Wraz z Kutzem ostatecznie odchodzi w przeszłość najważniejsza formacja naszego kina – polska szkoła filmowa.

W różnych wypowiedziach pośmiertnych, poświęconych teraz Kazimierzowi Kutzowi, najczęściej powraca motyw Górnego Śląska, któremu to właśnie on dał najmocniejszy artystyczny wyraz. To prawda, Kutz w swojej niepowtarzalnej serii filmów, od „Soli ziemi czarnej” do „Zawróconego”, wykreował całkowicie własny, ale i wierny desygnatowi wizerunek małej ojczyzny, po czym na trwałe narzucił go Polakom. Trudno w naszej dwudziestowiecznej sztuce znaleźć drugi przykład podobnej skuteczności w mityzacji własnego regionu. Ale w przypadku tej niepospolitej osobowości określeń takich jak „piewca Śląska”, charakteryzujących niepowtarzalność człowieka, narzuca się jeszcze kilka, o ile nie kilkanaście.

Wraz z Kutzem ostatecznie odchodzi w przeszłość najważniejsza formacja naszego kina – polska szkoła filmowa. Owszem, jest jeszcze wśród nas jej senior, wspaniały pisarz i scenarzysta Józef Hen oraz znakomity operator Jerzy Wójcik – obaj zresztą w okresie Szkoły blisko ze zmarłym wczoraj twórcą współpracujący, ale Kutz był ostatnim z jej żyjących reżyserów. Współtworzył tę formację od początku do końca – był przecież ważną postacią w ekipie „Pokolenia” Andrzeja Wajdy, od którego zwykło się ją wywodzić, a czterdzieści lat później jego „Śmierć jak kromka chleba” wyznaczała jej symboliczne zamknięcie.

Wcześnie zorientowawszy się, że w tej inteligenckiej formacji jest jedynym twórcą plebejskiego pochodzenia, Kutz pielęgnował w sobie tę genetyczną odrębność i szybko zdołał uczynić z niej siłę. Jej wyznacznikiem nie był wcale wybór tematów; spośród jego „szkołopolskich” filmów chyba tylko pierwsza nowela „Krzyża Walecznych” miała za bohatera plebejusza. Wyrazem plebejskości była raczej ludowo-karnawałowa wywrotowość, której ślad zostawiał w całej swojej działalności. W jego wczesnej filmografii są jeszcze co najmniej dwa tytuły, które wywracały do góry nogami estetykę tamtego czasu i pozostały ważnymi punktami orientacyjnymi w historii naszego kina. Jeden z nich to „Nikt nie woła”, prekursorski wobec nowofalowych przemian; drugi – „Ktokolwiek wie…” – wyprzedzający o dekadę kino moralnego niepokoju.

Potrafił łączyć jędrną dosadność ze wspaniałym wyczuciem polszczyzny, brutalność z delikatnością, egotyzm ze społecznikostwem

Już sam dobór tytułów filmów podważa stereotypowe wyobrażenie „artysty z ludu”. Cóż to za plebejusz o tak wyrafinowanych stylistycznych skłonnościach?! Ta właśnie sprzeczność w znacznym stopniu określała osobowościową niepowtarzalność Kutza. Widoczna była w twórczości i w jego jedynym w swoim rodzaju sposobie bycia. Potrafił łączyć jędrną dosadność ze wspaniałym wyczuciem polszczyzny, brutalność z delikatnością, egotyzm ze społecznikostwem.

W ekipie Szkoły Polskiej pozostawał – poza Konwickim – reżyserem o najmocniejszych skłonnościach literackich. Późnym rezultatem literackiego talentu była debiutancka powieść Kutza (debiut po osiemdziesiątce!) „Piąta strona świata”. A na początku, któż inny wymyśliłby ten sławny koncept, na którym oparła się estetyka „Nikt nie woła”: by kluczem do przedstawienia miłości rodzącej się między niewinnymi dwudziestolatkami, rzuconymi do powojennego miasteczka na Ziemiach Zachodnich, uczynić teorię „krystalizacji uczuć” zapamiętaną z eseju Stendhala!

Albo inny przykład podobnej sprzeczności: Na początku lat 70. mówiono przez chwilę w środowisku, że objęcie przezeń kierownictwa ulokowanego w Katowicach Zespołu „Silesia” jest wyrazem politycznego koniunkturalizmu. Tymczasem to dzięki producenckiej odwadze i zarazem smakowi artystycznemu Kutza powstały wtedy w „Silesii” tak wywrotowe i niezwykłe filmy, jak „Na wylot” Królikiewicza i „Sanatorium pod Klepsydrą” Hasa.

To przypomnienie prowadzi nas do jeszcze jednej formy działalności, w jakiej Kutz wyżywał się w ostatniej fazie życia: do polityki – prowadził przecież w Katowicach Biuro Poselskie, potem był wicemarszałkiem Senatu – wreszcie do mocno upolitycznionej publicystyki.

Niemal do ostatnich dni życia ciągnął swój wieloletni cykl felietonów, publikowanych w katowickiej edycji „Gazety Wyborczej” pod kutzowskim tytułem „Moje fizymatenta”. Te ostre, pisane z pasją teksty, określał jako swoje coniedzielne kazania dla wiernych ziomków. Kto będzie je teraz za niego wygłaszał?