Francuzi upomnieli się o trzeci człon dewizy Republiki: braterstwo. Chcą żyć, nie przeżyć.

W ruchu francuskich „żółtych kamizelek” każdy może znaleźć coś, co potwierdzi jej bądź jego własne przekonania. A jeśli nie znajdzie – może wymyślić. Tak zrobił choćby prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump, który – zgodnie ze swoim osobliwym zwyczajem i znaną skromnością – zakomunikował na Twitterze, że protestujący skandowali „Chcemy Trumpa!”. Wciąż trwają poszukiwania świadków tej sceny… Z drugiej strony, kto mógłby całkowicie zdementować słowa amerykańskiego prezydenta?

To prowadzi nas do pierwszej, a prawdopodobnie najważniejszej cechy ruchu „żółtych kamizelek”: świadomego odrzucenia jakiejkolwiek formy reprezentacji. Ci, którzy ośmieli się wyjść przed szereg i mianować się „delegatami”, nawet z poparciem pewnej liczby sympatyków na Facebooku, dziś dostają pogróżki ze strony innych protestujących. To samo dotyczy list postulatów, których jest wiele i często są ze sobą sprzeczne. Czy zatem należy sprowadzić cały ruch do karnawałowego buntu, dla którego nie może istnieć żadna satysfakcjonująca odpowiedź? Czy po jeszcze kilku epizodach spuszczania gniewu na ulicy ludzie się zmęczą i rozejdą do domów jak gdyby nigdy nic?

Dlaczego protesty wybuchły dopiero teraz?

Uprzedziwszy o trudnościach związanych z pojmowaniem tak rozproszonego i wielokształtnego ruchu, zaryzykowałbym jednak tezę, że protest „żółtych kamizelek” jest czymś więcej niż karnawałem i zwraca uwagę na realne problemy, które skądinąd nie ograniczają się do Francji. To dlatego symbol żółtych kamizelek pojawia się także w Belgii, w Niemczech, w Bułgarii, a nawet w Polsce, choć jeszcze w dużo mniejszej skali.

Przypomnijmy, że kroplą, która przelała czarę goryczy i doprowadziła do pierwszej fali demonstracji 17 listopada, był wzrost cen paliw z perspektywą dalszej podwyżki w następnym roku po corocznej aktualizacji „komponentu dwutlenku węgla” w cenach nośników energetycznych. Wprowadzony w 2014 roku system polega na tym, że paliwa kopalne bogate w dwutlenek węgla stają się z każdym rokiem droższe dla konsumentów, aby zachęcić ich do zmiany samochodu lub instalacji grzewczej na bardziej efektywne, a zatem bardziej oszczędne. Choć na krótką metę taki podatek faktycznie wytwarza dodatkowe dochody dla budżetu, jego nadrzędnym celem jest jednak zmniejszenie emisji dwutlenku węgla i przeciwdziałanie zmianom klimatycznym, bo – jak wskazuje sama jego konstrukcja – podatek będzie coraz mniej dochodowy z powodu rozpowszechniania się urządzeń niskoemisyjnych.

Nawet jeśli większość społeczeństwa sympatyzuje z „żółtymi kamizelkami”, jest chyba jednocześnie świadoma braku narzędzi organizacyjnych tego ruchu i zdolności do rządzenia krajem

Do tego roku podatek nie budził wielu kontrowersji, między innymi dlatego że jego koszt był do pewnego stopnia kompensowany przez równoczesny spadek światowych cen ropy naftowej. W ostatnich miesiącach natomiast ceny te się odbiły i czyniły „komponent dwutlenku węgla” bardziej widocznym na licznikach stacji benzynowych. Tylko z powodu ekologicznego podatku ceny miały drożeć od 1 stycznia 2019 roku o 2,9 centa (12 groszy) dla benzyny i o 6,5 centa (28 groszy) dla oleju napędowego. Przez wiele lat paliwo do silników Diesla było bowiem we Francji niżej opodatkowane (uważano tę technologię za bardziej ekonomiczną i promowano ją wśród kierowców). Dopiero niedawno władze francuskie zaczęły się przejmować szkodliwym wpływym Diesla na zdrowie i potraktowały go na równi z technologią benzynową.

Z dala od ekstremów – istota ruchu „żółtych kamizelek”

Pierwsze wyjście „żółtych kamizelek” rzeczywiście zrobiło wrażenie, tym bardziej, że zostało mocno wyeksponowane przez media pokazujące całą Francję na żółto – ale ostatecznie, z niecałymi 300 tys. uczestników i 2 tys. blokad, było daleko do paraliżu kraju. To wzmocniło determinację rządu, by nie ustępować. Odrzucił też propozycje mediacji ze strony związków zawodowych i innych partii politycznych, które same nie miały posłuchu protestujących, a więc miały niewiele do zaoferowania.

Kolejne dwie duże demonstracje (poza weekendowymi zgromadzeniami, niektóre blokady trwają cały czas w formie obozowisk) przyciągnęły mniej ludzi, za to poziom agresji i przemocy był znacznie wyższy. Z powodów logistycznych zagraniczni dziennikarze relacjonowali przede wszystkim zniszczenia zabytków i starcia z policją w Paryżu, ale poza stolicą doszło do nie mniej drastycznych, a być może bardziej symbolicznych gestów, jak na przykład spalenie siedziby prefektury (urząd wojewódzki) w Puy-en-Velay.

Przerażony premier Édouard Philippe odpowiedział wtedy, że „żaden podatek nie jest na tyle ważny, by zaryzykować jedność narodu” i ogłosił sześciomiesięczną „przerwę” w podwyższaniu różnych podatków, w tym na paliwa. Tymczasem ruch „żółtych kamizelek” nabrał już tyle rozpędu, że nie poprzestał na pierwotnym punkcie spornym. Zaczęły się też pojawiać inne protesty, na przykład licealistów i studentów niezadowolonych z reformy matury i podwyżek czesnego. Z „żółtymi kamizelkami” wprawdzie nie mają dużo wspólnego, ale najzwyczajniej wykorzystują okazję, by zmusić osłabione władze do podjęcia kroku wstecz w innych dziedzinach. Zostawmy jednak ten wątek na boku, ponieważ do tej pory młodzież i „żółte kamizelki” nie realizowali „konwergencji walk” – wymarzonej przez niektóre lewicowe związki zawodowe i ugrupowania polityczne.

Aby trzymać się jak najbliżej istoty ruchu „żółtych kamizelek”, winniśmy także z tego krajobrazu impresjonistycznego usunąć właśnie komunistów, rewolucjonistów i wszelkiej maści ekstremistów, również z prawicy. Choć bez wątpienia znalazły się osoby o takich poglądach na demonstracjach, to nie one nadały im ton. To samo dotyczy tak zwanych kaserów, czyli chuliganów, którzy wykorzystują każdą okazję, żeby rozrabiać, czy to na meczu, czy na proteście.

Przeżycie zamiast życia

Pierwsze obserwacje socjologiczne wykazują bowiem, że posiadacze „żółtych kamizelek” to najczęściej osoby pracujące lub na emeryturze, w wieku powyżej 35 lat i wcześniej nieangażowane ani w działalność polityczną, ani związkową. Nie są na samym dole drabiny zarobkowej, natomiast dużą część dochodu muszą przeznaczyć na tak zwane obowiązkowe wydatki typu czynsz, paliwa, żywność, podatki. Mimo stałego realnego wzrostu wynagrodzeń we Francji (przynajmniej w statystykach), odnoszą wrażenie, że stać ich na coraz mniej. Często można usłyszeć, że życie, to dla nich bardziej „przeżycie”. Przyjemności uważane za „normalne” – wizyta u fryzjera, kupowanie świątecznych prezentów dla dzieci, wyjazdy na wakacje, jedzenie od czasu do czasu w restauracji – stają się coraz trudniej dostępne.

Grupa ta jest zawodowo różnicowana – łączy wszystkich, od urzędników lokalnych po drobnych przedsiębiorców. Wbrew uproszczeniom krążącym w niektórych mediach, nie zawsze osoby te mieszkają na wsi, ale zazwyczaj muszą jeździć samochodem – choćby dlatego, że zamknięto blisko położoną szkołę, albo ich praca (np. pielęgniarki) wymaga objeżdżania podopiecznych. Nie są przeciwko ekologii, podatkom lub usługom publicznym, mają jednak wrażenie, że dostają od państwa coraz mniej, podczas gdy jednocześnie mu płacą coraz więcej. Czują też, że ciężar podatkowy nie jest rozłożony sprawiedliwie – czego wynika popularność postulatu przywrócenia tzw. solidarnościowego podatku od fortun, czyli od majątków o wartości powyżej 1,3 miliona euro.

To ostatnie narzędzie z ekonomicznego punktu widzenia zawsze było słabe, ale nawet nie z powodu ucieczki z kraju bogatych podatników – takie przypadki jak Gérarda Depardieu były medialne, ale bardzo nieliczne. Problem w tym, że podatek funkcjonował na zasadzie samodeklaracji i miał dużo wyjątków, wskutek tego przynosił nie więcej niż 6 miliardów euro rocznie. Dla porównania, budżet samego państwa to prawie 400 miliardów euro. Niemniej miał dużą wartość symboliczną, a przed prezydenturą Emmanuela Macron wszelkie próby jego wycofania skończyły się porażką. Do niedawna obecnemu lokatorowi Pałacu Elizejskiego wydawało się, że przezwyciężył tę klątwę, ale ostatecznie Francuzi upomnieli się o trzeci człon dewizy Republiki, czyli braterstwo.

Los Macrona i los Francji

Czy Macronowi grozi ten sam los, który zaowocował powstaniem pierwszej Republiki? Na razie tego nie widać. Według sondaży, nawet jeśli większość społeczeństwa sympatyzuje z „żółtymi kamizelkami”, jest chyba jednocześnie świadoma braku narzędzi organizacyjnych tego ruchu i zdolności do rządzenia krajem. Innych wiarygodnych sił – lub nawet propozycji – też nie ma. Znaczy to tyle, że postulowane (i potrzebne) reformy dające większą sprawiedliwość podatkową, a także większą demokratyzację życia publicznego, lepiej będzie opracować i zrealizować z obecną ekipą, niż zaryzykować chaos.

Prezydent Macron może jeszcze pozyskać kredyt zaufania, ale jeśli go zmarnuje (lub zdradzi obywateli), jemu samemu i Francji grozi o wiele większe niebezpieczeństwo niż zwycięstwo Zjednoczenia Narodowego w przyszłych wyborach: niejedna rewolucja zaczęła się od buntu podatników.