„Jak pies z kotem” Janusza Kondratiuka w żadnym razie nie jest łatwym wyciskaczem łez, to film śmieszny i tragiczny – tu łzom towarzyszy śmiech.

Ksiądz: Nie da się ukryć, Kasiu, że rozmowa o twórczości Andrzeja i Janusza Kondratiuków ma dla mnie bardzo osobisty charakter. Nie tylko dlatego, że prowadziłem pogrzeb Andrzeja i jestem zaprzyjaźniony z Januszem.

„Jak pies z kotem” – najnowszy film Janusza odbieram więc w sposób szczególny, bo byłem niejako świadkiem opowiedzianych w nim wydarzeń. Janusz i jego żona Beata opowiadali mi o umieraniu Andrzeja w ich podwarszawskim domu. Byłem tam, widziałem pokój, w którym mieszkał aż do śmierci, specjalnie przystosowaną dla poruszającego się człowieka na wózku łazienkę. Rozmawiałem z Igą Cembrzyńską, wdową po Andrzeju. Patrzę więc na ten film chyba nieco inaczej niż pozostali widzowie – z wyjątkowym wzruszeniem.

Kobieta: Nigdy nie poznałam osobiście żadnego z braci Kondratiuków, ale mnie również ten film bardzo poruszył i wzruszył. Śmierć tych, którzy są nam bliscy, to jedno z najtrudniejszych doświadczeń w naszym życiu. I chociaż – jak lubił powtarzać śp. ks. Jan Kaczkowski – „Wszyscy zdiagnozowani jesteśmy na śmierć. I w tej diagnozie nie może być pomyłki”, to jednak śmierć bardzo często napawa nas lękiem, a odchodzenie tych, których kochamy, przeżywamy jako dramat, a nawet tragedię. Janusz Kondratiuk opowiedział o odchodzeniu brata w sposób boleśnie szczery, ale też czuły – w tym wyjątkowym filmie nie ma ani sentymentalizmu, ani krzty ekshibicjonizmu.

Ksiądz: Film Janusza w żadnym razie nie jest łatwym wyciskaczem łez, to film śmieszny i tragiczny – tu łzom towarzyszy śmiech.

Kobieta: Ten śmiech w tak ciężkiej sytuacji, w jakiej znajdują się bohaterowie filmu, nie jest na pewno oczywisty, ale jest niezbędny – pozwala przetrwać, nierzadko pomaga się spotkać, a nam, widzom, pozwala nie uciec z kina. Bo przecież „Jak pies z kotem” to również niełatwa opowieść o bezwzględności choroby, o trudnej fizjologii i zależności chorego w tym wymiarze od innych, co on sam odbiera jako naruszenie swojej autonomii, a nawet rodzaj degradacji. Ten element choroby pokazano tu bez uników, z odważną szczerością, ale też z szacunkiem dla człowieka, którego zdradza własne ciało.

Ksiądz: Schorowany Andrzej doznaje wylewu krwi do mózgu. Lekarze nie dają nadziei, choroba będzie postępować: będą chwile normalności, ale też odloty w inny czas i przestrzeń, będą wybuchy gniewu i chwile uspokojenia. – Będzie tylko gorzej – mówi młoda lekarka. I dodaje, żeby nie brać sobie niektórych słów chorego do serca.

Kobieta: Janusz Kondratiuk opowiedział o odchodzeniu brata w sposób boleśnie szczery, ale też czuły – w tym wyjątkowym filmie nie ma ani sentymentalizmu, ani krzty ekshibicjonizmu

Janusz z Beatą postanawiają zabrać Andrzeja do siebie. W końcu trafia do nich także kompletnie zagubiona Iga, która sama nie jest w stanie zaopiekować się mężem, ale jest przy nim pełna czułej miłości. Codzienną opiekę nad Andrzejem biorą na siebie Janusz, Beata i jej syn. Remontują łazienkę, tak żeby można było go kąpać, kupują specjalne łóżko i profesjonalny wózek. Janusz, dźwigając brata, uszkadza sobie kręgosłup i musi przejść ciężką operację. W filmie zasygnalizowano to zaledwie epizodycznie, z charakterystycznym dla Janusza dystansem i uśmiechem.

Kobieta: Jestem pełna podziwu dla delikatności i empatii, z jakimi Janusz Kondratiuk pokazał czułą relację swojego brata i jego żony – Igi Cembrzyńskiej, a także jej zagubienie w codziennym życiu i swoistą bezbronność. Tu widać nie tylko kunszt artysty, ale niezwykłą wrażliwość i klasę człowieka.

Ksiądz: Scena, w której niezrównana, grająca Igę, Aleksandra Konieczna ogląda na monitorze komputera nagranie z młodziutką Igą Cembrzyńską śpiewającą na festiwalu w Opolu „Bo ja mam swój intymny, mały świat”, podchwytuje słowa piosenki i zaczyna śpiewać – powala, trudno powstrzymać łzy. Iga Cembrzyńska wychodzi z filmu – również dzięki kreacji Koniecznej – zwycięsko. Widz, przynajmniej ja, pokochał ją bez reszty.

Kobieta: Aktorzy grający w „Jak pies z kotem” to kolejny atut tego filmu – bez kunsztu wspomnianej już przez Ciebie, Andrzeju, Aleksandry Koniecznej, Olgierda Łukaszewicza w roli Andrzeja Kondratiuka, Roberta Więckiewicza w roli Janusza oraz Bożeny Stachury, która zagrała żonę Janusza – Beatę, film na pewno nie byłby tak wiarygodny i przejmujący.

Ksiądz: Przyznam Ci się, Kasiu, że Olgierd Łukaszewicz początkowo jakoś nie pasował mi do tej roli, jednak po obejrzeniu filmu zrozumiałem swoją pomyłkę. To wielki aktor, twórca, a nie odtwórca. Już nie raz umierał na ekranie, ale w tym filmie pokazał odchodzenie – jakkolwiek dziwnie to może zabrzmi – perfekcyjnie, zarówno jego wymiar fizjologiczny, jak i duchowy. Bardzo trudne zadanie miał Robert Więckiewicz – grał przecież reżysera, który siedział za kamerą. Aktor opowiadał, że praca nad filmem to było doświadczenie wręcz katartyczne – film kręcono w domu, w którym kilka miesięcy wcześniej przenoszona na ekran opowieść się działa. Wszystko tam przypominało historię braci Kondratiuków – przedmioty i zdjęcia na ścianach, w tym ich rodziców.

Kobieta: Cichą bohaterką „Jak pies z kotem” jest Beata, żona Janusza, która z oddaniem opiekowała się Andrzejem, wykonując wszystkie trudne czynności pielęgnacyjne z cierpliwością, delikatnością i szacunkiem, czego chory na pewno jej nie ułatwiał. Każdy chciałby być tak pielęgnowany w chorobie – Beata to ideał pielęgniarki.

Ksiądz: Ten film to także hołd Janusza złożony żonie, która w pewnym momencie, gdy Janusz musiał przejść operację kręgosłupa, wzięła wszystko na siebie. To również opowieść o sensie i bezsensie cierpienia. – Gdy ktoś ci powie, że cierpienie uszlachetnia, weź znajdź jakiś pejcz i go wysmagaj porządnie w moim imieniu – mówi Andrzej do brata.

Rozmawiali: Katarzyna Jabłońska i ks. Andrzej Luter

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, zima 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

Więź, zima 2018