Czuje to każdy czytający Thomasa Mertona: ostatnie miesiące roku 1968 po prostu pędzą do Bangkoku. Jakby wystrzelony wiele lat wcześniej pocisk dosięgnął wreszcie celu. W Bangkoku spotka swoją śmierć, która zamknie jego życie zaskakującą klamrą.

Ostatni rok życia Mertona to jedna wielka podróż. Podróż wewnętrzna i podróż zupełnie realna. Od wojny w Wietnamie, trapista źle czuł się w swoim kraju. Polityka prowadzona przez USA dławiła go do tego stopnia, że myślami wciąż wędrował do Chile lub Nikaragui. Poszukiwał też dla siebie miejsca w obrębie zarówno zakonu, jak i klasztoru. Naglący od dłuższego czasu głos życia pustelniczego ostatecznie zrealizował się w sierpniu 1964 roku, gdy został zwolniony z funkcji mistrza nowicjatu. Wtedy też został pustelnikiem na pełny etat. Zamieszkał w małym domku rekolekcyjnym w obrębie klasztornego lasu.

Poznana dwa lata później młoda studentka pielęgniarstwa Margie raz jeszcze zmusi go do określenia, gdzie znajduje się jego serce. Wzajemna fascynacja – nie romans i nie związek – powoduje złożenie na ręce przełożonego zobowiązania do życia w samotności. Zobowiązanie było pomysłem opata Foxa i początkowo Merton traktował je podejrzliwie, jako rzecz mu narzuconą. Później wydawał się być nie tyle pogodzony, ile zadowolony z raz jeszcze wybranej samotności. Poznanie Margie na swój sposób wpisuje się w doświadczenie ojców pustyni. Oni również przeżywają fascynacje kobietą, choć apoftegmaty przekazują to w nieco demonicznej wersji.

Pustelnia Mertona zaczyna się zapełniać. To już nie tylko pojawiający się od czasu do czasu eteryczny duch Margie, ale bardziej namacalni: Abraham Joshua Heschel, Jacques Maritain, Czesław Miłosz czy buddyjski mnich Nhat Hanh. „Otrzymuję niezliczone zaproszenia, które muszę odrzucić. Zdecydowałem jednak, że skoro jestem pustelnikiem, to powinienem nim pozostać. Oznacza to, że nigdzie nie będę występował ani publicznie, ani półpublicznie. Czy zgodzisz się, że jest to decyzja dla mnie właściwa?” – pyta w liście do Leclerqa z 10 listopada 1967 roku . Na początku kolejnego roku dzieli się ze swoimi przyjacielem pomysłem, który zamierza przedstawić nowemu opatowi: „powinienem otrzymać zgodę na odbycie każdego roku jednej, trwającej miesiąc lub sześć tygodni, dyskretnej i owocnej podróży monastycznej, podczas której odwiedziłbym klasztory innych religii i tradycji, a niektóre z naszych. Podróż w 1968 r. – konferencja AIM” (Leclerq 14 stycznia 1968). Ta siłą rzeczy skrótowe przedstawienie pustelniczego życia Mertona ma za zadanie zasygnalizować podstawowy paradoks mnicha z Gethsemani: dla życia pustelniczego największym zagrożeniem jest sam pustelnik.

Nowy opat, Flawian Burns, zgadza się na wyjazd do Bangkoku na konferencję AIM, a Merton szybko dopisuje kolejne punkty przystankowe tej podróży. W listopadzie wyjazd do Azji, zimą dwumiesięczne rekolekcje w drodze powrotnej w Redwoods na wybrzeżu – kreśli swój plan. Tam też nowy opat, Flawian Burns, myślał o stworzeniu dogodnego miejsca dla dwóch-trzech pustelników z Gethsemani, zatem autor „Siedmiopiętrowej góry” może dokonać właściwej oceny warunków życia. Może Etterburg, podpowiadał cicho Merton. A może gdzieś w rezerwatach dzikiej przyrody w okolicach Garberville? Warunki byłyby prymitywne; Merton początkowo myśli o życiu pod namiotem, później w przyczepach kempingowych. Plany zaczęły w jego umyśle konkretyzować się, ale wciąż nie wychodzić poza urzekającą fazę romantycznego szaleństwa. Wreszcie ani namioty, ani przyczepy kempingowe nie dały rady niespokojnemu umysłowi Mertona; ostatnim słowem wobec nowych pustelni powinny być miejsca wynajmowane przez klasztor co jakiś czas, a pustelnicy stale się przemieszczać.

Program podróży do Azji nieustannie zmieniał się, raz się rozszerzał, innym razem skracał. Merton był nastawiony bardziej niż entuzjastycznie. Kipiał ze szczęścia. Swoją azjatycką przygodę nazywał pelerinage aux sources, pielgrzymką do źródeł. W jej trakcie nie chciał wiązać się datami. W połowie miesiąca tu, na początku innego tam. Brzmi to wszystko mało poważnie, jakby dziecko bawiło się mapą. Indie, Tajlandia, może Birma, na pewno Japonia, być może jeszcze jakaś część Europy odwiedzona ukradkiem w drodze powrotnej. Ale też miała to być przygoda życia, zatem należało stanąć wobec niej w całej szczodrości – dokąd zaprowadzi, należy tam pójść.

Ostatnia podróż

Jeszcze przed podróżą do Azji, Merton podjął wyprawę po kalifornijskim wybrzeżu, Nowym Meksyku i Alasce. Wyprawa ta, skromna i „lokalna”, jest przyćmiona przez azjatycką podróż życia. Kalifornia to preludium do azjatyckiej przygody. Pewnym wyjaśnieniem jest trudność ostatnich pism Mertona z tego okresu. „Las, wybrzeże, pustynia” to ostatni z poprawionych przez samego autora i przygotowanych do druku dzienników. W istocie, to bardzo niewielki zeszyt z podróży, rodzaj pospiesznie sporządzanego notatnika. Pełen otwarcia na świat: Merton cytuje niemal wszystko wokół siebie, a to powinno się rozumieć jako czytanie świata.

Merton „czytał” wszystko: wschody słońca, poezję, odgłosy lasu, mistyków, gazety, historię swojego życia, listy od przyjaciół. Słowo Boże przemawiało do niego nie tylko poprzez Pismo Święte, ale odczytywał je rozsiane w wielorakich postaciach. Lectio divina opisuje się w metaforach jedzenia – jeśli Słowo Boga ma być pokarmem duchowym, należy je nieustannie przeżuwać. W „Chlebie na pustyni”, niewielkiej książeczce poświęconej psalmom, pisze: „Psalmy to cudownie rozmnożony chleb, którym Chrystus karmi tych, co poszli za Nim na pustkowie. Rozmyślnie odwołuję się do tego symbolu. Przyjmuje się, że cud rozmnożenia chleba wskazuje na sakrament Eucharystii, którego jest zapowiedzią. Jednakże rzeczywistość psalmów jest tą samą, choć w innej formie, co rzeczywistość, jaką karmimy się w Eucharystii. W obu przypadkach karmimy się Słowem Bożym. W Najświętszym Sakramencie Jego Ciało jest prawdziwym pokarmem. W Piśmie Świętym Słowo wciela się w słowa ludzkie, a nie staje się ciałem. A człowiek żyje każdym słowem, które pochodzi z usta Bożych”. Merton: słuch głodu, otwarte czytanie wszystkiego, co go spotyka. Fragmenty lektur, czyjeś słowa i opowieści, nagłówki z codziennej prasy, wetknięte jakby przypadkowo tu i tam własne spostrzeżenia. Powiedzmy szczerze: niezbyt dobrze się to czyta. To notatnik bez autorskiej redakcji. Podobnym w tonie jest dziennik z podróży po Alasce „W stronę jedności”. Tu także metoda pisania jest metodą czytania świata. Graffiti w toalecie miesza się z lekturą pism mistyków, artykuły prasowe przetykane są liturgią godzin, a w regulamin zachowania się podczas lotu wpleciona zostaje na przykład Tybetańska Księga Umarłych. W obu przypadkach słowo „dziennik” wydaje się być mocno na wyrost. I wreszcie najsłynniejszy z całej podróżnej trójki, „Dziennik azjatycki”. Ten ostatni, przerwany tragiczną śmiercią Mertona, został przygotowany do druku przez jego agentów literackich i przyjaciół, Naomi Stone, Patricka Harta i Jamesa Laughlina. Dziennik z Azji najbardziej pasuje do swojego miana, jako że chaotyczne notatki Mertona zostały uporządkowane, nadano im ostateczny kształt, dzięki czemu pozostaje on dość przystępny w lekturze.

Merton szuka samotności nie po, aby odpocząć, nadrobić zaległości w lekturach, ale aby bardziej znajdować – dać się odnajdywać – Bogu

Uporządkujmy daty: 7 maja Merton wyjeżdża z Gethsemani, aby – poprzez Kalifornię, Chicago, San Francisco, Nowy Meksyk – powrócić 20 maja, a następnie wyrusza z klasztoru 17 września na Alaskę. Tu pozostaje na pewno do 8 października, może parę dni dłużej. 15 października wylatuje do Indii.

Po 27 latach życia w klasztorze, przerywanymi jedynie okazjonalnymi wizytami u lekarza, sporadycznymi rekolekcjami, wreszcie tak długi i tak dynamicznie spędzony czas poza nim. Co widzą oczy wypuszczone na świat po 27 latach życia w klasztorze? Wybrzeże Pacyfiku – moc doznań. Szara sójka, piękne rozległe rancza, niskie białe domy, eukaliptusy, grzechotniki, wysokie sekwoje. Merton zapisuje wszystko, jakby chciał wchłonąć w siebie całe nienasycenie świata. Co widzą oczy, zapisuje ręka. Pustka, początek nocy, jak zauważa w swoim notatniku. I dodaje: „Nie wystarczy po prostu być spokojnym, odrobinę produktywnym, modlić się, czytać, uprawiać sztukę odpoczynku (…). Ale przecież ja mam przeszłość, od której powinienem się oderwać, nagromadzenie inercji, marnotrawstwa, błędów, głupoty, zgnilizny, śmiecia, wielką potrzebę wyjaśnienia świadomości kontrolowanej czy też raczej braku tej świadomości – powrotu do autentycznej praktyki, należytych wysiłków, potrzebę upartego dążenia ku wielkiemu wątpieniu. Potrzebę Ducha. Trzymać się mocna jasnego światła!”. Odpowiedniej rzeczy nadać odpowiednie słowa. Pozwolić, aby wybrzmiał ukryty sens (dźwięk) rzeczy. Aby rzeczy były takimi jakimi są – czego potrzeba? Modlitwa pozostaje modlitwą bez względu na moją nieudolność. Jak powiadają mistrzowie życia duchowego, módl się jak potrafisz. Aby nadać sens rzeczom duchowym należy wyruszyć w głąb siebie. Nie będzie nowych słów, nowych technik, będą wciąż te same słowa i spokojny oddech. Na czym zatem polega to wybrzmienie? Na tym, aby oddać tę przestrzeń Bogu. Z perspektywy czasu wezwanie do jasnego światła jest najczęściej interpretowane jako prze-czucie zbliżającej się śmierci, gdzie, jak twierdzą niektórzy mistycy, w chwili śmierci wchodzimy w snop światła. Merton szuka samotności nie po, aby odpocząć, nadrobić zaległości w lekturach, ale aby bardziej znajdować – dać się odnajdywać – Bogu. Chodzi zatem o to, aby robić dalej to, co należy robić (modlić się, czytać, kochać) w spokojnej świadomości, że się należy do Boga. To wszystko? To wszystko.

Podróż w podróży

Szukając miejsca ustronnego rozpoczyna jeszcze inną podróż – podróż w podróży – która do końca nie pozostanie rozstrzygnięta. Może jednak Gethsemani? Nie dajmy się zwieść: pomiędzy zapisem głodu świata, wrażeń i obrazów, jak diament błyszczą takie zdania: „Pierwszy raz odkąd wyjechałem, mam uczucie, że mógłbym z radością wrócić do Kentucky, ale nie do listów i gości, i nie do zaproszeń, które będę musiał odrzucić, i nie do innych rzeczy, których nie będę mógł uniknąć”. W jednym z ostatnich listów z Alaski pisze: „Mam nadzieję, że nie krąży zbyt wiele zwariowanych plotek. Powtarzaj wszystkim, że jestem mnichem z Gethsemani i zamierzam nim pozostać po kres swych dni – tyle tylko, że może się zdarzyć, że będę przebywał poza klasztorem”.

Gdzieś tutaj zaczyna się wyłaniać paradoks Mertona: wszelkie odpowiedzi są już dane, należy je dostrzec. Taki też wydaje się być sens podróży wewnętrznej: jesteś już tu, gdzie powinieneś być – musisz wyruszyć, aby to dostrzec. Choć świat odkrywał się coraz bardziej, przywołując do siebie i jednocześnie będąc otwartym na Mertona, to Gethsemani stawało się coraz bardziej magnetycznym punktem, które go przywoływało. Merton naprawdę pokonał długą drogę do klasztoru: od pragnienia wstąpienia, po lata wewnętrznego spokoju, wreszcie poprzez wieloletni kryzys sformułowany w ostrych słowach: „nie powinienem tu być”. Gdy wreszcie wyruszył w pierwszą długą podróż, gdy opadły nagromadzone frustracje, międzyludzkie nieporozumienia i ograniczenia, lata zmarnowanych pretensji, Gethsemani zaczęło ujawnić swoje prawdziwe oblicze. Alaska zaskoczyła Mertona swoim pięknem, dziką przyrodą i wieloma miejscami, które umożliwiały życie pustelnicze. Jezioro Eyak jest doskonałe do życia, ostro zakończone szczyty pasma górskiego Chugach, które wyglądały jak zęby dzikiego drapieżnika lub ostrze piły – czytając raz po raz zapiski alaskijskie, czuć, że ta kraina pragnęła Mertona. Dzikość tej przyrody – jej oszałamiające piękno i groza – były czymś, czemu Merton powierzyłby swoje ciało i życie. „Bez wątpienia miejsce to stanowi pustelniczy ideał w każdej postaci” – pisze w liście do nowego opata Falviana Burnsa z 25 września 1968 roku. Alaska i Merton przypadli sobie do gustu, czuć było ich wzajemne wsłuchiwanie się w siebie: „Jezioro Aleknagik coś do mnie mówi. Łańcuch jezior – z dala od wszystkiego. Czy to tu?”. Jest jedna zastanawiająca rzecz dla każdego, kto próbuje uchwycić życie Mertona w jeden spójny obraz. Szukając dobrego miejsca do życia pustelniczego, Autor „Znaku Jonasza”, dzięki uprzejmości miejscowego biskupa, często wsiada do samolotu, aby z góry dokonać oglądu alaskijskich możliwości. Nie sposób nie dostrzec rysującej się tu metafory: Merton w samolocie, wpatrzony w obrazy lasów, gór i ukrytych jezior, to wszak Merton oglądający swoje własne życie. Wszystko, czego pragnął – spogląda na to z wysoka. To, do czego uciekał – leży poniżej. Samolot ląduje, Merton wysiada; wyrusza dalej. Zapewne jest zbyt zapatrzony w Azję, aby – być może zrozumieć – że osiągnął już cel swej podróż.

„Dziennik azjatycki” można czytać na wiele sposobów. Zarówno jako spotkanie Zachodu ze Wschodem, chrześcijaństwa z buddyzmem, wreszcie wyobrażenia z rzeczywistością. Merton odsłania się jako jeden z prekursorów dialogu międzyreligijnego i takich pytań nie należy lekceważyć: jak lamowie czytaliby Ezechiela i Apokalipsę? Jak buddyjscy mistrzowie przeglądają się swemu doświadczeniu w apoftegmatach Ojców Pustyni? Jak wygląda sztuka romańska widziana ze Wschodu? Są to pytania-obrazy; rozległe, tchnące spokojem, choć nie pozbawione prowokacji (wydaje się, że trzeba na nie odpowiadać, a właściwie nie trzeba). Mnie interesuje podróż wewnętrzna, podróż będąca we wnętrzach wszystkich innych podróży, jednak nie potrafiąca odnaleźć ukojenia. Czy coś z niej samej przeczuwał Merton? „Dziennik azjatycki” jest dziełem niedokończonym, dziełem we fragmentach niejako. Być może w ostatecznym kształcie nadanym przez samego autora, a nie jego redaktorów, wybrzmiałyby inne słowa. Dość napisać, że podróż wewnętrzna – wieczne nie-tutaj, wyraźnie dochodzi do głosu.

Merton w samolocie, wpatrzony w obrazy lasów, gór i ukrytych jezior, to wszak Merton oglądający swoje własne życie. Wszystko, czego pragnął – spogląda na to z wysoka

Zatem Azja, spełnienie marzeń, pielgrzymka do źródła Doświadczenia. Pomimo dotarcia do upragnionych miejsc, lub może bardziej, pomimo bycia w drodze do upragnionych miejsc, Merton paradoksalnie zaczyna swoją kolejną podróż. 1 listopada 1968, Himalaje. „Wczoraj wieczorem przyjechaliśmy z Haroldem Talbottem pociągiem z Delhi do Pathankot. Potem jeepem z tybetańskim kierowcą do Dharamsali. Spałem nieźle na szerokiej dolnej pryczy. Była to moja pierwsza nocna podróż pociągiem od czasu, gdy dwadzieścia siedem lat temu jechałem do Gethsemani, aby wstąpić do klasztoru. (…) Piękna była droga do Dharamsali – góry, wioski, kaniony, świątynie, zburzone forty, dorodne, dobrze utrzymane rezerwaty leśne. Potem wspinaczka do samej Dharamsali i ze wsi rozległy widok na równiny. Padało, kiedy przyjechaliśmy, i grzmot rozmawiał sam ze sobą (…)”. W dalszym opisie mnich wspina się, aby „zakosztować Himalajów”. Idzie ciągle pod górę, nie po to, aby zdobyć jakiś szczyt, ale powoli , ciesząc się samą wspinaczką, szukając miejsca do medytacji i karmiąc oczy rozległymi widokami. Nie sposób nie zestawić tych dwóch obrazów: Merton jadący pociągiem, aby wstąpić do Gethsemani i Merton jadący pociągiem do podnóża Himalajów. Pierwsza wyprawa zakończy się „Siedmiopiętrową górą”, druga swój finał znajdzie w widzeniu-oświeceniu w Polonnaruwa. Ta pierwsza zakończy się słowami: „jeden z nas musi umrzeć”, druga zaś dopowie się w słowach: „wszystko jest pustką i wszystko jest współczuciem”. Pomiędzy nimi 27 lat spędzonych w klasztorze, a przed jego bramą pozostawionych 27 lat spędzonych w świecie. Co robi ten mnich, gdzieś tam, w górach?

Gethsemani widziane z oddali zaczyna coraz bardziej promieniować. „Zeszłej nocy – zapisze pod datą 5 listopada – śniło mi się, że byłem – na jakiś czas – z powrotem w Gethsemani”. Zaś 10 dni później: „Dziś jest Święto Poświęcenia Kościoła w Gethsemani. Znów odmówiłem świąteczne laus na zboczach Wzgórza Obserwatorium, przy akompaniamencie śpiewu tybetańskich dzieci”. W trakcie azjatyckiej podróży o jego serce zaczęły konkurować Alaska, Gethsemani oraz Azja. Może plantacja herbaty pod Dardżylingiem byłaby dobrym miejscem na pustelnię? Wyjazd z pustelni w Kentucky pozwolił mu spojrzeć na swoje życie i miejsce w inny, szerszy sposób. „Chociaż w pełni doceniam liczne plusy pustelni w Gethsemani, wciąż mam uczucie, że (…) powinienem się przenieść. A jak dotąd, najkorzystniej rysuje się perspektywa Alaski lub okolicy Redwoods. Kolejne pytanie: czy ta przeprowadzka ma być tymczasowa czy na stałe [podkr. Mertona]? Chyba nie powinienem się całkowicie separować od Gethsemani, nawet gdybym miał nadal oficjalnie tam mieszkać tylko w sensie prawnym. Sądzę, że tam powinienem ostatecznie dożyć swoich dni. Nie chodzi o to, że chcę po prostu «wyjechać z Gethsemani». To mój klasztor, i to, że przebywam z dala od niego, pomogło mi popatrzeć na niego z pewnej perspektywy i tym mocniej go pokochać” (18 listopada). W ostatnim liście z 8 grudnia pisze do wspólnoty w Kentucky: „W czasie dzisiejszego święta [uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny] myślę o was wszystkich. Nadchodzą święta Bożego Narodzenia, a ja tęsknię za Gethsemani”.

Niepokój monastyczny

Merton swoje powołanie, ba, siebie samego, potraktował swoistym wytrychem. Przez lata poszukiwał i pielęgnował to, co tradycja monastyczna zna jako pokój monastyczny. W ostatnich latach Merton uporczywie głosi „niepokój monastyczny”. Nie jest to jakaś rewolucja kościelna, ale sięgnięcie do samego rdzenia doświadczenia monastycyzmu z jego pierwotnym oddechem egipskich pustyń. Mnich to człowiek zbędny, niekonieczny; słowem: nie ktoś (ważny), ale nikt (ważny). Owo nic – ogołocone ze znaczenia i tytułów, ubioru i miejsca – ma trwać przed Bogiem. Być może też w tym świetle „niepokoju monastycznego” należy raz jeszcze odczytać ślub stabilitas loci – nie jako pewnego rodzaju pewność duchową, ale właśnie jako podróż. Październik 1968 roku przynosi w „Dzienniku azjatyckim” jeden z ostatnich zapisów: „Czy zakonnicy, hippisi i poeci są ludźmi, którzy coś znaczą? Nie, my postanowiliśmy być ludźmi bez znaczenia. (…) Człowiek żyjący na marginesie – zakonnik, uchodźca, więzień – wszyscy oni żyją w obliczu ciągłej obecności śmierci, która podaje w wątpliwość sens życia. Taki człowiek walczy z faktem śmierci w samym sobie i stara się odnaleźć coś głębszego niż śmierć; ponieważ istnieje coś, co jest  głębsze niż śmierć, a zadanie zakonnika, człowieka z marginesu, człowieka, który się poświęcił medytacji, poety, polega na tym, aby wyjść poza dychotomię życia i śmierci i w ten sposób dawać świadectwo życiu”.

Podróż wewnętrzna Mertona: paradoksy i wytrychy, aby zrozumieć siebie. Cała ta mertoniada: ucieczka od świata, zakonnik, pustelnik podróżujący w samym sobie do Ameryki Łacińskiej, Rosji, Japonii, Chin… Jednocześnie jakieś zamknięcie i powtórzenie raz jeszcze historii monastycyzmu z czasów egipskich pustyń – odejście od świata, odnalezienie świata i jakieś czułe objęcie go, pomimo wzajemnej konstatacji. 10 grudnia 1968 znaleziono go porażonego prądem. Dokładnie dwadzieścia siedem lata od chwili wstąpienia do klasztoru w Gethsemani. Ostatecznie tam właśnie spoczęło jego ciało.