekstem biblijnym, głosić nauki, której Kościół nie powinien nauczać. Mówcie prawdę! Mówmy więc prawdę – uprzątnijmy nasz własny dom.

Sprawa nie kończy się na Biblii – jest jeszcze brewiarz, który otrzymuje każdy kapłan czy siostra zakonna do codziennej modlitwy, a w nim są czytania patrystyczne. I cóż z tego, że oficjalne nauczanie Kościoła mówi, iż nie wolno oskarżać Żydów o zamordowanie Jezusa Chrystusa; cóż z tego, że zarzut bogobójstwa jest w oficjalnym nauczaniu odrzucony, skoro ja w Wielki Piątek czytam w brewiarzu, że Żydzi Go zabili, a ja jako chrześcijanin zebrałem owoce. I pytam siebie, jak ja – który nazywam siebie „Żydem od Jezusa” – mam się modlić tym brewiarzem? Muszę powiedzieć, że tu jest coś niedobrego, tutaj ktoś nie chce posprzątać.

Weksler-Waszkinel: Otwieram najbardziej popularne wydanie Biblii, Biblię Tysiąclecia, i znajduję tam śródtytuł „Odrzucenie Żydów”, a w przypisie objaśniającym przypowieść o nieurodzajnym drzewie figowym czytam, że jest ono symbolem bezpłodnego Izraela

Sprawa się nie kończy na brewiarzu, bo mamy jeszcze mszał, w którym w oficjalnej modlitwie z Wielkiego Piątku jest modlitwa za Żydów, w której czytamy: módlmy się za (w oryginale łacińskim) populus prioris aquisitionis, czyli lud pierwszego wybrania, lud, który na początku został wybrany. Ale cóż z tego, skoro w mszale polskim od początku jest napisane: „naród niegdyś wybrany”? Niegdyś wybrany, czyli Kościół go zastąpił. Co dalej w takim razie z dialogiem? Co dalej z odpowiedzialnością w nauczaniu? Jeżeli chcemy iść do przyjaciół z wizytą, uprzątnijmy wprzódy nasz własny dom.

Co trzeba w takim razie robić? Trzeba rozpocząć od seminariów duchownych, konieczna jest reforma studiów teologicznych, konieczne jest ustosunkowanie się do trzech podstawowych błędów teologicznych, jakimi są bogobójstwo, teoria odrzucenia i teoria zastępstwa. Trzeba wreszcie do normalnego studium teologicznego wprowadzić chrześcijańską teologię judaizmu. Od tego trzeba w ogóle wyjść. Jeżeli dokumenty Kościoła mówią, że chrześcijaństwo rodzi się w judaizmie, to kleryk nie może zaczynać studiów teologicznych od apologetyki, tylko powinien rozpocząć od chrześcijańskiej teologii judaizmu. To mu pomoże zrozumieć, o czym dzisiaj usłyszeliśmy w referacie rabina Greenberga, dlaczego judaizm nie przyjmuje i nie może przyjąć Jezusa takiego, jakiego przyjmuje chrześcijaństwo. I wówczas można przejść do chrystologii, dotykać całej tajemnicy życia, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, czyli znaku miłości, krzyczącej miłości Boga do człowieka.

Uważam, że potrzebne są chrystologia i soteriologia, które odrzucą straszliwy błąd teorii bogobójstwa. I wreszcie teologia zastępstwa powinna być zastąpiona nową eklezjologią, w której istotne będą słowa: „pamiętaj, że nie ty podtrzymujesz korzeń, ale korzeń ciebie”. Tak bym pokrótce widział drogę w kierunku posprzątania własnego domu.

Stanisław Krajewski: Źródłem satysfakcji dla nas wszystkich w Polsce – a przynajmniej dla tych spośród nas, którym na dialogu chrześcijańsko-żydowskim zależy – może być fakt, że polskie tłumaczenie deklaracji „Dabru emet” ukazało się tak szybko, jeszcze w tym samym miesiącu co oryginał. Warto też zwrócić uwagę, że choć deklaracja istnieje w innych językach, to w żadnym innym kraju nie była rozpowszechniana w tak szeroki sposób, jak w Polsce, gdzie została w całości opublikowana w najbardziej poczytnej gazecie.

Sytuacja ta z jednej strony budzi uzasadnioną dumę z polskiej sytuacji (niezależnie od tych wszystkich jej elementów, które budzą smutek, o których mówili moi poprzednicy), z drugiej zaś strony budzi też pewną refleksję. Dlaczego właściwie zainteresowanie deklaracją „Dabru emet” w świecie nie jest tak duże, jak należałoby oczekiwać? Wydaje mi się, że do pewnego stopnia jest to kwestia nastawienia redaktorów działów religijnych w wielkich europejskich pismach i mediach. Poza tym zapewne we Francji czy w Niemczech w gazetach wchodzi w grę pewnego rodzaju rywalizacja, postawa „nie będą nam Amerykanie mówić, co mamy myśleć”. Mam nadzieję, że nie będzie to przeszkadzało w rozpowszechnianiu się tej deklaracji, a przede wszystkim myśli w niej zawartej.

Zastanawiam się, czy istnieje polska specyfika dialogu chrześcijańsko-żydowskiego, która byłaby tłem recepcji deklaracji „Dabru emet”? Wydaje się, że tak. Po pierwsze, wciąż chyba silne jest poczucie, że prawdziwy Polak to katolik. Oczywiście to utożsamienie nie jest już wyrażane wprost w sposób tak szeroki, jak powiedzmy w latach trzydziestych, ale jest niewątpliwie obecne w tle, w sposobie myślenia wielu ludzi, i w różnych momentach dochodzi do głosu. Drugim elementem polskiej specyfiki jest to, że w naszym kraju ciągle jeszcze dosyć słaba jest sekularyzacja. Aczkolwiek mocno bije się pod tym względem na alarm, to kościoły wciąż są pełne, seminaria duchowne nie narzekają na brak kandydatów. Gdyby to się łączyło z jakimś większym zamiłowaniem do myślenia teologicznego, mogłoby to być pozytywnym elementem dla dialogu religijnego chrześcijan i Żydów.

Tradycyjnie jednak w Polsce myślenie teologiczne wśród zwyczajnych katolików jest dość słabe i może tym należy wytłumaczyć fakt, że chociaż większość polskich Żydów pokolenia powojennego, żyjąc pośród katolików czy chrześcijan, wie sporo o Kościele, to jednak ich wiedza teologiczna o chrześcijaństwie nie jest zbyt głęboka. Brak wiedzy polskich Żydów na temat katolicyzmu jest w dużej mierze odbiciem niewiedzy samych katolików. Może również dlatego podejmowanie tak fundamentalnych teologicznych problemów, jak to czyni „Dabru emet”, nie jest w Polsce rzeczą prostą.

Kolejnym elementem polskiej specyfiki jest, moim zdaniem, ciążenie historii. Zwłaszcza historia XX wieku, a szczególnie historia ostatniego sześćdziesięciolecia, od 1939 roku, to dziedzictwo, które pojawia się za każdym razem, gdy dochodzi do kontaktów na płaszczyźnie chrześcijańsko-żydowskiej. Pamiętam, że już wiele lat temu, gdy się zaczynało mówić o teologii, to zawsze po chwili ktoś zaczynał mówić o Żydach w UB. W Polsce jedno z drugim jest bardzo przeplecione.

Krajewski: Jedyną właściwą formą odnoszenia się do ofiar Holokaustu jest w moim przekonaniu modlitwa

W związku z tym pojawia się pytanie, na ile to wszystko – dziedzictwo Zagłady i okoliczności późniejszego stosunku czy braku stosunku do Zagłady – jest istotne dla dyskusji, którą proponuje „Dabru emet”. Otóż w moim przekonaniu nie jest to bezpośrednio tak ważne. W Polsce raczej dominuje poczucie, że wszyscy cierpieli, może Żydzi troszkę bardziej, bo byli pierwsi w kolejce, ale zasadniczo wszyscy cierpieli tak samo. W takiej atmosferze ten formujący świadomość wpływ Zagłady znika zupełnie z pola widzenia. Pośrednio jest to bardzo ważne, ale bezpośrednio jednak nie. Nawet w ostatniej debacie o Jedwabnem te elementy historyczne są rzeczą ważną, ale chyba tylko pośrednio.

Jedyną właściwą formą odnoszenia się do ofiar Holokaustu jest w moim przekonaniu modlitwa. Wszystkie inne formy odnoszenia się do tych ludzi, którzy zginęli tragicznie, budzą we mnie wątpliwości. Boję się przemówień na ten temat, nawet wygłaszanych w dobrej woli, z dużą inteligencją i zrozumieniem sprawy. Oczywiście jest też zasadnicze pytanie, które w tak głęboki sposób postawił rabin Greenberg, a mianowicie, jak moja tradycja religijna wpłynęła na te wydarzenia i na stosunek do nich w trakcie i potem. Wreszcie sprawa, która w zasadzie ma charakter moralny, ale jest jakoś bliska religii, a mianowicie, jak to wyrazić, gdy się czuje skruchę.

Przy okazji chciałbym powiedzieć parę słów o obecnych dyskusjach w Polsce, które zdominowały myślenie o sprawach polsko-żydowskich, to znaczy: przepraszacie – nie przepraszacie, przeprosimy – nie przeprosimy. W moim mniemaniu oczekiwanie od kogokolwiek przepraszania jest nie tylko niedobre, ale niemalże absurdalne. Nie sądzę, żeby ktokolwiek poważny oczekiwał, by ktoś inny przepraszał. Nigdy nie słyszałem, żeby jacyś Żydzi domagali się przeprosin. Problem polega na tym, aby każdy, kto uważa, że jakaś sprawa, w tym przypadku masakra w Jedwabnem, jest istotnie ważna, znalazł odpowiednie dla siebie słowa dla jej wyrażenia. Jeśli ktoś uważa, że tymi słowami jest „przepraszam”, to trzeba to przyjąć z wielkim uznaniem, ale jeśli ktoś uważa, że potrzebne mu są zupełnie inne słowa, to bardzo dobrze. Wszystko zależy od tego, czy się poważnie potraktuje wyzwanie moralne, które wyłania się z tej tragedii. Nie myślę, żeby ktokolwiek oczekiwał przeprosin, natomiast trzeba – jak myślę – oczekiwać poważnego podejścia do sprawy. To oznacza zdanie sobie sprawy z charakteru zbrodni w Jedwabnem i w sąsiednich miejscowościach: sąsiedzi wymordowali sąsiadów, zabrali ich dobytek i zajęli ich domy. A potem sprawa nie istniała w dyskursie publicznym. Prywatnie wszyscy o tym wiedzieli i mówili, publicznie – w szkole, w Kościele – to było całkowite tabu. Już samo to jest winą ludzi stamtąd, też tych młodych. Jest też winą moją i nas wszystkich.

Wizja Kościoła i chrześcijaństwa jako partnerów dialogu, zarysowana w „Dabru emet”, o której mówili rabin Novak i rabin Greenberg, to coś, co jest w Polsce równie ważne, jak gdziekolwiek indziej na świecie. Myślę, że im bardziej będziemy się posuwali w wiek XXI, tym bardziej będziemy mieli za sobą debatę, która prowadzi do jakiegoś pogodzenia się z tragiczną przeszłością. W ten sposób historia, również ta najtragiczniejsza, przestanie stopniowo być najważniejszym i podstawowym materiałem dialogu, a staną się nim sprawy fundamentalne: wspólne świadectwo, wspólna misja, pytanie, na ile przymierze może być rozumiane jako obejmujące na różne sposoby zarówno Żydów, jak i Kościół, itd. Myślę też, że im bardziej my, jako Polska, będziemy w Europie, tym bardziej też będziemy te problemy podejmować tak jak inne narody europejskie.

Zbigniew Nosowski: Nie chciałbym, aby po tym panelu pozostało wrażenie, że goście zza oceanu zgodnie zapowiadają, iż przyszłość należy do teologicznego dialogu religijnego, a w Polsce jest tak fatalnie. Pierwsze dwa głosy skoncentrowały się bowiem na tym, co jest złe. Oczywiście, Helena Datner ma rację, powtarzając tezę rabina Novaka, że do poważnego dialogu religijnego potrzebny jest spokój społeczno-polityczny, a w tej dziedzinie mamy rzeczywiście jeszcze wiele problemów. Nie jest jednak fatalnie, choć fatalne jest to, że te niedobre rzeczy, o których moi przedmówcy mówili, wciąż występują.

Jest bowiem i dobrze, i źle. Kilka przykładów. Decyzja o wprowadzeniu Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce zapadła przed czterema z górą laty na posiedzeniu Konferencji Episkopatu jednomyślnie. Jest dobrze, bo nie było wówczas żadnego głosu sprzeciwu, ale jest i niedobrze, bo ilu biskupów postanowiło w swoich diecezjach tę decyzję realizować? Tylko niewielu przejęło się tym, co sami postanowili.

Jest dobrze, bo polscy biskupi katoliccy już kilkakrotnie powiedzieli bardzo wiele bardzo ważnych rzeczy dla dialogu katolicko-żydowskiego (przypominałem te wypowiedzi w kwietniowej „Więzi”), ale jest i niedobrze, bo w swoich indywidualnych wystąpieniach niektórzy z nich tym wypowiedziom zaprzeczają. Pokażę to na jednym przykładzie: ostatnio pojawiło się w ustach niektórych księży biskupów określenie „Polacy wyznania mojżeszowego”, gdy była mowa o Żydach w UB. Oczywiste jest, że sugerowanie, iż Żydzi-staliniści byli Żydami wierzącymi, jest absurdalne. Oni byli ateistami; z judaizmem łączyło ich tyle samo, co ich towarzyszy – polskich stalinistów – z katolicyzmem, w którym pewnie większość z nich wzrastała w domach rodzinnych.. Po co zatem, pragnąc pogłębiania dialogu religijnego, posługiwać się dzisiaj tym określeniem w takim kontekście? Podaję to jako przykład zapominania o tym, co się już kiedyś samemu powiedziało, dlatego że w oficjalnej wypowiedzi całego Episkopatu sprzed ponad 10 lat, w liście pasterskim z okazji 25. rocznicy deklaracji „Nostra aetate”, można na ten właśnie temat przeczytać następujące zdanie: „Źródłem inspiracji ich działania [ich, tzn. ludzi pochodzenia żydowskiego w rządach komunistycznych] nie było zapewne ani ich pochodzenie, ani też religia, ale ideologia komunistyczna, od której sami Żydzi zresztą zaznali wielu niesprawiedliwości”. Właściwie nic dodać, nic ująć, choć niektórzy dodają jeszcze, że Żydzi ateiści prześladowali Żydów wierzących z o wiele większą pasją niż staliniści innego pochodzenia.

Potrzebne jest zatem, aby język oficjalnych dokumentów polskiego Episkopatu o Żydach i judaizmie stał się codziennym językiem wszystkich biskupów, którzy formalnie są współautorami tych dokumentów. Aby mogło urzeczywistnić się to, czego tak bardzo pragniemy – by duch papieskich wypowiedzi na ten temat panował „na dole”, a nie tylko „na samej górze” Kościoła – niezbędne jest, aby panował on także na pośrednich szczeblach kościelnej hierarchii; zwłaszcza, aby indywidualni biskupi nie wypowiadali się w sposób sprzeczny ze stanowiskiem całej Konferencji Episkopatu, której są członkami.

Jest zatem i dobrze, i niedobrze, bo ja na przykład w tym roku w Wielki Piątek modliłem się za „lud, który jako pierwszy był narodem wybranym”. Było to na warszawskim Służewiu, w kościele ojców dominikanów. Poprawiono tam przekład mszału, czego zasadniczo robić nie można, ale skoro jest błąd, to dominikanie uznali, że należy go poprawić. Z tego powodu się cieszę, a od Sławomira Żurka wiem, że podobnie było u lubelskich jezuitów. Zarazem ma jednak rację ks. Weksler-Waszkinel, że niedobrze jest, gdy w innych kościołach katolicy wciąż modlą się za „lud, który niegdyś był narodem wybranym”, i to należałoby zmienić.

Nosowski: Potrzebne jest, aby język oficjalnych dokumentów polskiego Episkopatu o Żydach i judaizmie stał się codziennym językiem wszystkich biskupów

Ksiądz Romuald słusznie mówi też o Biblii, ale i tu też co nieco już się udało. Gdy w 1988 roku przeprowadzałem wywiad z biskupem Henrykiem Muszyńskim, ówczesnym przewodniczącym Komisji Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem, pytałem m.in. o kwestię, która mnie wówczas poruszyła – że w Liście do Rzymian, we fragmencie, który ma fundamentalne znaczenie dla chrześcijańskiej teologii judaizmu, widniał śródtytuł dodany przez redaktorów: „Izrael ponosi winę za swe odrzucenie”, całkowicie sprzeczny z soborowym stwierdzeniem, że „nie należy przedstawiać Żydów jako odrzuconych ani jako przeklętych przez Boga”. Bp Muszyński zapowiedział wówczas, że trzeba to zmienić i zaproponował nowe sformułowanie. Jego działanie wobec redakcji Biblii Tysiąclecia było skuteczne, w następnych wydaniach ten fragment został zmieniony. Z drugiej strony, jak do tej pory bezskuteczne okazały się – zapewne nie ze złej woli, lecz z powodu swoistej inercji – działania ks. Wekslera-Waszkinela, dotyczące potrzeby innych redakcyjnych korekt w Biblii Tysiąclecia.

Jest niedobrze, że ksiądz Jankowski robi w Gdańsku prowokacyjny grób Pański, o którym słyszy cała Polska; ale jest dobrze, że ksiądz Lemański robi w Otwocku inny grób –taki, w którym Jezus leży pod spalonymi deskami, a pod monstrancją znajduje się kartka z napisem: „Wybaczcie”.

Skoro jest zatem i dobrze, i źle – to myślę, że zadaniem dla nas jest wspieranie tego, co dobre. Ks. Michał Czajkowski powiedział w swoim wystąpieniu, że dobru trzeba pomagać, a zadaniem ludzi, którzy chcą je wspierać, jest wydobywanie tego dobra, które jest ukryte w różnych miejscach. A ukryte są rzeczy często bardzo piękne i dobre. Do niedawna nie wiedziałem, że w gronie 108 męczenników, którzy w 1999 roku byli beatyfikowani przez Jana Pawła II (wspominał ich dzisiaj minister Bartoszewski, bo w tym gronie był ks. Roman Archutowski, dyrektor jego przedwojennego gimnazjum), byli ludzie, którzy okazywali pomoc Żydom. A teraz wiem, że za ratowanie dzieci żydowskich zostały rozstrzelane s. Ewa Noiszewska i s. Marta Wołowska, niepokalanki ze Słonimia; ks. Józef Pawłowski, rektor seminarium z Kielc, ratował Żydów, ryzykując swoim życiem, wyrok za to wykonano na nim w obozie w Dachau; s. Klemensa Staszewska została aresztowana za pomoc żydowskim dziewczynom i skazana na zagładę w obozie w Oświęcimiu; s. Julia Rodzińska oddała życie, by nieść posługę miłości kobietom żydowskim umierającym na tyfus w obozie zagłady w Stutthofie.

Tak niewielu słyszało, że beatyfikowany kapłan diecezji łomżyńskiej, ks. Michał Piaszczyński, był przed wojną promotorem dialogu religijnego właśnie na tamtym terenie – jako prorektor seminarium łomżyńskiego zapraszał rabinów do seminarium na dyskusje teologiczne, a pytany przez swoich księży współbraci, zdziwionych, dlaczego tak czyni, odpowiadał – już wtedy, w początkach lat trzydziestych! – że przecież Żydzi są naszymi starszymi braćmi w wierze. Tenże ks. Piaszczyński zmarł z głodu i chorób w obozie w Sachsenhausen. A gdy Żydom odebrano tam dzienną porcję chleba, on – sam głodny – podzielił się swoją porcją z żydowskim współwięźniem, adwokatem z Warszawy o nazwisku Kott. Gdy ten przyjmował ofiarowany przez księdza chleb, powiedział: „Wy katolicy wierzycie, że w waszych kościołach pod postacią chleba jest Chrystus, a ja wierzę, że w tym chlebie jest żywy Chrystus, który kazał ci podzielić się ze mną”.

Diecezja łomżyńska, ta sama, na której terenie zdarzyły się mordy, o których teraz dyskutuje cała Polska, ma zatem na swoim terenie nie tylko miejsca tych zbiorowych mordów, lecz także piękny wzór do naśladowania – chrześcijanina, który już wtedy, o wiele wcześniej, zanim papież-Polak zachęcił nas do używania sformułowania „starsi bracia w wierze”, po prostu widział w bliźnim-Żydzie brata.

Czego potrzeba na przyszłość? Powiem już tylko hasłowo o zadaniach katolików, pozostawiając na kiedy indziej dyskusję o zadaniach strony żydowskiej. Nie chcę myśleć o Kościele tylko hierarchicznie, więc pojmując go bardzo szeroko, powiem, że potrzeba tu zarówno inicjatyw odgórnych, jak i oddolnych. Myślę przede wszystkim o czterech sferach działania, które powinny być dla polskich katolików swego rodzaju realizacją postanowienia poprawy w ramach kontynuacji jubileuszowego rachunku sumienia w odniesieniu do Żydów i judaizmu. Po pierwsze: utrwalenie pamięci o polskich Żydach; po drugie: opłakanie tych, którzy odeszli; po trzecie: bliski, braterski stosunek do tych nielicznych, którzy pozostali; i po czwarte: wsparcie udzielane tym, którzy przyczyniają się obecnie do odrodzenia żydowskiego życia religijnego w Polsce.

Helena Datner: Unosi się tutaj nad nami pytanie, czy wzmacniać dobro. Odpowiedź większości byłaby: tak, wzmacniać dobro, a nie walczyć ze złem. Taki jest duch dialogu i ja myślę, że jest to głęboko trafna i dobra perspektywa, zwłaszcza że psychologowie mówią, że lepiej jest wzmacniać dobre uczynki, niż karać złe. Niemniej wydaje się, że w wymiarze społecznym może to czasem nie wystarczać. Zwracam też uwagę, że zła nie ma, jest tylko moralny problem złych uczynków. Problem polega na tym – to właściwie banał – że tak naprawdę nie wiadomo, co to znaczy walka ze złem, także z tym złem, o którym mówimy. Z tym pytaniem pozostaję.

Ks. Romuald Jakub Weksler-Waszkinel: Pan Nosowski wskazał piękne przykłady postaci, które ratowały i pomagały Żydom. Czy zatem można powiedzieć, że właściwie wszystko było dobrze, tylko wojna popsuła stosunki? Niestety nie, wojna była apogeum czegoś, co zaczęło się psuć wcześniej. Trzy podstawowe błędy antyjudaizmu, o których mówiłem, były „zapalnikiem w bombie antysemityzmu”. Holokaust nie pojawił się nagle, to nie był grom z jasnego nieba, to było apogeum pewnego procesu. Nawet tak piękna postać jak Zofia Kossak-Szczucka, którą przywołał w swoim referacie prof. Władysław Bartoszewski, pisała w swojej słynnej ulotce, wzywającej do pomocy Żydom, że pozostaną oni naszymi wrogami.

Sobór Watykański II zmienił tutaj postawę katolicką. Jeżeli nie dostrzeżemy tej doktrynalnej przemiany, jaka się dokonała na Soborze, to nie zrozumiemy tego, co się stało. Wedle nauki Soboru Żyd przestał być wrogiem. Wcześniej trwanie Izraela czy judaizmu traktowano jako argument apologetyczny na rzecz prawdziwości chrześcijaństwa. Św. Augustyn pisał, że oni są argumentem naszej prawdziwości i własnej hańby, własnej niewierności. Sobór Watykański II to zmienił – religia żydowska nie jest już sprawą zewnętrzną, ale czymś wewnętrznym, „jesteście naszymi umiłowanymi braćmi”. To jest zmiana radykalna, której nie uchwycimy, pokazując tylko dobre przypadki z przeszłości.

Pamiętajmy, że Edyta Stein, przyjmując chrzest, musiała słyszeć słowa okropne, powinna była mieć wstręt do żydowskiej perfidii. „Wypluj hebrajski przesąd” – ona musiała to słyszeć podczas chrztu. Miała się wyprzeć własnej matki, a przecież ją kochała. Później nie miała wątpliwości jako katolicka zakonnica, że jej matka jest zbawiona, będąc wierna judaizmowi, ale czyniła to niejako wbrew Kościołowi!

Weksler-Waszkinel: Sobór Watykański II zmienił tutaj postawę katolicką wobec Żydów. religia żydowska nie jest już sprawą zewnętrzną, ale czymś wewnętrznym, „jesteście naszymi umiłowanymi braćmi”.

To było tragiczne, i w tym sensie radykalna zmiana, jaką wnosi Sobór Watykański II, zmienia wszystko. Dlatego też chciałbym, by moje teksty święte – Pismo Święte, brewiarz, mszał, z którego się modlę codziennie – były zgodne z tym wielkim „seminarium Ducha Świętego”, jak nazwał Sobór Jan Paweł II. Żeby nie było sprzeczności między językiem Soborem a językiem ksiąg modlitewnych Kościoła.

Stanisław Krajewski: Odnosząc się do przeszłości, nawet w bardzo głęboki sposób, musimy pamiętać, że ważne jest to, jaki to ma wpływ na teraźniejszość i przyszłość. W związku z tym chcę wspomnieć o czymś, o czym się właśnie dowiedziałem, że w kościele Wszystkich Świętych, gdzie ma się odbyć specjalne nabożeństwo pokutne Episkopatu Polski, w podziemiach znajduje się księgarnia, w której sprzedawane są antysemickie książki. Uważam, że nie można oddzielić jednej rzeczy od drugiej i dlatego daję to pod rozwagę wszystkim obecnym. Chciałbym też bardzo podziękować księdzu Lemańskiemu za jego dekorację w otwockim kościele. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, co Ksiądz dokonał i o czym mówi.

Zbigniew Nosowski: Wysłuchaliśmy dzisiaj bardzo pięknych i głębokich referatów teologicznych. Oczywiście, nie mogliśmy nad nimi odbyć równie głębokiej dyskusji, bo nie w takim trybie dyskutuje się nad teologicznymi tekstami. Ale pokazuje to jednak, że nadzieja jest uzasadniona – skoro na początku stulecia wieku w Warszawie mówi się o tym, że wiek XXI będzie dla dialogu chrześcijańsko-żydowskiego epoką dialogu teologicznego, to ufajmy, że po publikacji tekstów, po ich dokładnej lekturze, po innych wystąpieniach naszych żydowskich referentów w Polsce, teologiczna dyskusja będzie się mogła dalej toczyć.

I jeszcze raz chciałbym nawiązać do kwestii propagowania dobra, a zarazem do antyżydowskich książek sprzedawanych w podziemiach kościoła Wszystkich Świętych, o czym nie wiedziałem. Przeczytam fragment listu, jaki dostałem niedawno od obecnej tu skromnej kobiety, siostry Violetty Reder ze Zgromadzenia Sióstr św. Królowej Jadwigi (jadwiżanki), która pracuje w Instytucie Ekumenii i Dialogu Papieskiej Akademii Teologicznej. Po lekturze tekstu rabina Novaka w majowej „Więzi” siostra Violetta napisała mi: „Jestem pod silnym wrażeniem tego fragmentu. Podobnie wpływa na mnie lektura «Dabru emet». Czuje się w nich inspirację Boga, jakąś nadprzyrodzoną mądrość. Byłoby dobrze, aby tego typu literatura była propagowana równie skutecznie, a nawet bardziej aniżeli międzykontynentalne spory związane z grzechem antysemityzmu. Proszę mi wierzyć, że zawsze noszę przy sobie kilka kopii «Dabru emet», na wszelki wypadek, są często potrzebne, zawsze się trafi jakiś niedoinformowany Żyd albo chrześcijanin”.

Myślę o tym, że ci, którzy propagują literaturę antyżydowską, czynią to, niestety, z bardzo głębokim przekonaniem i zapewne noszą ją przy sobie. Może i my wszyscy – za przykładem siostry Violetty i Stanisława Krajewskiego (bo on, jak słyszę, czyni podobnie) – nośmy przy sobie kilka kopii „Dabru emet”? A nuż trafi się jakiś niedoinformowany Żyd albo chrześcijanin… Przypuszczam, że często się będzie trafiał.

Publikowana powyżej dyskusja odbyła się w maju 2001 r. w Warszawie. Jej zapis ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 8/2001. Oto, co jej uczestnicy napisali w lipcu tego roku, już po uroczystościach 60. rocznicy zbrodni w Jedwabnem

Helena Datner: Co po Jedwabnem? Jedwabne ostro postawiło przede mną pytanie o możliwości politycznego oddziaływania na zło. Naprawdę nigdy nie rozumiałam, dlaczego jasne widzenie zbrodni oznaczać ma deprecjację całego narodu, wszystkich jego członków? To jakiś problem filozoficzny, problem kwantyfikatorów, języka, którego używamy.

Osamotnienie prezydenta Polski, który mówi prawdę. Mieszkańcy Jedwabnego oddzieleni sznurem od gości, przybyłych na uroczystość. To symbol klęski politycznej pedagogiki. Ostatnie miesiące w Jedwabnem musiały być niezłym piekłem. Przyjeżdżali jedni i mówili, że trzeba bronić honoru Polski przed zakusami tych, którzy mówią o zbrodni. Przyjeżdżali inni, którzy mówili, że interes Polski wymaga zmiany napisu na pomniku. Wielu ludzi naprawdę chciało pomóc mieszkańcom Jedwabnego, ale słyszeli, i słusznie, że w tak gorącej atmosferze każdy gest traktowany być musi jako gest polityczny, jako opowiedzenie się po którejś ze stron. Pat. Jak z niego wyjść? Nie wiem.

Ks. Romuald Jakub Weksler-Waszkinel: Debata, jaka rozwinęła się wokół mordu dokonanego w Jedwabnem, jest dla mnie szczególnie bolesna. Żyję, ponieważ uratowali mnie wspaniali polscy rodzice. A wspomniana debata jest bolesna nie dlatego, że ujawnia straszliwą prawdę o niektórych Polakach – moja wspaniała polska Matka ukrywała moje pochodzenie przed innymi polskimi matkami, ponieważ bała się donosu. Debata wokół zbrodni w Jedwabnem jest dla mnie bolesna dlatego, ponieważ ujawniła pokłady nienawiści do Żydów wciąż drzemiące w tak wielu ludzkich sercach. Z tego straszliwego faktu nie zdawałem sobie sprawy.

Przed Kościołem katolickim w Polsce olbrzymie pole pracy. W każdym razie, z najgłębszym wstydem stwierdzam, że 10 lipca br. jedwabieński proboszcz był w tym samym miejscu, co jego poprzednik przed 60 laty.

Stanisław Krajewski: Uważam, że prezydent Kwaśniewski wygłosił w Jedwabnem wspaniałe przemówienie. Czuło się, że mówi szczerze. Stanął na wysokości zadania, czego niestety nie można powiedzieć o innych przedstawicielach najważniejszych polskich instytucji. Pewien etap został jednak zamknięty, choć przed nami następne etapy nie mniej trudne. Wagę gestu prędzej czy później docenią obecni mieszkańcy Jedwabnego innych miejscowości o podobnej przeszłości. Jestem bardzo zadowolony, że prezydent publicznie uhonorował panią Wyrzykowską i pana Ramotowskiego. My zrobiliśmy to przedtem w synagodze. Ci ludzie potrafili zachować się bohatersko. Bohatersko, bo wbrew dominującej atmosferze. Gdy zostaną uznani powszechnie za ludzi, którzy uratowali honor Polaków, a nie za wyrzutki, sprawa Jedwabnego dobiegnie końca. By tak się stało, potrzebna jest dalsza aktywność nas wszystkich.

Zbigniew Nosowski: Ostatnie dwa miesiące niewątpliwie upłynęły w cieniu Jedwabnego, ale przecież miały też miejsce w tym czasie inne ważne wydarzenia, niosące wiele nadziei dla dialogu chrześcijańsko-żydowskiego w Polsce.

Serię znakomitych wykładów wygłosili w Polsce goście majowego sympozjum organizowanego przez „Więź” oraz Polską Radę Chrześcijan i Żydów. Z kronikarskiego obowiązku odnotuję, że rabin Irving Greenberg gościł z wykładami w Krakowie – w Centrum Kultury Żydowskiej oraz w Instytucie Ekumenii i Dialogu PAT. Rabin David Novak na zaproszenie „Więzi” spędził w Polsce tydzień. Wygłosił on wykłady na trzech uniwersytetach (KUL, UKSW, UW), w jezuickiej szkole wyższej Ignatianum” w Krakowie, w dwóch seminariach duchownych (Łowicz, Gniezno), spotkał się z Prymasem Polski, kard. Józefem Glempem, z abp. Józefem Życińskim i bp. Stanisławem Gądeckim.

Imponujący był poziom tych wykładów. Polscy słuchacze (w przeważającej większości katolicy) mogli w maju 2001 r. obcować z żydowską teologią najwyższej klasy. W naszym kraju głoszono idee, które są przełomowe w myśli żydowskiej (zwłaszcza spojrzenie na chrześcijaństwo Irvinga Greenberga, wpływowego rabina ortodoksyjnego i przewodniczącego Rady waszyngtońskiego Muzeum Holokaustu). Poprzednio tej rangi teologiczne wydarzenie miało miejsce w roku 1992, gdy z wykładami w Polsce gościł rabin Byron Sherwin.

W drugiej połowie maja tego roku odbył się również pierwszy międzyreligijny Marsz Pamięci i Nadziei, organizowany z inicjatywy twórców Marszu Żywych. Wzięło w nim udział ok. 500 studentów z całego świata (nawet z Chin), którzy mieli okazję poznać zarówno miejsca zagłady, jak i spotkać się z wybitnymi postaciami współczesnego polskiego życia publicznego, jak min. Władysław Bartoszewski czy abp Józef Życiński oraz uczestniczyć w seminariach na UJ. Uczestnicy Marszu odwiedzili także Jasną Górę. Niestety, izraelscy organizatorzy – pomimo wysiłków ze strony polskich organizacji katolickich – nie doprowadzili do spotkania z warszawską wspólnotą żydowską.

Nosowski: Skoro jest i dobrze, i źle – to myślę, że zadaniem dla nas jest wspieranie tego, co dobre

Również w maju rozpoczął się na terenie archidiecezji lubelskiej cykl nabożeństw upamiętniających żydowskich mieszkańców tych miejscowości, gdzie były ich znaczne skupiska. Ta inicjatywa abp. Życińskiego może być wzorem dla wielu lokalnych środowisk katolickich, odczuwających potrzebę wyrażenia i utrwalenia pamięci o swych dawnych sąsiadach – starszych braciach w wierze.

Niewątpliwie jednak w tym czasie najbardziej uwagę przykuwało wszystko, co działo się wokół zbrodni w Jedwabnem. Dla dialogu katolicko-żydowskiego — na tyle, na ile można go oddzielić od spraw polsko-żydowskich — płyną z tych ostatnich miesięcy liczne nauki, zarówno pozytywne, jak i przestrogi.

Zaczynając od pozytywów, trzeba wymienić historyczne nabożeństwo pokutne Episkopatu Polski z 27 maja (obszernie komentowałem je w poprzednim numerze Więzi”) oraz duchowy wymiar rocznicowych uroczystości w Jedwabnem, który najpełniej wyrażała postawa rabina Jacoba Bakera. Ten święty człowiek zachwycał swą pogodą ducha, przyjaznym nastawieniem do Polski i Polaków, a zwłaszcza olbrzymim pragnieniem, by ze zła wynikło dobro.

Niestety, te dwa wydarzenia pozostały osobne, nie stały się jednością. Chociaż 10 lipca po południu rzecznik Konferencji Episkopatu Polski słusznie stwierdził, że „podobnie jak nabożeństwo Episkopatu w maju, tak i obecne rocznicowe uroczystości w Jedwabnem wytyczają kierunek dalszej współpracy między katolikami i Żydami” – to nieobecność przedstawicieli Episkopatu podczas jedwabińskiej modlitwy była rażąca. A przecież przedtem wielu biskupom tak bardzo brakowało żydowskiej obecności w kościele Wszystkich Świętych Obawa przed polityczną manipulacją niewiele tu wyjaśnia – wszak przebieg ceremonii oraz treść przewidywanych wystąpień można było wcześniej dyskretnie poznać oraz odpowiednio na nie wpłynąć.

Nieobecność katolickich biskupów w Jedwabnem 10 lipca zaburza czyste przesłanie majowej modlitwy w kościele Wszystkich Świętych. Skoro bowiem Episkopat Polski wyrażał skruchę za współudział Polaków w zbrodni, dlaczego żaden z księży biskupów nie mógł odmówić psalmów nad grobem ofiar w rocznicę ich śmierci? Skoro 27 maja czytano Ewangelię o miłosiernym Samarytaninie, dlaczego polskim Samarytanom z Jedwabnego nie podziękowali publicznie katoliccy hierarchowie (uczynili to natomiast polscy Żydzi oraz prezydent Kwaśniewski)? Na te proste pytania nie ma dobrych odpowiedzi

Ostatnie miesiące to dla mnie również trudne borykanie się z faktem, że zarówno wśród polskich katolików, jak i Żydów w świecie istnieją (obawiam się, że nieusuwalnie) ekstremiści. Nie brak, niestety, polskich środowisk katolickich, które pomimo stanowiska Episkopatu twierdzą, że sprawa Jedwabnego to żydowski spisek, w którym chodzi o pieniądze. Nie brak też środowisk żydowskich, które żywią się stereotypowym obrazem Polski jako kraju jednoznacznie i nieuleczalnie antysemickiego. Ich zdaniem, w takim kraju nie ma warunków na odrodzenie życia żydowskiego. Z tym ostatnim poglądem, niestety, zgadzają się nierzadko również Żydzi dalecy od ekstremizmu, otwarci na Polskę i jakoś nam życzliwi. Nie sposób się zgodzić z takimi opiniami, ale chyba trzeba się pogodzić, że ich wyznawcy istnieją. Pogodzić się, oznacza w tym przypadku cierpliwie tłumaczyć, wyjaśniać, informować, polemizować; oraz mieć świadomość, że ekstremiści są zainteresowani podsycaniem napięć, zatem wysiłki na rzecz dialogu będą z ich strony napotykać na twardy opór.

Podczas majowego sympozjum rabin Novak podkreślał, że spokój społeczno-polityczny jest warunkiem dialogu religijnego między wyznawcami chrześcijaństwa i judaizmu. W Polsce dialog religijny wciąż raczkuje. Choć wydarzyło się w tej dziedzinie już tak wiele dobra, to właściwie wciąż w wielu sprawach trzeba zaczynać od nowa — bo wciąż pojawiają się nowe problemy w wymiarze społecznym.

Z takiej diagnozy jasno wynikają zadania. Polscy katolicy powinni nauczyć się, że tylko jednoznaczne reakcje na wszelkie przejawy nienawiści wobec Żydów pozwolą na spokojne prowadzenie poważnego dialogu religijnego (w którego ramach będzie można przyjaźnie rozmawiać także o własnych bólach, lękach, pretensjach i żalach). Polscy Żydzi natomiast powinni – zgodnie ze słowami Heleny Datner – nadal cierpliwie i śmiało pełnić rolę tłumaczy” racji żydowskich wobec katolików i racji katolickich wobec innych Żydów. To oni mogą być wobec światowych środowisk żydowskich najbardziej wiarygodnymi świadkami prawdziwego obrazu Polski, wolnego od stereotypów.

Wobec dysproporcji wyznaniowych w Polsce bardzo ważne jest wreszcie, by polskie gminy żydowskie mogły rozwijać swe życie religijne, by kolejne pokolenia polskich Żydów docierały do duchowych korzeni swej wiary; tak aby – nawet gdyby nadal nieliczni byli wśród nich rodzimi partnerzy do dialogu teologicznego – byli ochoczy partnerzy do dialogu ludzi wierzących, do wspólnej modlitwy. Rozwój wspólnot żydowskich w Polsce powinien leżeć na sercu zarówno Żydom na świecie, jak i polskim chrześcijanom.