Pod słowami „żyjąc rozrzutnie” w przypowieści o synu marnotrawnym kryje się dramatyczna treść. On trwonił swoje życie, nie tylko majątek. A jaki to ma związek z Bożym Narodzeniem?

Z okazji świąt Bożego Narodzenia życzymy sobie najczęściej „wszystkiego najlepszego”. I ta zakładana obfitość jest zrozumiała. Zastanowiły mnie więc życzenia, które w tym roku otrzymałem od przyjaciela „Więzi”, Tomasza Kopoczyńskiego. Uderzały one swą, jeśli można tak powiedzieć, powściągliwością. Czytamy w nich: „Proszę przyjąć skromne życzenia, aby w nadchodzącym okresie choć jedno marzenie i jedna nadzieja nie znikły bez śladu – niech trwają jak najdłużej”.

Choć jedno marzenie i jedna nadzieja, nie więcej… Powściągliwość, skromność, umiar, samoograniczenie, by nie powiedzieć – minimalizm. To dość niespotykane w czasach, które dążą do maksymalizacji wszystkiego, które znane są raczej z nienasycenia. Po co się ograniczać w marzeniach? – ktoś zapyta.

Nie byłbym sobą, gdybym nie szukał w tych życzeniach teologicznej intertekstualności. Liczebnik „jeden” pojawia się – między innymi – w dwóch ważnych kontekstach w Ewangelii. W znanej scenie z Betanii, gdzie Jezus gości u Marty i Marii, Pan zarzuca Marcie, że ta troszczy się i niepokoi o wiele, „a potrzeba mało albo tylko jednego” (Łk 10,41-42). Z kolei, obserwując wrzucanie pieniędzy do skarbony w świątyni jerozolimskiej, Jezus zauważa, że kobieta, która – jak mówi polski tłumacz Biblii Tysiąclecia – wrzuciła „jeden grosz” (a właściwie jeden kwadrans rzymski, choć były to dwa małe pieniążki), „wrzuciła wszystko” (Mt 12,44). To „wszystko” prowadzi nas do innej opowieści ewangelicznej. Syn marnotrawny z przypowieści Jezusa,  najpierw z domu „zabrawszy wszystko”, roztrwonił cały swój majątek, żyjąc rozrzutnie w dalekich stronach (Łk 15,13).

Jesteśmy jako świat, a także jako Polacy, ludźmi trwoniącymi własne życie, a czasami także i cudze

W ewangelicznej arytmetyce „wszystko” to „jedno”, a „jedno” to „wszystko”. Ale czym jest to jedno i wszystko zarazem? Gdy wczytamy się grecki tekst przypowieści o synu marnotrawnym, zobaczymy, że pod nieco banalnym wyrażeniem „żyjąc rozrzutnie” kryje się dużo poważniejsza, by nie powiedzieć – bardziej dramatyczna treść. Otóż znajdujące się tam wyrażenie zōn asōtōs można by przetłumaczyć jako: „prowadził życie przeciwko życiu”. On trwonił swoje życie, nie tylko majątek. Żył, nie ocalając siebie.

A jaki to ma związek z Bożym Narodzeniem? W Adwencie śpiewa się tak zwane wielkie antyfony „O”. Na dzień 18 grudnia przypisana jest antyfona zaczynająca się od słów „O, Adonai”. W najpopularniejszej polskiej wersji brzmi ona następująco: „O, Adonai, wodzu Izraela, / Coś go wyzwolił z rąk nieprzyjaciela, / Przybądź upadłym pod ciężkim brzemieniem, / z silnym ramieniem”. Ta militarna poetyka nie jest przypadkowa. Tekst zapowiada bowiem Zbawiciela, a słowo Zbawiciel (lub Zbawca, gr. Sōter) oznaczało pierwotnie w grece tego, kto w czasie bitwy wojennej wkracza w środek walki i wyzwala kogoś rąk nieprzyjaciela – jest więc czyimś zbawcą.

Zbawiciel musi mieć silne ramię, by wyzwolić kogoś z bitewnej opresji, a tym samym ocalić. Im większe niebezpieczeństwo, tym silniejsze musi być ramię Zbawcy. Im większe zagrożenie, tym dalej musi być wyciągnięta jego ręka. Ciekawe, że w łacińskiej wersji tej antyfony mówi się o „ramieniu wyciągniętym” (bracchium extentum), które wyzwala. Jak pisze Friedrich Hölderlin w poemacie „Patmos”: „Bliski jest / I do ujęcia trudny jest Bóg. / Lecz gdzie jest niebezpieczeństwo, wzrasta / Także to, co ocala” (tłum. S. Napierski). Im większe niebezpieczeństwo, tym dłuższe i silniejsze musi być to wyciągnięte ramię zbawcy. My chrześcijanie czekamy właśnie na Zbawiciela, na Tego, który nas ocali z opresji, z niebezpieczeństwa, wyniesie z pola bitwy. To jest to jedno i zarazem wszystko: zbawienie, ocalenie.

Po ustaleniu stanu teologicznego trzeba by teraz przejść do ustalenia stanu faktycznego, a ten, „jaki jest, każdy widzi”, że odwołam się do klasyka. W opublikowanym niedawno wywiadzie książkowym „Apokalipsa tu i teraz” René Girard mówi tak: „Musimy się zniszczyć albo pokochać; a ludzie – tego się obawiam – preferują wzajemne zniszczenie. Przyszłość świata nam się wymyka, niemniej jest jeszcze w naszych rękach: powinniśmy to przemyśleć”.

Nie, nie jestem katastrofistą. Nie wierzę, że z nami, ludźmi jest aż tak źle, że sami sprowadzamy na siebie zagładę. Ale wydaje mi się, że wszyscy mamy coś z syna marnotrawnego. Jesteśmy jako świat, a także jako Polacy, ludźmi trwoniącymi własne życie, a czasami także i cudze. Nie wiem, czy bardziej dziś niż kiedykolwiek. Może taka jest conditio humana, natura ludzka, że „żyjąc, trwonimy życie”, parafrazując tytuł książki Marii Janion.

Niech ślady naszych nadziei i marzeń pokryją się ze „śladem śladu” Tego, który „stał się Człowiekiem”, by zostawić swój ślad na ziemi

A teraz konkluzja. 31 maja 1976 roku w wywiadzie dla magazynu „Der Spiegel”, ku zaskoczeniu pytających go dziennikarzy, Martin Heidegger powiedział: Nur noch ein Gott kann uns retten. To zdanie bywa różnie tłumaczone na język polski: „Tylko Bóg mógłby nas jeszcze uratować” albo „Tylko jakiś bóg mógłby nas jeszcze uratować”. Dla nas chrześcijan nie ma tego dylematu. Nie ma „jakiegoś boga”, jest tylko Jezus – Bóg-Człowiek rodzący się w Betlejem. Choć trudno jest dostrzec wyciągnięte ramię Zbawcy w tym bezbronnym Dziecku złożonym w żłobie, a jeszcze trudniej będzie je dostrzec na krzyżu – a to właśnie tam „rozciągnął swoje ręce” – to chrześcijanie żyją nadzieją, że On jest naszym ratunkiem, naszym zbawieniem, naszym ocaleniem, naszą „jedną nadzieją” i „jednym marzeniem”.

Życzenia, o których pisałem na początku, kończą się takim, powiedzmy, postulatem, aby „jedno marzenie i jedna nadzieja nie znikły bez śladu – niech trwają jak najdłużej”. Gianni Vattimo pisze, że w epoce postsekularnej Bóg może się objawiać ludziom już tylko jako „ślad śladu”. I tutaj właśnie pojawia się miejsce na moje świąteczne życzenia. Życzę wszystkim, aby każda jedna, własna, indywidualna nadzieja spotkała się z tą „jedną nadzieją”, która się właśnie rodzi. Aby każde osobiste marzenie stało się odbiciem tego „jednego marzenia”, które się właśnie spełnia. A ich ślady – ślady nadziei i marzeń – niech się pokryją z owym „śladem śladu” Tego, który „stał się Człowiekiem”, by zostawić swój ślad na ziemi. I niech trwają jak najdłużej. Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

Rozszerzona wersja życzeń przygotowanych na spotkanie przedświąteczne w Kancelarii Tomasza Kopoczyńskiego AD 2018.