Chcę krótko opisać swój rodowód. Myślę o swoim przypadku jako o przypadku właśnie: o wariancie pewnego wzoru, który obejmuje wielu innych ludzi.

W trakcie niedawnej rozmowy o Żeromskim – owszem, czasem rozmawia się na takie ekstrawaganckie tematy… – mój znajomy rzucił myśl, że i dzisiaj należy mieć świadomość swojego rodowodu (od tego zaczyna się „Przedwiośnie”). Nie chodzi tylko o genealogię, choć korzenie rodzinne oczywiście nie są bez znaczenia. Winien to być jednak rodowód (re)konstruowany, wskazanie (lub raczej: wybranie) tradycji, która sprawiła, że jesteśmy, kim jesteśmy, kim staramy się być.

Chcę zatem krótko opisać swój rodowód. Ten zamiar nie ma w sobie – może wbrew pozorom – narcyzmu. Myślę o swoim przypadku jako o przypadku właśnie: o wariancie pewnego wzoru, który obejmuje wielu innych ludzi. Nie ma co wdawać się w polityczną arytmetykę, czy jest nas większość, czy mniejszość, i który sort obywateli stanowimy. Niewątpliwie nie jest nas mało.

Rodzina mojego ojca to aż dziwacznie dokładna ilustracja tezy z głośnej kiedyś książki prof. Józefa Chałasińskiego o szlacheckiej genealogii inteligencji polskiej. Niejaki Antoni Sosnowski spod Łowicza ożenił się w końcu XVIII wieku z panną Heleną (nieznanego mi nazwiska). Spłodził z nią – być może obok innych dzieci – syna Pawła. Ów Paweł albo myślał nowocześniej niż spora część ówczesnej szlachty, albo (i raczej) majątek rodzinny przynosił skromne, jeśli w ogóle jakieś, dochody – bo w połowie następnego stulecia odnajdujemy go jako arendarza w podłowickiej karczmie (wbrew rozpowszechnionemu stereotypowi, Żydzi w tym akurat momencie dziejów mieli zakaz prowadzenia wyszynku). Syn Pawła, Kacper, studiuje w Szkole Głównej Warszawskiej, obok swoich rówieśników – pozytywistów. Kończy prawo i zostaje sędzią ziemskim. „Tygodnik Ilustrowany” odnotowuje jego śmierć w 1911 r., zaznaczając, że był ostatnim Polakiem na tym stanowisku. Jego z kolei syn współtworzy Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego, w której przez pewien czas sprawuje urząd rektora. Praprawnuk Antoniego, Witold – mój dziadek – działa w harcerstwie, jest matematykiem i zostaje zamordowany w Auschwitz.

Linia matki w tej skromnej wersji, jaką znam, zaczyna się w Galicji, gdzie, jak przypuszczam, nasi przodkowie z mozołem wydobywają się z chłopskiej biedy. Nie bez sukcesu: mój pradziadek u progu XX wieku jest kolejarzem na jakiejś stacji pod Dębicą, a może w samej Dębicy. Podczas I wojny światowej zostaje z całą rodziną ewakuowany na Słowację. Tam dziesiątkuje ich epidemia (chyba szkarlatyny). Umiera większość jego dzieci i żona. Dopiero usłyszawszy tę opowieść, zacząłem rozumieć, czemu w moim domu z dorobku romantyków wyróżniano nie „Pana Tadeusza” czy „Dziady”, ale „Ojca zadżumionych”. To była w jakimś sensie historia rodzinna.

Jednym z trojga ocalałych wtedy dzieci była moja babcia. Wkrótce uznała, że apel władz odrodzonej Polski, by nieść oświatę wśród ludu, jest skierowany także do niej. Ukończyła w Krakowie studium nauczycielskie i pojechała na Kujawy. Wyszła za kierownika wiejskiej szkoły; gdy ów we wrześniu 1939 r. poszedł na wojnę i trafił do oflagu, gdzie zmarł, została sama z córką, moją matką.

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, zima 2018.

KUP „WIĘŹ” w wersji papierowej lub elektronicznej!

Więź, zima 2018