Polscy filmowcy zaczynają dostrzegać, że na platformach streamingowych realizuje się dziś najodważniejsze i autorskie wizje.

Trzeba być wyjątkowym filmowym Grinchem, by narzekać dziś na kondycje polskiego kina. Nie myślę tylko o nagrodach, jakie seryjnie zgarnia Paweł Pawlikowski za swoją znakomitą „Zimną wojnę”. Nie zawsze przecież wyróżnienia na międzynarodowych festiwalach świadczą o jakości kinematografii, czego dowodem jest nagrodzona Srebrnym Lwem w Berlinie banalna, infantylna i naładowana negatywnymi emocjami „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej. W Polsce nareszcie rodzi się nie tylko solidne kino gatunkowe, ale też młodzi filmowcy tworzą eklektyczne gatunkowo dzieła. Agnieszka Smoczyńska w dwóch zjawiskowych filmach pożeniła horror z musicalem („Córki dancingu”) i dramat psychologiczny z thrillerem („Fuga”). Tego samego dokonał Paweł Maślona w świetnym „Ataku paniki”, zaś twórcy „Juliusza” dowiedli, że kino spod znaku Jasona Reitmana można przeszczepić nad Wisłę. Adrian Panek natomiast zachwycił osadzeniem postholokaustowej historii w rasowym horrorze „Wilkołak”.

Mijający rok był również owocny dla polskich seriali. Nie jest tajemnicą, że od kilku lat trwa totalna rewolucja w kinie. Najwięksi filmowcy swoje najciekawsze produkcje realizują na małym ekranie. Al Pacino wybitne kreacje tworzy już tylko w filmach HBO, zaś bracia Coen nowy film nakręcili dla Netfliksa. Zanosi się na to, że kolejny film Netfliksa „Roma” Alfonso Cuaróna zgarnie oscarową pulę, choć Steven Spielberg uważa, że produkcje Netfliksa powinny walczyć o EMMY jako obrazy telewizyjne. „Roma” jest jednak technicznym majstersztykiem oraz arcydziełem wizualnym i rozbija w pył argumentacje wszechmocnego przecież w Hollywood Spielberga.

Czy tego chcemy czy nie, to właśnie na platformach streamingowych realizuje się dziś najodważniejsze i autorskie wizje. Nie przez przypadek Martin Scorsese robi za gargantuiczny budżet 150 mln dolarów kolejny gangsterski film dla Netfliksa. Nie krępują go wiekowe ograniczenia w kinie, które powodują, że najbardziej opłaca się robić filmy dla widowni nastoletniej i tym samym kastruje się kino z drażniących treści. W Polsce ograniczenia wiekowe nie są tak istotne dla filmowców. Jednak wydaje się, że również oni zaczynają dostrzegać w telewizji miejsce, gdzie można wyjątkowo swobodnie kreślić własne wizje. Pod tym właśnie względem miniony rok był dla polskich seriali przełomowy.

„Ślepnąc od świateł” może zachęcić do inwestowania w kolejne naznaczone autorskim pazurem produkcje. Serial wzbudził pozytywne głosy krytyków, łącząc realizm pokazania świata mafii z psychodeliczną narracją

HBO od lat inwestuje w ten segment polskiego kina. Dwa sezony „Watahy”, „Pakt”, „Bez tajemnic” – te bardziej lub mniej udane seriale były przeszczepianiem sprawdzonego formatu na polski rynek. Tegoroczne „Ślepnąc od świateł” Krzysztofa Skoniecznego na podstawie powieści Jakuba Żulczyka to już inny rodzaj produkcji. Skonieczny jest reżyserem niezależnego „Hardkor Disko” i dostał od HBO wolną rękę w wykreowaniu świata Żulczyka. Zrobił to po swojemu, bardzo wiele ryzykując. W głównej roli obsadził amatora Kamila Nożyńskiego, a tak uznanym aktorom jak Jan Frycz i Robert Więckiewicz powierzył role wbrew ich emploi. Opowieść o ciemniej stronie Warszawy została zatopiona w psychodelicznym sosie, który musiał przecież odrzucić dużą część wychowanej na tradycyjnej telewizji widowni. „Ślepnąc od świateł” był jednak najchętniej oglądaną produkcją na HBO GO. Serial Skoniecznego pobił frekwencyjnie takich gigantów jak „Gra o tron”, „Westworld” i „Ostre przedmioty”. Wspomniani zaś Frycz i Więckiewicz stworzyli wybitne role bandziorów, i to w czasie, gdy kino gangsterskie zostało przemielone na wszystkie możliwe części.

Sukces autorskiego, wymykającego się tradycyjnemu formatowi „Ślepnąc od świateł” może zachęcić do inwestowania w kolejne naznaczone autorskim pazurem produkcje. Serial Skoniecznego wzbudził głównie pozytywne głosy polskich krytyków, łącząc realizm pokazania świata mafii (nikt jeszcze tak radykalnie nie obnażył degeneracji polskich gangusów) z psychodeliczną narracją.

Mniej szczęścia do swojej pierwszej produkcji miał polski Netflix. Napisany przez Amerykanina Joshue Longa „1983” i wyreżyserowany przez Agnieszkę Holland, Agnieszkę Smoczyńską, Olgę Hajdas i Kasię Adamik serial spotkał się z chłodnym przyjęciem polskich krytyków, co spowodowało ostrą wymianę zdań między Holland i autorami krytycznych tekstów. Ja akurat serialu broniłem, choć również dostrzegam jego wady. Niemniej jednak alternatywna historia Polski, w której komunizm nie upada, jest również produkcją nietypową jak na polskie standardy.

„1983” to wizja autorska i nieskrojona pod widza masowego. Ponury obraz Polski rządzonej przez wszechwładną SB, szykujące zamach stanu wojsko i wietnamskich gangsterów z warszawskiego Małego Sajgonu nie musiał przemówić do tradycyjnego widza. Dialogom można zarzucać pewną sztuczność i dąsać się na tekturową umowność pokazanego świata (ja nie mam takiego wrażenia i uważam, że właśnie ta wizja jest najmocniejszą stroną serialu) oraz wykazywać nielogiczności scenariusza. Nie można jednak odmówić twórcom oryginalności spojrzenia i ambicji zanurzenia opowieści w gatunek nie eksploatowany dotychczas przez polskie kino, choć nie zapominajmy, że dystopijną wizję Polski intrygująco pokazał też Bodo Kox w „Człowieku z magicznym pudełkiem” (2017). Oglądając film wyrosłego z kina niezależnego Koksa przemknęła mi przez głowę myśl, że jego futurystyczna opowieść idealnie nadawałaby się właśnie na serial. Dzięki sukcesowi autorskiego „Ślepnąc od świateł” nie jest wykluczone, że tacy odrębni twórcy jak Kox znajdą sobie miejsce u takich graczy jak HBO czy Netflix.

W ostatnich dniach dowiedzieliśmy się, że z polskiego rynku znika południowoafrykański „Showmax”. Serwis inwestował głównie w polskie produkcje. Można było obejrzeć w nim nie tylko perełki polskiego kina, ale także oryginalne produkcje. To tam pojawiały się premierowe odcinki „Ucha prezesa”, a Patryk Vega zrobił serialowe wersje swoich komercyjnych hitów „Botoks” i „Kobiety mafii”. Król polskiego kina komercyjnego nakręcił dla Showmax też „Plagi Breslau”. Showmax współprodukował „Kler” i były plany realizacji oryginalnego serialu Wojtka Smarzowskiego. To jednak nie uchroniło go od wycofania się z polskiego rynku. Szkoda.

„Rojst” jest świetnie skrojonym thrillerem podzielonym na kilka odcinków, wskrzeszającym formę klasycznych miniseriali. Klimatycznie sfotografowany, ciekawie napisany i świetnie zagrany mógłby zostać nakręcony jako kinowy film

Tym bardziej trzeba się cieszyć, że Showmax zostawił nam jeden znakomity serial. „Rojst” Jana Holoubka nie jest stylistycznym eksperymentem jak „Ślepnąc od świateł”. To rasowy thriller osadzony w niekreślonym miasteczku okresu przygnębiającej i gnijącej Polski między stanem wojennym a przełomem 1989 roku. Tak jak u Skoniecznego wybitną i nietypową dla siebie rolę tworzy Frycz, tak u Holoubka w pamięci zostaje wyrazisty Andrzej Seweryn. Choć jego postać zbudowana została z hollywoodzkiego stereotypu (zblazowany, niedogolony dziennikarz z przetrąconym moralnym kręgosłupem odżywa dzięki spotkaniu młodego idealisty, przypominającego mu siebie samego z dawnych lat), to Seweryn nadaje jej wyjątkowej głębi. „Rojst” jest świetnie skrojonym thrillerem podzielonym na kilka odcinków, wskrzeszającym formę klasycznych miniseriali. Klimatycznie sfotografowany, ciekawie napisany i świetnie zagrany mógłby zostać nakręcony jako kinowy film. Wracamy więc do początku tekstu, gdzie napisałem, że rewolucja Netfliksa polega właśnie na przenoszeniu kinowego poziomu do naszych domowych wnętrz.

Oczywiście istnieje niebezpieczeństwo krojenia telewizyjnych produkcji pod gusta użytkowników telefonów komórkowych, którzy oglądają filmy w metrze i autobusie. Niestety moda na seriale, których odcinki trwają po 20 albo 15 minut (średni czas przejazdu między przystankami) będzie rosła. Potęga Netfliksa, który oferuje na swojej platformie już nawet talk shows (obejrzyjcie kapitalne programy legendarnego Davida Lettermana, zdumiewającego Norma McDonalda i nowatorskiego Jerry’ego Seinfelda) wynika z różnorodności platformy. To przyszłość telewizji. Wychowane w erze YouTube’a dzieci w przyszłości nie zaakceptują telewizji, w której nie będą mogły same selekcjonować treści.

Nie jestem już w stanie oglądać seriali w tradycyjnych kanałach telewizyjnych. Tym bardziej cieszę się, że serwisy streamingowe zaczęły inwestować tak potężne pieniądze w polskie kino. Rok 2018 pokazał, że spokojnie możemy patrzeć na taką „serialową” formę jego przyszłości.