Jako chrześcijanin wierzę, że 10 lipca 1941 roku Jezus był pośród tych, którzy płonęli w stodole w Jedwabnem. Nie był z tymi, którzy dokonywali tego okrucieństwa, nawet jeśli zdecydowana większość z nich nosiła imię chrześcijan.

„Módlmy się, aby – pamiętając o cierpieniach,  jakich zaznał Izrael w ciągu dziejów – chrześcijanie umieli uznać grzechy, popełnione przez wielu z nich przeciwko ludowi przymierza i błogosławieństw, a przez to zdołali oczyścić swoje serca” (kard. Edward Cassidy, podczas liturgicznego wyznania win i prośby o przebaczenie pod przewodnictwem Jana Pawła II, w bazylice  św. Piotra, 12 marca 2000 r.)

Wokół trwa spór: Czy przepraszać? Dlaczego? Po co? Kto ma prawo przepraszać? Kogo należałoby przepraszać? Jak przepraszać? Kiedy, gdzie? Jest coś budującego w tej dyskusji, ale i zarazem coś przerażającego.

Bóg się upomniał

Cieszyć może fakt, że o sprawach moralnych, a nawet duchowych wreszcie dyskutuje się publicznie, i to zasadniczo na wysokim poziomie. Okazuje się na przykład, że o potrzebie duchowego wymiaru przeprosin mówią – jak sądzę, szczerze – przedstawiciele formacji politycznej odległej od Kościoła. Może to dziwić w aspekcie politycznym (zwłaszcza gdy się pamięta o kłopotach tych samych osób z przeprosinami za poważne winy dużo im bliższe historycznie i biograficznie); nie może dziwić – w duchowym. Bo również człowiek niewierzący, chcąc uczciwie i poważnie rozmawiać o potrzebie skruchy, pokuty, pojednania – musi odnosić się do takich kategorii jak powinność, sumienie, powołanie człowieka, a zatem co najmniej pośrednio nawiązuje również do Najwyższego Autorytetu, do Stwórcy sumień, do Źródła Miłości, przeciwko której wówczas tak obficie grzeszono.

Być może Bóg upomina się tu o Jego pogwałcone prawa i o należne Mu miejsce w moralnej refleksji Polaków. W tamtych mrocznych czasach chodziło przecież również o Niego – byli ci, co nosili bluźniercze napisy „Gott mit uns” na klamrach wojskowych pasów; byli również ci, którzy głosili uzurpatorskie: „boga niet!”. Diabeł – jak pisze Jan Tomasz Gross – krążył wówczas po świecie, 10 lipca 1941 r. trafił do Jedwabnego. Już wcześniej pomieszał ludzkie języki, a tego dnia wyzwolił w ludziach okrutną nienawiść – zupełną odwrotność przykazania, jakie mieszkańcy Jedwabnego powtarzali w katolickim kościele i żydowskiej synagodze. Zamiast „Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego” zapanowało szatańskie „Będziesz mordował bliźniego swego”.

Gdyby pokuta za udział Polaków w zbrodniach przeciwko Żydom miała stać się tylko socjotechnicznym przedsięwzięciem z dziedziny public relations, to lepiej, żeby jej nie było

Bóg, w którego wierzę, jest solidarny z cierpiącymi, z ofiarami, z prześladowanymi. Jako chrześcijanin wierzę, że 10 lipca 1941 roku Jezus był pośród tych, którzy płonęli w stodole. Wiem, że nie był z tymi, którzy dokonywali tego okrucieństwa, nawet jeśli zdecydowana większość z nich nosiła imię chrześcijan. Śladów Boga należało wówczas szukać w zgliszczach stodoły – wstrząsająco pokazał to ks. Wojciech Lemański w tegorocznej dekoracji Grobu Pańskiego w otwockim kościele.

Co zrobić dzisiaj? „Dla Polaków ważniejsze od tego, co o tej tragedii będą mówić w USA, powinno być to, co Polacy powiedzą Bogu i jaki będą mieli stosunek do Jedwabnego” – mówił rabin Michael Schudrich w pamiętnym wywiadzie dla KAI[1]. Bo niewątpliwie ważny jest polityczny wymiar aktu przeprosin – jego znaczenie międzynarodowe, wpływ na wizerunek Polski i Polaków. Ale gdyby pokuta za udział Polaków w zbrodniach przeciwko Żydom miała stać się tylko socjotechnicznym przedsięwzięciem z dziedziny public relations, to lepiej, żeby jej nie było. Nie chodzi tu bowiem o wypowiedzenie słowa „przepraszam”, lecz o skruchę, o nawrócenie, a następnie – mówiąc językiem sakramentu pokuty – o postanowienie poprawy i zadośćuczynienie.

Odpowiedzialność za zbiorowość

W roku 2000 Kościół katolicki przeprowadził gruntowny rachunek sumienia za kończące się tysiąclecie. W niczym on wspólnocie Kościoła nie zaszkodził, wręcz przeciwnie – dopomógł w oczyszczeniu, zrodził nowe nadzieje.

Również naród – jako specyficzna wspólnota duchowa – może oczyszczać swoją pamięć, uznając, że jego członkowie niekiedy poważnie zawinili wobec innych narodów. Nie chodzi tu bynajmniej o stosowanie zasady zbiorowej winy czy zbiorowej odpowiedzialności za zbrodnie. Rzecz jasna, nie istnieje zbiorowa wina czy zbiorowa odpowiedzialność, jest natomiast – jak trafnie rozróżnił Czesław Bielecki – poczucie odpowiedzialności za zbiorowość, którą współtworzymy.

W imię tej odpowiedzialności – również za prawdę o tamtych czasach i za przyszłość – niezbędne wydaje się wyrażenie skruchy w sposób publiczny i uroczysty. Stajemy – jako naród polski i społeczność polskich katolików – wobec problemu, który w mniejszej skali jasno wyłożył burmistrz Jedwabnego Krzysztof Godlewski: „czy my, jako społeczeństwo Jedwabnego, przyjmujemy dziedzictwo tych trzydziestu? Czy odcinamy się od niego?”[2].

Spalenie sąsiadów w stodole to nie incydent, nie przejaw działania grupy przestępczej, nie napad na bank – to okrutny zbiorowy mord. Zbiorowa skrucha rodaków i współwyznawców jest w tym przypadku najwłaściwszą odpowiedzią.

Przyznanie, że byli wśród nas mordercy, nie anuluje heroizmu i szlachetności innych naszych rodaków

Niechęć wielu ludzi wobec przyjęcia do wiadomości faktu, iż polskimi rękami dokonana została tak okrutna zbrodnia, bierze się zapewne z obawy, że tym samym runąłby w gruzy tradycyjny wizerunek narodu polskiego. Jest to, jak sądzę, obawa bezpodstawna. Nic bowiem nie zmieni faktów męczeństwa i bohaterstwa Polaków, nic nie unieważni poniesionych ofiar. Przyznanie, że byli wśród nas mordercy, zdolni do zbiorowego palenia w stodole swych najbliższych sąsiadów innej narodowości i innej religii, nie anuluje heroizmu i szlachetności innych, o wiele bardziej licznych, naszych rodaków.

To właśnie brnąc w spory, krętactwa, wypominając poniesione krzywdy i oczekując natychmiastowej wzajemności w przeprosinach – pokazalibyśmy naszą małość. Nie ukrywając faktów, nie usprawiedliwiając morderców, przyjmując trudną prawdę, uderzając się w piersi bez wypominania win innym – pokażemy (przede wszystkim samym sobie!), że jesteśmy narodem prawdziwie godnym szacunku. Można się tylko cieszyć, że tę drugą postawę dobrze wyraża dominujący ton polskiej publicystyki.

Program minimum

Kategorią podstawową na dziś wydaje się zatem skrucha płynąca ze wstydu, że nasi rodacy i współwyznawcy byli wśród tych, którzy mordowali w tak okrutny sposób. „Jeśli nie możemy przywrócić martwych do życia, to najlepszym sposobem uczczenia ich męczeństwa i pamięci jest okazanie skruchy. Tak jak uczynił to papież podczas wizyty w Izraelu” – mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” pochodzący z Jedwabnego rabin Jacob Baker[3]. W podobnym duchu wypowiedział się abp Henryk Muszyński w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego”: „Zbrodnia w Jedwabnem – jak zresztą każda inna zbrodnia – dzieli ludzi. Nikt nie jest zdolny wrócić życia niewinnie pomordowanym, ale moralny akt skruchy zbliża i może stanowić decydujący moment na drodze do pojednania”[4].

Postawa skruchy rodzi się w naturalny niejako sposób w sumieniach wrażliwych moralnie ludzi, zapoznających się z tymi tragicznymi wydarzeniami. W duchu skruchy wypowiadają się zresztą nawet niektórzy przeciwnicy publicznego przepraszania — ci, którzy tak bardzo obawiają się, że akt przeprosin może stać się tylko pustym grzecznościowym gestem i swoistym alibi, wymówką zwalniającą nas z dalszej refleksji na ten temat. Postawa skruchy może więc łączyć zwolenników i przeciwników aktu przeprosin.

Spalenie sąsiadów w stodole to nie incydent, nie przejaw działania grupy przestępczej, nie napad na bank – to okrutny zbiorowy mord. Zbiorowa skrucha rodaków i współwyznawców jest w tym przypadku najwłaściwszą odpowiedzią

Czy trzeba się zatem spierać o przeprosiny? Może wystarczy powiedzieć tak jak rabin Baker: „Oczekuję szczerej skruchy, to najlepsze przeprosiny”. Ten 87-letni człowiek to jeden z niewielu, którzy – jako krewni Żydów spalonych w jedwabieńskiej stodole – mieliby pełne prawo przyjmować przeprosiny. Jako duchowy przywódca społeczności jedwabieńskich Żydów w USA rabin Baker mógłby wypowiadać się ostro, z żalem, pretensją i gniewem. Tymczasem on z miłością przypomina, że „nigdy nikogo nie wolno krzywdzić, że wszystkim trzeba pomagać, Żyd czy nie Żyd. Tak jak uczy was Chrystus. On też był Żydem i mówił, że jeśli komuś czynisz krzywdę, to jakbyś czynił ją Jemu. Trzeba wpajać to dzieciom i pilnować, żeby były dobrymi Polakami i dobrymi katolikami”. Według Bakera, na tym właśnie powinna polegać skrucha – wykryć i ukarać winnych, czcić pamięć niewinnych męczenników, uczyć dzieci o przeszłości polskich Żydów, zadbać o żydowskie cmentarze, uczyć miłości. To program minimum i nie powinno być w naszej ojczyźnie człowieka, który by się temu sprzeciwiał.

Niestety, są jednak wśród nas ludzie, którzy nawet takiemu programowi minimum się sprzeciwiają – i to jest przerażający aspekt obecnego polskiego sporu o zbiorową pamięć. Przekonuje o tym lektura prasy określającej się mianem „narodowa” i chętnie używającej przymiotników typu „nasza”. „Naszość” tych gazet jest bardzo wąsko rozumiana – dla niektórych podejrzani są nawet niemal wszyscy polscy biskupi katoliccy. Inne tytuły powołują się na katolicyzm i bliskie, czasem nawet instytucjonalne, związki z Kościołem – ale też głoszą ksenofobię. Z powyższego programu minimum dla zwolenników „naszości” do zaakceptowania jest jedynie punkt pierwszy i ostatni: wykryć i ukarać winnych oraz uczyć miłości. Gorzej z pozostałymi punktami, bo ich realizacja wymagałaby ponownego, pośmiertnego, włączenia polskich Żydów do grona „naszych”.

Jak bronić dobrego imienia?

Myśląc o potrzebie żalu za winy Polaków wobec Żydów, nie uważam za konieczne polemizować z tymi, którzy nie chcą włączać się w prośbę o przebaczenie czy protestują przeciwko zapowiedziom przeprosin – o ile jasne jest, że odczuwają oni wstyd i skruchę jako Polacy i katolicy (jeśli są katolikami). Rozumiem ich obawy i argumenty – choć się z nimi nie utożsamiam – ale najważniejsze, że mogę nie mieć wątpliwości, czy przypadkiem nie uważają zbrodni w Jedwabnem za w jakiś sposób „usprawiedliwioną”.

Co innego, gdy brakuje nawet cienia skruchy, gdy dominującą postawą staje się zaprzeczanie faktom lub fanatyczne „kibicowanie” tym badaczom, którzy poszukują dokumentów mających potwierdzić większy udział Niemców w tym mordzie. Takie dokumenty mogą pomóc (i pomagają) w lepszym zrozumieniu historycznych uwarunkowań i motywacji uczestników wydarzeń. W perspektywie moralnej najważniejsze jest jednak to, że, niestety, udział naszych rodaków i współwyznawców w tej wyjątkowo okrutnej zbrodni jest niezaprzeczalny[5]. Wobec takiej prawdy sumienia nie mogą nie zadrżeć.

Na wydarzenia historyczne człowiek wierzący powinien spojrzeć w perspektywie sumienia. Zwłaszcza polscy katolicy nie mogą patrzeć na spór wokół okrutnego morderstwa jedwabieńskich Żydów tylko jako Polacy broniący dobrego imienia narodu. Gdy w Jedwabnem poseł ZChN Michał Kamiński próbował utworzyć komitet obrony dobrego imienia miasta, pewien wieloletni mieszkaniec tego miasteczka powiedział mi: „O dobrym imieniu trzeba było myśleć 10 lipca 1941 roku, teraz powinien powstać Komitet Upamiętnienia Zbrodni”.

Takiej moralnej wrażliwości brakuje, niestety, niektórym polskim uczestnikom sporu o pamięć Jedwabnego. Dla niektórych nawet opublikowanie po angielsku antologii polskiej publicystyki na temat Jedwabnego, jak to uczyniła „Więź”, jest przyłączaniem się „do antypolskiej nagonki”, co „porównać można jedynie do zdrady targowickiej” (cytaty z listów do naszej redakcji). To nie są jednak głosy intelektualistów. Gorzej, gdy pojawiają się pokrętne publikacje historyczne, których autorzy tak dobierają fakty, o których piszą, że czytelnikowi pozostaje wrażenie, iż udział Polaków w tej zbrodni jest wymysłem chorej wyobraźni. Niestety, nie należą do rzadkości pilni czytelnicy „Naszego Dziennika”, do których nie dotarła informacja, że Prymas Polski już na początku marca br. uznał udział Polaków w jedwabieńskim mordzie za „niezaprzeczalny”. Stosowne zdanie co prawda pojawiło się w druku, ale przez następne tygodnie żaden z autorów gazety nie wyciągnął z niego moralnych wniosków.

Punktem wyjścia dojrzałej refleksji moralnej musi być uznanie – w ślad za Księdzem Prymasem – że: „z punktu widzenia moralnego nie jest rozstrzygające dla sprawy, czy wyniki śledztwa będą dla nas bardziej lub mniej korzystne, czy ukażą Polaków w lepszym bądź gorszym świetle. Pozostaje bowiem sprawa zasadnicza – w Jedwabnem znaleźli się ludzie, którzy przyczynili się do śmierci swoich współobywateli. A czy to było robione na rozkaz, czy z lęku, czy z chęci zemsty za doznane krzywdy, czy z inspiracji Niemców, czy też z chęci zysku – to są sprawy do ustalenia”[6]. To bardzo ważna deklaracja Prymasa Polski. Obawiam się jednak, że nie została ona dostrzeżona przez wielu katolików, którzy dawno wyrobili już sobie pogląd, iż cała sprawa Jedwabnego to żydowski spisek skierowany przeciwko Polsce.

Potrzeba kościelnej odwagi

Czy wobec takiego stanu sumień nie powinniśmy mieć do czynienia z jakąś formą narodowych rekolekcji? Sądzę, że zasięg i głębia publicznej debaty wywołanej ujawnieniem zbrodni w Jedwabnem mogły być wykorzystane przez Kościół jako inspiracja do oczyszczenia i nawrócenia. Niestety, tak się (na razie?) nie stało.

W działaniach hierarchii kościelnej brakuje niekiedy konsekwencji i odwagi. Szczególnie smutny jest tu przypadek biskupa łomżyńskiego, Stanisława Stefanka. Mało kto wie, że w wywiadzie opublikowanym w łomżyńskim tygodniku „Kontakty” 2 kwietnia 2000 r., czyli na miesiąc przed ukazaniem się książki „Sąsiedzi” Jana Tomasza Grossa, bp Stefanek powiedział o pogromach Żydów w Łomżyńskiem: „to jedne z najbardziej dramatycznych wydarzeń tego regionu, które poznaję. Zetknąłem się też z takim faktem w czasie wizytacji w Jedwabnem. Zareagowałem modlitwą w miejscu kaźni. Potem zacząłem drążyć temat. […] Zmieniali się na terenie naszym okupanci: Związek Radziecki i Niemcy. Mogły być samosądy i akty zemsty dalekie od ewangelii, za które trzeba przeprosić. Zastanawiam się, jako biskup, w jaki sposób w kalendarz jubileuszu w miejscowe obchody włączyć przeprosiny za ten konkretny fakt. Oczywiście, wcześniej skontaktuję się z przedstawicielami gminy żydowskiej”[7]. W świetle tego poruszającego wyznania, zawierającego – niestety niezrealizowaną – zapowiedź przeprosin, kompletnie niezrozumiałe są dla mnie tegoroczne wypowiedzi biskupa łomżyńskiego na temat sporu o zbrodnię w Jedwabnem, m.in. o prowokacji czy o ataku na Jedwabne, w którym chodzi o pieniądze[8].

Na wydarzenia historyczne człowiek wierzący powinien spojrzeć w perspektywie sumienia

Ze strony hierarchii katolickiej brakuje wyraźnego, mocnego, jednoznacznego i zgodnego głosu przywołującego do porządku tych katolików – świeckich i duchownych – którzy nie akceptują nauczania Kościoła o Żydach i judaizmie. Dobitnie wyraził to prof. Andrzej Paszewski podczas niedawnego sympozjum „Wiara a niewiara”, słusznie zwracając uwagę, że gdyby ks. Henryk Jankowski zaczął publicznie głosić np. tezy o potrzebie moralnego zaakceptowania sztucznej antykoncepcji, natychmiast przestałby być proboszczem. Tymczasem jego sprzeczne z nauczaniem Magisterium wypowiedzi na temat Żydów (wielokrotnie powtarzane!) nie wywołują jakoś gwałtownych reakcji przełożonych.

W tym kontekście zadziwiające jest, że Prymas Polski uznał ostatnio za stosowne udzielić ostrej publicznej reprymendy ks. Michałowi Czajkowskiemu. Prymas powiedział, że ks. Czajkowski „robi bardzo złą robotę”, gdyż jakoby „nieustannie imputuje Kościołowi i hierarchii antysemityzm”[9]. Zarzut ten nie opiera się na faktach, lecz na krzywdzących i nieprawdziwych opiniach o działalności asystenta kościelnego „Więzi”. Ks. Czajkowski nie zarzuca biskupom antysemityzmu, lecz co najwyżej zbyt słabą reakcję na przejawy antyjudaizmu i antysemityzmu wciąż, niestety, obecne w naszym społeczeństwie[10]. Nie rozumiem, dlaczego dziwi to Księdza Prymasa, skoro on sam – w imieniu Kościoła katolickiego w Polsce – 20 maja 2000 r. przepraszał Boga za „tolerowanie przejawów antysemityzmu”.

Znamienna jest zresztą metoda publicystyki ks. Czajkowskiego. Jest ona podobna do kaznodziejskiego stylu ks. Jerzego Popiełuszki. Kapelan „Solidarności” miał świadomość, że porusza się po bardzo grząskim gruncie, że łatwo może się spotkać z zarzutami, iż głosi nie naukę Kościoła, lecz własną (i w rzeczy samej takie zarzuty się pojawiały, również wewnątrz Kościoła, również ze strony hierarchii). Dlatego przygotowywał swoje kazania w formie kompilacji cytatów z nauczania Jana Pawła II i kard. Stefana Wyszyńskiego, do minimum ograniczając własne komentarze. Podobnie postępuje na grząskim gruncie katolicko-żydowskim ks. Michał Czajkowski, który w swych wystąpieniach na temat Żydów i judaizmu przede wszystkim nieustannie cytuje nauczanie II Soboru Watykańskiego i posoborowych papieży. Wydawałoby się, że za tę działalność należy mu się uznanie, a nie potępienie ze strony pasterza.

Bogu i ludziom

Z tragedii Jedwabnego można wywieść dobro. „Tych kilka godzin, choć tak tragicznych, nie może decydować o tym, że Jedwabne stanie się najgorszym miastem w Polsce. Być może w tym jednym dniu było najgorszym miastem, ale tylko wtedy” – mówi rabin Schudrich. To podlaskie miasteczko wciąż jeszcze może stać się nie symbolem antysemityzmu i nienawiści, lecz przykładem, że współcześni Polacy potrafią uporać się z bagażem przeszłości.

Ksiądz Prymas zapowiadając nabożeństwo pokutne, słusznie myśli nie tylko o sprawie Jedwabnego i rozszerza znaczenie przygotowywanego aktu pokuty, mówiąc w cytowanym wywiadzie dla KAI: „Polacy przyczyniali się do mordowania Żydów także w innych miejscowościach, tworząc motłoch pozbawiony sumienia”. Ufam, że – oparte na tak odważnym uznaniu prawdy – nabożeństwo pokutne zapowiedziane przez Episkopat Polski na 27 maja otworzy drogę do nowych stosunków polsko-żydowskich i chrześcijańsko-żydowskich; że stanie się punktem zwrotnym pozwalającym na rozsupływanie tego węzła gordyjskiego.

W spowiedzi powszechnej na początku każdej Mszy św. mówimy: „Spowiadam się Bogu Wszechmogącemu i wam, bracia i siostry”. Analogicznie – wobec Boga i innych narodów, a zwłaszcza Żydów – mogłoby się dokonać wyznanie win Polaków. Ukorzenie się przed Bogiem jest potrzebne, bo chrześcijanie – mający być Jego świadkami na ziemi – wielokrotnie nie stanęli na wysokości zadania, zakłamali prawdę o Bożej miłości, złamali Jego przykazania, a mordując swoich bliźnich, zniszczyli Boży obraz trwale wypisany w ofiarach. Symboliczne wyznanie win wobec narodów ma znaczenie także jako akt zobowiązania się, że ze wszystkimi sąsiednimi narodami chcemy żyć w przyjaźni. Sądzę, że bezpośrednia prośba o przebaczenie powinna być skierowana do narodu żydowskiego (tak jak czynili to już polscy biskupi, nie znając jeszcze sprawy Jedwabnego)[11], a jej adresatami powinny być rodziny ofiar sprzed sześćdziesięciu lat.

Najgłębszy sens aktu skruchy w sześćdziesiątą rocznicę zbrodni w Jedwabnem widzę w tym, że będziemy mogli wyznać Bogu i ludziom, iż chcemy, by zasadą naszego postępowania było złamane wówczas okrutnie przykazanie miłości –  wspólne przykazanie, które nam dał Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba; Bóg Jezusa Chrystusa; ten sam Bóg polskich Żydów i polskich katolików

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 6/2001.


[1] „Winny morderstwa jest ten, kto zamordował. Rozmowa z Michaelem Schudrichem, rabinem Warszawy i Łodzi”, w: „Wiadomości KAI” nr 11/2001. Rozmowę tę, przeprowadzoną przez Alinę Petrową-Wasilewicz i Bogumiła Łozińskiego, przedrukowywały pod różnymi tytułami największe polskie gazety w dniu 14 marca 2001 r.
[2] Zob. „Jesteśmy innymi ludźmi. Dyskusja o Jedwabnem w Jedwabnem”, w: „Więź” 2001 nr 4, s. 23.
[3] „Ufaliśmy sobie”, w: „Rzeczpospolita” 10-11 marca 2001.
[4] „Biedny chrześcijanin patrzy na Jedwabne. Z ks. arcybiskupem Henrykiem Muszyńskim rozmawiają ks. Adam Boniecki i Michał Okoński”, w: „Tygodnik Powszechny” 25 marca 2001 (dodatek „Kontrapunkt”).
[5]  Tak jak przed dwoma miesiącami – w tekście „Obojętność, wrogość i” – jako punkt wyjścia przyjmuję za historykiem Pawłem Machcewiczem z IPN, iż: „Nic nie zmieni faktu, że to Polacy mordowali Żydów w Jedwabnem i prawdopodobnie w Radziłowie”. Machcewicz podkreśla również, że trzeba dostrzec rolę Niemców, by zrozumieć mechanizm tych pogromów (w rozmowie „Coraz bliżej prawdy”, „Gazeta Wyborcza”, 6 kwietnia 2001 r.). W poniższych rozważaniach nie chodzi jednak o odtwarzanie mechanizmu zbrodni, lecz o refleksję moralną.
[6] Wywiad Prymasa Polski dla Katolickiej Agencji Informacyjnej z 14 maja 2001 r., publikowany następnego dnia pod różnymi tytułami w najważniejszych polskich gazetach.
[7] „Przepraszamy. Z Ks. Biskupem Stanisławem Stefankiem, ordynariuszem diecezji łomżyńskiej, rozmawia Maria Tocka”, „Kontakty” 2 kwietnia 2000 r.
[8] „Moralny obowiązek dochodzenia do prawdy. Homilia JE ks. biskupa Stanisława Stefanka TCh, ordynariusza łomżyńskiego, wygłoszona 11 marca 2001 r. podczas Mszy św. w kościele parafialnym w Jedwabnem”. „Nasz Dziennik”, 13 marca 2001 r. Głęboko słuszny był komentarz łomżyńskich „Kontaktów” mówiący o grzechu zaniechania: „W biedzie, która spadła na Jedwabne, ludzie zostali sami. Czas powiedzieć: i władza, i Kościół popełniły grzech zaniechania. Tajemnicę Jedwabnego po raz pierwszy, już w 1988 r., odsłoniły «Kontakty». W 1993 roku pisaliśmy o masakrze Żydów w Radziłowie. W 1995 o wymordowaniu Żydów w Wąsoszu. W kwietniu 2000 roku ordynariusz łomżyński, ks. biskup Stefanek w rozmowie z «Kontaktami» powiedział: «Zastanawiam się jako biskup, w jaki sposób w kalendarz jubileuszu, w miejscowe obchody włączyć przeprosiny za ten konkretny fakt». Niestety, ani władze świeckie, ani duchowne przez lata nie uczyniły nic, by po ludzku, po chrześcijańsku, samemu, nie pod pręgierzem opinii publicznej, pogrzebać straszne upiory przeszłości. A można było” – Mikołaj Nawra, „Grzech zaniechania”, „Kontakty” 22 marca 2001 r.
[9] Wywiad Prymasa Polski dla KAI z 14 maja 2001.
[10] Ks. Czajkowski konsekwentnie i precyzyjnie rozróżnia zresztą antysemityzm jako zjawisko rasistowskie od antyjudaizmu jako wrogości czy niechęci wobec Żydów opartej na przesłankach religijnych. Wskazuje on także, że zanikają w Polsce pseudoreligijne argumenty antyżydowskie (typu: zarzut bogobójstwa).
[11] Przypominałem te deklaracje w artykule „Obojętność, wrogość i”, „Więź” 2001 nr 4.