Przy kolejnych ripostach na mój ostatni tekst coraz wyraźniej widziałem, że polemiści nie reagują na to, co naprawdę napisałem.

Odczekałem trochę, bo potrójna publikacja mojego tekstu do ateistów (na blogu, w internetowej „Więzi” i w papierowej „Wyborczej”) wzbudziła zbyt duże emocje. Także moje (mam na myśli odczucia, które zaczęły mi towarzyszyć w trzeciej dobie czytania komentarzy). Uczciwie mówiąc, reakcje zniechęcają mnie do polemiki; nie przypominam sobie swojego tekstu, który by spowodował tak ogromne nieporozumienie. Ale tym bardziej nie mogę tego tak zostawić.

Przyznaję: zgrzeszyłem pychą. Zdawało mi się, że po blisko 30 latach uprawiania publicystyki, w tym po czternastu latach zamieszczania w „Więzi” felietonów i esejów, mogę uznać, że mniej więcej wiadomo, kim jestem jako autor „Przyjaciołom ateistom (ostatnio dość irytującym)”. I w związku z tym, że moje poglądy na temat Kościoła w Polsce są czytelne, albo przynajmniej łatwe do zrekonstruowania. Myliłem się; nie jestem Magdaleną Środą, Stanisławem Tymem ani nawet Szczepanem Twardochem. C’est la vie.

Z drugiej strony – przy kolejnych ripostach na mój tekst coraz wyraźniej widziałem, że polemiści reagują nie tyle na to, co ja naprawdę napisałem, ale na to, co sobie dośpiewali, sięgając po znaną sobie melodię (której nie zamierzałem podjąć). Z obydwu tych powodów (moje zuchwałe przekonanie, że dla polemistów nie będę anonimowy, i wyraźne kłopoty polemistów z czytaniem ze zrozumieniem) pozwolę sobie wyłożyć moje stanowisko w punktach. A zatem:

1. Nie jestem obrońcą pedofilów w sutannach; nie jestem również zwolennikiem państwa wyznaniowego, nieprzejrzystych form finansowania Kościoła, dyskryminacji niewierzących, zmuszania dzieci do nauki religii itd. Dwuznaczną strategię hierarchów, którzy deklarują jedno, a przyzwalają na co innego, przyjmuję ze zgorszeniem. Pisałem o tym np. na łamach „Więzi” w numerze 3/2018; ostrą krytykę obecnej atmosfery polskiego katolicyzmu mogą też Państwo znaleźć na moim blogu, np. w tekście z okazji ubiegłorocznej Wielkanocy.

2. Flirt polskiego Kościoła – bądźmy precyzyjni: znacznej części Episkopatu i trudnej do oszacowania, ale prawdopodobnie ogromnej części duchownych w Polsce – z paleoprawicą, która u nas rządzi, budzi mój protest. Gniew na to, jak w obecnym konflikcie politycznym zachowuje się polska część Kościóła (instytucja, która powinna służyć mojej, także mojej wspólnocie religijnej), spowodował, że przed dwoma laty przestałem chodzić na coniedzielną mszę. Katolik, jeśli ma pozostawać katolikiem, nie może podjąć decyzji, drastyczniej wyrażającej jego protest. Pisałem o tym na łamach „Więzi” (!) w numerze 1/2018, zdziwiony zresztą, że redakcja mi to drukuje, ponieważ katolik jawnie łamiący 3 przykazanie Dekalogu to jednak kuriozum.

3. Pisałem również na blogu (i to niejednokrotnie), że moim zdaniem niestety konkordat nie zdał egzaminu i należy go renegocjować lub zerwać, ponieważ przez minione ćwierć wieku był on konsekwentnie interpretowany w praktyce rozszerzająco i wpływ Kościoła na instytucje państwa był większy, niż to jest do zaakceptowania dla liberalnego demokraty, nawet jeśli jest katolikiem. Pisałem i mówiłem publicznie, że religię należy wyprowadzić ze szkół z powrotem do parafialnych sal katechetycznych, zresztą – nie ukrywam – bardziej nawet dla dobra religii, niż państwa, ponieważ nauczanie religii w szkołach w tej postaci, jaką znamy, prowadzi według mnie do dechrystianizacji Polski.

4. To wszystko nie oznacza oczywiście, że moim marzeniem jest zniknięcie chrześcijaństwa (jako wiary), Kościoła (jako instytucji), czy kultury inspirowanej chrześcijaństwem. Należy dokończyć w Polsce (i na świecie) długi i trudny proces utarcia się nowego modus vivendi między tymi trzema wymiarami religii a demokracją. O ile demokracja przetrwa, bo, jak wiadomo, jest niestety w kryzysie bodaj niewiele płytszym, niż instytucja Kościoła.

5. To wszystko nie oznacza również, że moim zdaniem wolno sobie pozwalać na atakowanie WSZYSTKICH TRZECH WYMIARÓW religii bez zwracania uwagi na to, po jak drastyczne środki stylistyczne się sięga.Właśnie o tym był mój tekst.Granicą wydaje mi się humanistyczny, ponadwyznaniowy szacunek dla poglądów drugiego człowieka.

6. Zdaję sobie sprawę, że tę granicę moi współwyznawcy nieraz przekraczali. Nie jestem ślepy ani głuchy, i widzę, że hierarchowie polskiego Kościoła w ogromnym procencie ulegli pokusie, jaką postawiły przed nimi partie prawicowe: stworzenia w XXI wieku anachronicznej i niezgodnej z Ewangelią konstrukcji spajającej ideologię skrajnej prawicy i katolicyzmu. Takie konstrukcje zdarzały się już w historii i zawsze źle się kończyły zarówno dla Kościoła, jak i dla państwa (wystarczy pomyśleć o Hiszpanii generała Franco, albo o argentyńskiej juncie z końca lat 70. XX wieku). Wobec tej ideologicznej agresji niewierzący mogą przyjąć jedną z dwóch strategii: albo pokazywać, że są mądrzejsi, i konsekwentnie budować język porozumienia ludzi o rozmaitych poglądach, zbliżający nas do ideału społeczeństwa, w którym umiemy się różnić, albo „odpłacać pięknym za nadobne” i współtworzyć klimat obopólnej agresji.

7. Ta agresja, wbrew nonsensom, którymi zalali internet moi polemiści, oczywiście wzbiera po OBU stronach. Należąc do ludzi, którzy są katolikami, ale nie podoba im się polityczne oblicze polskiego katolicyzmu, milczałem przez wiele miesięcy, jeśli nie lat, widząc przejawy zacietrzewienia także po stronie ateistów. Uważałem, że sposób, w jaki są traktowani, jeśli nie usprawiedliwia, to przynajmniej wyjaśnia to, co im się zdarza napisać. Krytykowałem przez ten czas jedynie tę stronę, która jest niby „moja”. Starałem się tłumaczyć, jakie mechanizmy utrudniają nam, katolikom, zobaczenie prawdziwego oblicza niewiary, którą duszpasterze sprowadzają nieraz, bo tak najłatwiej, do efektów pychy, intelektualnego lenistwa albo tego, że nie kochali ateistów odpowiednio mamusia z tatusiem. (Tej kwestii poświęconych jest np. pierwszych 50 stron mojej książki „Co Bóg zrobił szympansom?”). Ale w końcu uznałem, że także od ateistów wolno czegoś wymagać, że to upokarzające traktować ich, w końcu dorosłych ludzi, jak dzieci, które w nerwach widocznie nie słyszą, co mówią.

8. Swój tekst zadedykowałem „przyjaciołom ateistom” nie tyle z myślą o moich realnych bliskich, z których część nie wierzy, część wierzy, i dla naszej przyjaźni nie ma to znaczenia – ale ze świadomością, że piszę tekst ostry, a przecież w większości kwestii doczesnych (!) jestem po ich stronie. Reakcja na niego sprawiła, że teraz już niestety nie jestem tego pewien.

Należąc do ludzi, którzy są katolikami, ale nie podoba im się polityczne oblicze polskiego katolicyzmu, milczałem przez wiele miesięcy, jeśli nie lat, widząc przejawy zacietrzewienia także po stronie ateistów

9. Tylko jedna ilustracja źródeł mojej rozterki: Jacek Dehnel, którego spotkałem parę razy w życiu i były to spotkania sympatyczne, i którego prozę cenię, już po przetoczeniu się głównej fali polemik napisał tekst, w którym raz jeszcze wrócił do oburzającego faktu, że Benedykt XVI mówiąc o źródłach ateizmu wskazał ludzką pychę. Mówiąc nawiasem, wywodzenie niewiary od prometejskiej pychy nie Jacka Dehnela, ale homo sapiens, nie wydaje mi się ani odkrywcze, ani przekraczające granice dozwolonej debaty intelektualnej, bo przecież nie chodzi o to, żebyśmy udawali, że się we wszystkim zgadzamy (z tego samego powodu napisałem ostro o Dawkinsie; dzbanuszek pochodzi od Russella, oczywiście, ale i u Dawkinsa się pojawia). Ale to mniej ważne; ważniejsze jest to, że tego samego dnia ten sam Jacek Dehnel napisał inny fejsbukowy post, w którym oświadczył, że deklaracja „będę się za ciebie modlił” jest takim samym naruszeniem granic prywatności, jak deklaracja „będę się na twój temat masturbował”. I w gruncie rzeczy ja w znacznym stopniu rozumiem, o co mu chodzi: deklaracja „będę się za ciebie modlił”, jakkolwiek może płynąć (i nieraz płynie) z życzliwości, miewa często charakter resentymentalnej zagrywki, która przy pozorach serdeczności jest formą przemocy symbolicznej, ustawia niewierzącego na pozycji dziecka specjalnej troski (nie modlitwa, ale informowanie o niej!). Tylko że porównanie modlitwy do masturbacji jest symbolicznym gwałtem na wrażliwości drugiego człowieka, jeśli ów modli się naprawdę. I jest, nazywając rzeczy po imieniu (bardzo Cię, Jacku przepraszam, ale nie ma na to innego słowa), chamstwem. Od wrażliwego artysty wolno mi oczekiwać, że się od chamstwa powstrzyma. Nawet jeśli jest bardzo źle traktowany przez wielu (większość?) ludzi wierzących. Bo inaczej przestaje być odróżnialny od swoich agresorów.

10. Moje relacje ze wspólnotą wierzących i instytucją, w obrębie której ta wspólnota funkcjonuje, są skomplikowane, intymne i nie będę tu o nich pisał. Ale gorzko mnie rozśmieszyła pretensja, którą mniej lub bardziej wyraźnie znalazłem także w tych nielicznych polemikach, starających się nie przypisywać mi poglądów, których nie głoszę. Ta pretensja do „otwartych katolików” brzmi: nie jesteście ateistami. No, rzeczywiście nie jestem ateistą. Ponieważ wspólnie kontestujemy obecne, nacjonalkatolickie władze naszego państwa, byłoby miło, żebym mógł być pewien, że kiedy wreszcie PiS zostanie obalony, nie okaże się, że w dalszym ciągu jestem obywatelem drugiego sortu: dziś jako liberał, jutro jako katolik. Reakcje na mój tekst niezbyt mnie w tej kwestii pokrzepiły.

Tekst ukazał się 9 stycznia na blogu Jerzego Sosnowskiego.