Wołanie żółtych kamizelek to kolejny alarm sygnalizujący, że coś w naszej nowoczesności szwankuje. Nie tyle na poziomie gospodarki, co właśnie relacji społecznych. Najbardziej dotkliwym pragnieniem żółtych kamizelek jest przecież „bycie usłyszanym”.

Mocne, symboliczne obrazy: płonące barykady; rewolucyjne hasła wypisane na Łuku Triumfalnym; manifestanci klęczący przed żandarmerią; kobiety w czerwonych czapkach frygijskich idące z obnażonymi piersiami, nieustraszone, w stronę uzbrojonego oddziału służb porządkowych… Kadry idealnie skrojone na miarę społeczeństwa spektaklu obiegały przez ostatnich pięć tygodni cały świat.

Wraz z nimi – mnożące się pytania, hipotezy, analizy. Dyskurs medialny nie do końca potrafi ogarnąć całość zachodzących wydarzeń. Granice ruchu zarysowują powtarzane bez końca pojęcia: „niesłychany”, „oryginalny”, „nieobliczalny”, „niezwykle heteronomiczny”. Czym jest ruch żółtych kamizelek? Czy słusznie uznano go we Francji za niezwykły i oryginalny (przecież do protestów dochodzi w kraju, dla którego rewolucyjne zrywy to „tradycja i stara pasja”). Czy problemy, które podnosi, ograniczają się do kwestii ekonomiczno-politycznych?

Głos (zawiedzionego) ludu

Wszyscy są zgodni – protest przeciwko podwyżce cen paliwa był tylko kroplą, która przelała czarę goryczy. Pierwsze żądania żółtych kamizelek dotyczące obniżenia części podatków i przywrócenia sposobu naliczania tzw. podatku od fortun (obciążał najbogatszą część społeczeństwa), szybko przerodziły się w listę 42 postulatów. Propozycje zmian dotyczą: kwestii mieszkaniowych, opieki zdrowotnej, systemu fiskalnego, politycznego, finansów publicznych, płac, polityki emigracyjnej, edukacji, transportu. Pytanie o realność i trafność projektów to szeroki temat na osobną analizę. W zrozumieniu istoty ruchu najistotniejsze jest bowiem to, że wszystkie żądania – te spisane w manifeście i te wypowiadane przed kamerami – skupiają się wokół dotkliwego poczucia bezsilności: jesteśmy zmęczeni niesprawiedliwością społeczną, mamy dość hipokryzji elit, mamy dość bycia nikim dla rządu.

Walka z systemem podatkowym i niechęć do bycia reprezentowanym przez polityków nie jest we Francji nowym zjawiskiem. Przykłady buntów antyfiskalnych sięgają XV wieku. Dla wielu historyków pragnienie większego wpływu na sprawy społeczne i wizja obywatelskości opartej na bezpośrednim udziale w polityce to przedłużenie żądań sans-culottes z czasów Rewolucji Francuskiej; chociaż i w XIX wieku znaleźć można przykłady walki o „obecność” i lepszy byt „zwykłego ludu”.

Protest przeciwko podwyżce cen paliwa był tylko kroplą, która przelała czarę goryczy

Nie trzeba jednak cofać się w czasie aż tak bardzo – historyk Jean Garrigues w wywiadzie dla France Culture zwraca uwagę, że dzisiejsza frustracja żółtych kamizelek wynika z szeregu kryzysów trawiących Francję od lat 70. ubiegłego wieku. Żaden rząd nie może poradzić sobie z głębokimi podziałami terytorialnymi i społecznymi, z coraz poważniejszym kryzysem demokracji reprezentatywnej, z wizerunkowym osłabieniem pozycji prezydenta.

Manifestacje żółtych kamizelek nie są jednak traktowane na równi z licznymi strajkami czy marszami, których Francja doświadcza niemal każdego miesiąca. Dlaczego zatem, nawet we francuskim kontekście historyczno-społecznym, ich głos brzmi dobitniej?

Nowy ruch społeczny

Nie każdy protest jest ruchem społecznym. Odwołując się do klasyków socjologii i teoretyków ruchów społecznych, Alaina Touraine’a i Manuela Castellsa, ruch społeczny najogólniej można opisać jako zbiorowe działanie podejmowane w celu zmiany wartości wyznawanych przez społeczeństwo i przekształcenia jego instytucji. Takie działania są więc z założenia dużo bardziej konfliktowe niż jednorazowe protesty, marsze, strajki – podważają zastany układ relacji między klasami kierowniczymi a ludem, aby ostatecznie wpłynąć na praktykę społeczną.

Co ważne (i dlatego obecnie mówi się o „nowych ruchach społecznych”) w społeczeństwie postindustrialnym walka nie toczy się już, jak w przypadku ruchów robotniczych, między klasami, o to, aby przejąć kontrolę nad procesem produkcji i dystrybucji. Spór niejako wychodzi z przestrzeni fabryk, a punkt ciężkości zostaje przeniesiony z pola pracy na pole kulturowe. Nowy ruch społeczny, taki jak żółte kamizelki, obnaża dużo głębsze problemy. Stawką są bowiem: społeczne priorytety, słownik prawomocnych pojęć i wartości, kierunek rozwoju społeczeństwa.

I chociaż często postuluje się konkretne zmiany mające poprawić kondycję finansową, obiektem konfliktu nie musi być koniecznie status materialny. Żądania nowych ruchów społecznych skupiają się na walce o uznanie tożsamości (w tym przypadku o uznanie przez rząd godności „zwykłego obywatela Francji”), na walce przeciw formom wykluczenia z dyskusji dotyczących spraw państwowych, na walce o poszerzenie przestrzeni demokracji. Manifestujący, choć ich żądania są najpierw wymierzone w instytucje określające ramy działania państwa, nie chcą obalać aparatów władzy, nie podważają zasadności istnienia społeczeństwa kapitalistycznego. Buntują się przeciw nadużyciom.

Za dosadnymi wypowiedziami – „jesteśmy tymi gorszymi”, „jesteśmy traktowani jak dojne krowy” – kryje się wołanie o sprawiedliwość, czyli właśnie o uznanie i uszanowanie głosu, wysiłku, pracy, po prostu obecności przeciętnego obywatela

W przypadku żółtych kamizelek mamy więc do czynienia z ruchem wychodzącym w swoich oczekiwaniach daleko poza zwykłą poprawę warunków finansowych. Za dosadnymi wypowiedziami – „jesteśmy tymi gorszymi”, „my, zwykli ludzie ledwo wiążący koniec z końcem, jesteśmy wykorzystywani”, „jesteśmy traktowani jak dojne krowy” – kryje się wołanie o sprawiedliwość, czyli właśnie o uznanie i uszanowanie głosu, wysiłku, pracy, po prostu obecności przeciętnego obywatela.

Te pragnienia, choć może same w sobie i na tle historii Francji nie są tak oryginalne, to jednak wyrażają się w niespotykanej dotąd formie. Bo kiedy nowe media kanalizują energię ruchu społecznego, a jego kształt dyktuje logika cyberprzestrzeni, skutki buntu dużo bardziej zaskakują.

Cyberprzestrzeń jako agora

33-letni kierowca ciężarówki, 51-letnia hipnoterapeutka i 32-letnia właścicielka mikroprzedsiębiorstwa – zawiązywanie ruchu żółtych kamizelek rozpoczęło się od internetowych akcji Erica Drouet, Jacline Mouraud i Priscilli Ludosky wymierzonych w politykę fiskalną rządu. Jeszcze przed pierwszym aktem mobilizacji, 17 listopada, nagranie Mouraud miało kilkaset tysięcy odsłon, Ludosky zebrała ponad milion podpisów pod swoją petycją online, utworzono niezależnie setki grup na Facebooku nawołujących do manifestacji w różnych zakątkach Francji. Po pierwszym akcie według dziennika „Le Monde” liczebność ruchu szacowana na 1,3 miliony wzrosła do prawie 2.

Chociaż na francuskich ulicach manifestuje coraz mniej osób (od dnia pierwszej mobilizacji ich liczba spadła czterokrotnie), to zasięg całego ruchu nie przestaje imponować. Protesty – organizowane spontanicznie, bez konkretnej grupy oficjalnych liderów – miały miejsce na całym terytorium Francji, także na terenach zamorskich (Reunion, Gujana Francuska, Gwadelupa, Martynika).

Kiedy francuscy intelektualiści próbują rozgryźć ruch żółtych kamizelek, dochodzą do wniosku, że reforma najważniejsza to przyjęcie przez całe społeczeństwo, także rządzących, postawy głęboko empatycznej i humanistycznej. Należy zrewidować system wartości

Źródłem (kontr)władzy stała się globalna sieć, która pozwala różnym grupom społecznym na swobodne starcia opinii i krystalizację nowych ruchów pozostających w dużej mierze poza kontrolą rządu. Mechanizm organizowania się w cyberprzestrzeni wyczerpująco opisuje przywołany już Castells. Żółte kamizelki działają właśnie zgodnie z prawami internetu i bezprzewodowej komunikacji: w atmosferze niemal nieograniczonej wolności wypowiedzi, z wykorzystaniem demokratycznego modelu w procesie decyzyjnym, przy znikomej hierarchii, poddając się nurtowi swobodnego przepływu informacji.

Co więcej, ruch jest zaskakująco heteronomiczny. Mamy wśród zaangażowanych głównie przedstawicieli klasy średniej, w wieku około 45 lat, ale są to osoby o bardzo różnych zawodach i poglądach politycznych; połowa z nich nigdy wcześniej nie brała udziału w manifestacjach. Po pięciu tygodniach ruch nadal działa bez oficjalnych liderów, nie z ramienia partii politycznej ani związku zawodowego, bez trwałych struktur. Rzecznicy i liderzy wyłaniają się w konkretnych momentach, na potrzebę chwili. Podobnie jak i struktura – konfigurowana tymczasowo, kształtowana miękkimi narzędziami: czasem, przestrzenią, potrzebą.

Specyfika żółtych kamizelek wpisuje się więc idealnie w charakter współczesnych „usieciowionych ruchów społecznych” (Castells). Ich członkowie to nie tylko ludzie zmęczeni zajmowaniem marginalnej pozycji w społeczeństwie, ale i ci, co pozostają nieufni wobec mediów, partii politycznych, związków zawodowych. Odrzucają pośredników i przywódców. To między innymi sprawia, że nie do końca słuszne są głosy porównujące zjawisko żółtych kamizelek do manifestacji poujadystów z lat 50. czy krwawych paryskich protestów z 1934 roku – akcji ustrukturyzowanych i upolitycznionych.

Jednak mimo to, że dostępne narzędzia teoretyczne pozwalają nam bez trudu wytłumaczyć charakter i formę ruchu żółtych kamizelek, pozostaje pytanie: dlaczego dla francuskiej opinii publicznej cały ruch jest tak dręczący w swojej dynamice?

Słowa klucze: sprawczość i kompromitacja

Swoim sposobem działania i efektami pięciotygodniowej mobilizacji żółte kamizelki nadkruszyły solidność francuskich mitów. Mam tu na myśli „mit codzienny” w rozumieniu Rolanda Barthesa, czyli pozbawiony wartości religijnej, niebędący wielką założycielską narracją. Takimi mitami – „parawanami wartości i sposobów myślenia” (D. K. Westerhoff) – byłyby: ideał demokratycznej Francji, w której zmian dokonuje się na drodze pokojowego dialogu władzy z przedstawicielami ludu; ideał francuskich służb porządkowych, które sprawiedliwie strzegą demokratycznego ładu; mit prezydenta jako odważnej głowy państwa odpowiedzialnej za cały naród.

Żółte kamizelki dobitnie pokazały, że realny efekt przyniosły dopiero nielegalne, czasem brutalne, manifestacje. Ujawniły one słabość policji (aktualnie obserwujemy ciąg dość groteskowych zdarzeń – dziennikarze oskarżyli służby porządkowe o poważne nadużycia i fizyczną agresję wymierzoną w fotoreporterów, policja zaś manifestuje przeciw rządowi, domagając się godnych warunków pracy i sprawiedliwych premii za minione tygodnie mobilizacji). Skompromitowały postać prezydenta – którego trzeba zastraszyć, żeby po paru tygodniach zajął wiążące stanowisko w obliczu zamieszek. Wreszcie – skompromitowały wyobrażenie elit o tym, że, aby sprawnie działać, należy posiadać strukturę, precyzyjne żądania i reprezentantów. To skądinąd słuszna uwaga, ale zdaje się, że żółtym kamizelkom zależało nade wszystko na byciu usłyszanym – a do tego potrzeba czasem bezkompromisowych ruchów łamiących teoretyczne oczekiwania.

Swoim sposobem działania i efektami pięciotygodniowej mobilizacji żółte kamizelki nadkruszyły solidność francuskich mitów

Wyjątkowość ruchu żółtych kamizelek kryje się także w sile, która go napędza. Siłą wewnętrzną, niewątpliwie spajającą uczestników, jest poczucie sprawczości i wspólnotowości. Wyobrażenie, że w danym momencie wszyscy podzielamy tę samą ideę, to samo pragnienie, a dzięki temu zyskujemy energię pozwalającą na realne oddziaływanie na rzeczywistość. Podejmując myśl Gustave’a Le Bona – uwodzą nas i łączą w działaniu proste, wymowne obrazy, z którymi każdy się utożsamia.

Siłą zewnętrzną z kolei, dzięki której żółte kamizelki zaistniały na poważnie w dyskursie medialnym, a później i politycznym, są twarze reprezentantów ruchu. Dziesiątki twarzy zwykłych, konkretnych ludzi niejako „strukturyzujących” cały ruch; niezliczone wypowiedzi, którym po prostu się wierzy. Nie bez powodu nie ma praktycznie żadnych karykatur żółtych kamizelek (i to w kraju, w którym prawo do wolności słowa i żartu są dla prasy święte!). Z twarzy zwykłego człowieka, który wyraża zaniepokojenie o przyszłość swoich dzieci, swoich pracowników, nie chce się żartować. Jest to obraz dla wszystkich zbyt bliski, plastyczny, realny.

Last but not least – ukryte pytanie filozoficzne

Kiedy francuscy intelektualiści próbują rozgryźć ruch żółtych kamizelek, dochodzą ostatecznie do wniosków takich jak Alain Touraine czy Bernard-Henri Lévy, że u podstaw potrzebnych reform leży reforma najważniejsza – przyjęcie przez całe społeczeństwo, także rządzących, postawy głęboko empatycznej i humanistycznej.

Należy zrewidować system wartości. Dlaczego? Bo wołanie żółtych kamizelek to kolejny alarm sygnalizujący, że coś w naszej nowoczesności szwankuje. Nie tyle na poziomie gospodarki, co właśnie relacji społecznych. Najbardziej dotkliwym pragnieniem żółtych kamizelek, i jednocześnie najtrudniejszym do uchwycenia, jest przecież „bycie usłyszanym”. A prawdziwie usłyszeć można tylko kogoś, komu dobrowolnie poświęci się czas na osobiste spotkanie.

Potrzebę spotkania ciekawie przedstawia Hartmut Rosa, niemiecki filozof i socjolog. Opisuje nasze pragnienie relacyjności za pomocą pojęcia rezonansu. Znajdujemy szczęście wtedy, gdy możemy rezonować: z drugą osobą, z muzyką, książką, ideą; kiedy realizujemy pragnienie bezpośredniego „doświadczania” i „bycia doświadczanym przez”. Żółte kamizelki dają upust tęsknocie za rezonowaniem. Nie wiadomo, do ilu realnych zmian doprowadzą, gdy ucichnie medialny szum. Ważne i ciekawe pozostaje jednak to, że – być może zupełnie nieświadomie – żółte kamizelki postawiły elitom głębokie społeczne pytania, komplikując tym samym całą polityczną rozgrywkę.