Wspólnocie Kościoła w Polsce życzyłbym większej wrażliwości na ludzkie niedostatki moralne, do których zbyt często podchodzimy z pozycji sędziów, utożsamiając człowieka ze złem, które czyni, albo odmawiając mu aprobaty za dobro, którego jest autorem, tylko dlatego że postępuje nie zawsze zgodnie z etyką katolicką.

Wprawdzie Chrystus przestrzegał nas: nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni (Łk 6, 37), ale my przyzwyczailiśmy się do tego, że dzielimy ludzi na dobrych i złych, posługując się bardzo różnymi kryteriami: dobrzy są ci, którzy mówią o sobie, że są wierzącymi, katolikami, chodzą do kościoła, wychowują dzieci po Bożemu, są uczciwi, prawdomówni; źli natomiast są ci, którzy takich deklaracji nie składają, nie kryją się z zabieganiem o pieniądze i stanowiska, używają świata i nie myślą o Bogu. Dobrzy są ci, którzy potrafili się w życiu ustabilizować, nie stanowią dla nikogo problemu, nie piją, nie palą, nie sięgają po narkotyki, żyją moralnie i nie stwarzają innym żadnego kłopotu. W takim schemacie myślenia i oceny jest dużo prawdy, ale i wielkie ryzyko, że osądzamy, kierując się przede wszystkim objawami zewnętrznymi, nie uwzględniając okoliczności, do których nie chcemy sięgnąć, albo do których po prostu nie mamy, a nawet nie możemy mieć dostępu.

Jest rzeczą oczywistą, że Kościół zawsze jest wezwany i posłany do głoszenia Ewangelii, która skierowana jest do każdego człowieka na całym świecie. Jest to dobra nowina o zbawieniu wysłużonym człowiekowi przez Chrystusa na krzyżu. Aczkolwiek jest ona adresowana do wszystkich bez wyjątku ludzi, to w sposób szczególny Chrystus nakazuje nam troszczyć się o najbiedniejszych, najsłabszych, pokrzywdzonych, dotkniętych wszelkim rodzajem choroby i cierpienia. Co więcej, Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony (J 3, 17) i mówi, że nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają (Mt 9, 12).

Trosce Kościoła powierzeni są wszyscy, którzy się źle mają. Dotyczy to nie tylko biedy duchowej i moralnej, które są szczególną domeną troski Kościoła, ale i nędzy materialnej, tym bardziej że obydwie lubią chodzić w parze.

Jeżeli jakieś zjawisko z góry kwalifikuje się jako godne potępienia, bez wglądu w indywidualne uwarunkowania, nie dziwmy się, że utrwalamy słuszność ocen opartych na pozorach

Jest rzeczą zdumiewającą, że człowiek ubogi duchowo albo naruszający normy moralne, a zwłaszcza moralnie zdeprawowany, chociaż w Kościele ma zawsze otwartą drogę do nawrócenia, to jednak w ogólnym odczuciu wiernych, zachowujących zewnętrzną poprawność religijno-etyczną, uważany jest za gorszego, odstępcę, a czasem za trędowatego, którego trzeba się strzec. Choć wszyscy mamy świadomość naszej słabości i grzeszności, to jednak trudno nam nabyć umiejętność rozgraniczania między człowiekiem a złem, które popełnia. U Boga każdy człowiek jest w jednakowej cenie i każde zło, przez kogokolwiek popełnione zasługuje na potępienie. Potępiajmy zło, szanując jednak człowieka i dając mu ciągle szansę.

Narzekamy na panoszące się wokół nas zło, w domu, na ulicy, w środkach przekazu, w życiu publicznym. Wydaje się nam, że najskuteczniej byłoby wyciąć i zniszczyć zło wraz z jego twórcą: ocenzurować, a człowieka zamknąć w więzieniu lub zwolnić z pracy. Niechaj sobie zapamięta, że tak nie wolno, niech ma nauczkę na przyszłość, niech poniesie konsekwencje swojego postępowania. Każde zło traktujemy jak zakaźną chorobę, domagamy się izolacji chorego. W tym właśnie miejscu następuje pozorny konflikt między potrzebą przeciwstawiania się złu a wolnością człowieka, która w sposób podstawowy określa jego godność, jest to konflikt pozorny, bo wystarczy wskazać na to, że dobro może być tylko owocem wolności, inne nie wchodzi w rachubę, przynajmniej wobec Boga.

Obszar biedy, zwłaszcza moralnej, jest ogromny, zaczynając od spraw najbliższych Kościołowi, należy wskazać na tych, którzy z własnej lub z cudzej winy popadli w prawdziwy lub mniemany konflikt z Bogiem i Kościołem. Wierzą, ale poplątało im się życie. Często dotyczy to wspólnoty rodzinnej. Nie każde małżeństwo rozpada się z obopólnej winy, ale kto się rozwiódł, jest piętnowany na zasadzie wskazanego już podziału na dobrych i złych. Przychodzą na świat dzieci poza małżeństwem, niekiedy z naiwnej wiary w miłość, innym razem na skutek ludzkiej słabości. Matka rodząca dziecko w tej sytuacji stawiana jest poza nawiasem wspólnoty kościelnej, mimo że zdecydowała się na to, by rodzić i narazić się na społeczną izolację. Coraz liczniejsi są ci, którzy podejmują życie wspólne, obywając się bez małżeństwa nie tylko religijnego, ale i cywilnego. Oczywiście, że każdy przypadek trzeba traktować indywidualnie, ale jeżeli jakieś zjawisko z góry kwalifikuje się jako godne potępienia, bez wglądu w indywidualne uwarunkowania, nie dziwmy się, że utrwalamy słuszność ocen opartych na pozorach. Dobrym przykładem może być tutaj postawa wobec ludzi, którzy ulegli powabowi i złudnej atrakcji narkotyków czy innych uzależnień. Często u podstaw tych tragedii stoi osobista odpowiedzialność, a często i wina, ale właśnie z tego powodu ci ludzie powinni się stać przedmiotem szczególnej troski Kościoła. Pod tym względem Kościół nie może się ograniczać do pomocy świadczonej przez instytucje kościelne, np. „Caritas”, ale winien wychować powszechną świadomość wspólnotową, rodzącą wspólnotowe zrozumienie, opiekę i odpowiedzialność za każdego człowieka dotkniętego nieszczęściem. Troska o niego spoczywa na całej wspólnocie kościelnej. Szczególnym przykładem takiego myślenia są osoby dotknięte współczesnym trądem – AIDS.

Opcja Kościoła na rzecz ubogich, ludzi pokrzywdzonych przez los, niezaradność, ale też osobiste lenistwo i błędy życiowe, ludzi znajdujących się na marginesie życia społecznego, dotkniętych ubóstwem na skutek przeprowadzanych reform społecznych i gospodarczych, bezdomnych i bezrobotnych, musi być podejmowana w duchu ewangelicznego radykalizmu, który nakazuje upominać się o każdego potrzebującego i nie pozwala nikomu odmówić wsparcia. Z drugiej strony obowiązek Kościoła w tej dziedzinie nie może być pojmowany w sposób naiwny, tylko w sensie dawania pomocy tam, gdzie ona jest potrzebna, skoro istnieją możliwości wyeliminowania przyczyn ludzkiego nieszczęścia poprzez zmianę struktur społecznych czy doprowadzenie do stworzenia mechanizmów zapobiegających wchodzeniu ludzi w nieszczęście. W dzisiejszych warunkach, kiedy państwo przejęło prawie w całości fundusze publiczne, do niego należy likwidowanie przyczyn ubóstwa i taka administracja zasobami materialnymi, która dałaby wszystkim szansę na godne życie.

Czy Kościół w Polsce wystarczająco upomina się o najsłabszych? Na to pytanie odpowiedź nie jest prosta. Dostosowanie gospodarki polskiej do zasad wolnego rynku, konieczne ze względu na niewydolność ekonomiczną gospodarki nakazowej, wymagało od całego społeczeństwa niemałych ofiar, wielu ludzi pozbawiło pracy i środków do życia. Trudno było protestować przeciw słusznym reformom, trudno było żądać od biskupów, by znali i proponowali ekonomistom lepsze rozwiązania, zwłaszcza że ci zapewniali, iż uzdrowienie ekonomii wszystkim wyjdzie na dobre. I tak zarzucano Kościołowi, że nie dość mocno popiera reformy. Jednak Kościół nie może się nigdy dyspensować od dostrzegania najbardziej potrzebujących i od upominania się o nich. Tego głosu przez ostatnie lata nie było dosyć, a w każdym razie nie był on wystarczająco słyszalny. Może najczęściej mówiło się o bezrobociu. Zabrakło prawie zupełnie jasnego stanowiska wobec narkomanii, chorych na AIDS, bezdomnych, kobiet sprzedawanych za granicę i zmuszanych do prostytucji, co więcej, czasem piętnowano osoby, które im przychodziły z pomocą i posądzano je o niecne intencje. Jeśli nawet takie przypadki były odosobnione, to brakowało działań edukacyjnych, tworzących chrześcijańską świadomość wiernych w tych sprawach.

Znacznie lepiej wyglądała sama pomoc świadczona przez instytucje kościelne w domach opieki społecznej, w schroniskach dla bezdomnych, wobec głodnych i chorych. Nie mogła ona sprostać potrzebom, ale Kościół zapewne zrobił w tej dziedzinie, co mógł. Wiele osób poświęca swe życie dla ratowania ludzi w potrzebie. Diecezje potrafiły uruchomić i prowadzą do dziś kuchnie dla ubogich, prężnie działają diecezjalne, a czasem nawet parafialne oddziały charytatywne, „Caritas Polska” zaś reaguje na ludzkie nieszczęścia od Rwandy po Koreę Północną, nie zapominając o potrzebach w kraju. Sprawnie i skutecznie organizowane są kościelne akcje pomocy w przypadku klęsk żywiołowych. Wspólnota kościelna jest coraz to bardziej wrażliwa, hojna i chętna w reagowaniu na ludzką biedę.

Dobro zawsze należy nazywać dobrem, a zło złem, a dla człowieka zachować należny mu szacunek

Do wielu tych problemów Kościół w Polsce ustosunkował się w dokumentach II Polskiego Synodu Plenarnego, który stał się okazją do rachunku sumienia i wskazał kierunki działania na przyszłość. Duszpasterze i wszyscy zatroskani o najsłabszych i najbardziej potrzebujących, znajdą tam właściwą motywację i inspirację do spełnienia swego chrześcijańskiego obowiązku wobec bliźnich.

Nie wydaje się, aby było możliwe wskazanie jakiegoś sposobu uzdrawiającego natychmiast obecny stan. Trzeba mieć świadomość, że najskuteczniejszym środkiem na biedę jest moralnie zdrowe społeczeństwo oraz pielęgnowanie cnoty miłości bliźniego i takie jej praktykowanie, by dotkniętym nieszczęściem przywracało ludzką godność. Dopiero idąca w parze z tym pomoc materialna – czy przez właściwe reformy, czy bezpośrednie wsparcie, może zmniejszyć w sposób znaczący liczbę osób dotkniętych wszelkiego rodzaju biedą. Dzisiaj potrzebne jest niewątpliwie zainteresowanie się i otwarcie na pomoc sąsiadom, ludziom potrzebującym pomocy w najbliższym naszym otoczeniu. Ale i do tego niezbędna jest świadomość, że wspierając drugiego człowieka dobrym słowem, zrozumieniem, radą czy jakimkolwiek datkiem, wykazujemy zatroskanie o człowieka, także w nas samych.

Wspólnocie Kościoła w Polsce, która uczyniła wiele dla zaradzenia potrzebom materialnym, życzyłbym większej wrażliwości na ludzkie niedostatki moralne, do których zbyt często podchodzimy z pozycji sędziów, utożsamiając człowieka ze złem, które czyni, albo odmawiając mu aprobaty za dobro, którego jest autorem, tylko dlatego że czasem wyraża poglądy lub postępuje nie zawsze zgodnie z etyką katolicką. Dobro zawsze należy nazywać dobrem, a zło złem, a dla człowieka zachować należny mu szacunek. Czy nie byłoby potrzebne wczuć się w położenie ludzi, którzy zbłądzili, sami sobie poplątali drogi, ale przecież nie mogą być spisani na straty? Oni potrzebują wyciągniętej ręki, asystencji, życzliwości, dostrzeżenia ich godności, czekają, by Kościół dał im szansę. Praca nad taką postawą Kościoła jest sprawą pilną, żyjemy bowiem w społeczeństwie bardzo zróżnicowanym i dobra przekazanego nam przez Chrystusa dla wszystkich nie możemy trzymać pod korcem.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 6/1999.