Najlepszą „reklamą” Bożego Narodzenia będą ludzie, którzy nim żyją.

Przy jednym z kościołów w Zielonej Górze zobaczyłem wielki billboard z napisem: „Co to za urodziny bez jubilata? Zaproś Jezusa na Boże Narodzenie”. Skąd wziął się pomysł takiej akcji? Czy to znaczy, że można sobie wyobrazić świętowanie Bożego Narodzenia bez Bożego Narodzenia? Ano można. Sąd administracyjny departamentu Herault we Francji nakazał władzom miasta Beziers usunięcie w ciągu 48 godzin szopki bożonarodzeniowej z merostwa. Jej obecność w budynku samorządowym narusza bowiem rozdział państwa i Kościoła. Na ten sam argument powołała się część radnych miasta stołecznego Warszawy, którzy zaprotestowali przeciwko elementom religijnym na świątecznym spotkaniu w magistracie. Ostatecznie – jak donoszą media – na stole pojawił się Dziadek Mróz, dobrze znany z czasów – jakby się wydawało – minionych.

Świętowanie Bożego Narodzenia wciąż pozostało obecne w wymiarze ogólnospołecznym, choć jego motyw – narodzenie Jezusa w Betlejem – odgrywa coraz mniejsze znaczenie. Jedni o Nim zapominają, inni świadomie odrzucają. Jeszcze innym myli się Pan Jezus z mało świętym Mikołajem czy Dziadkiem Mrozem. Boże Narodzenie bez narodzenia Jezusa jest faktem.

Dwa kalendarze w jednym

Kalendarz świąt i dni wolnych to pierwotnie kalendarz religijny, którego rytm wyznaczał rok liturgiczny z dwoma punktami kulminacyjnymi: Bożym Narodzeniem i Wielkanocą. Święta o charakterze społecznym, narodowym, patriotycznym przyszły później. Dopóki społeczeństwa w swej ogromnej większości były religijne, dopóty nikt nie kwestionował nie tylko religijnej genezy, ale i samej religijnej treści świąt. Chodziło w nich o Boga, a dokładnie o Jezusa: Jego narodziny i Jego zmartwychwstanie.

Odejście w przeszłość świata, który wytworzył się w średniowieczu – owej christanitas łączącej Kościół i świat w jedno – skutkuje kulturową schizofrenią: święta wciąż figurują zarówno w kalendarzu świeckim, jak i kościelnym, mimo że społeczeństwo przestało już być religijnym monolitem. W ten sposób dochodzimy do paradoksu. Chociaż coraz więcej w społeczeństwie osób niewierzących czy dystansujących się od religii, to właśnie religijny kalendarz wciąż wyznacza im roczny rytm świętowania.

Nie wszyscy niewierzący zupełnie odrzucają religijny charakter świąt. Jedni go akceptują na poziomie kulturowym, inni w wymiarze patriotycznym. Nie chodzi już tyle o samą tajemnicę Bożego Narodzenia, ile o pewną obrzędowość, która jednak coraz bardziej traci związek ze swoją religijną genezą. Wigilia Bożego Narodzenia jest już tylko Wigilią, choinka nie przypomina rajskiego drzewa, na którym zrodziło się zło, a opłatek traci swe eucharystyczne odniesienie. A jakie ma znaczenie pierwsza gwiazda, która stała się Gwiazdką, będącą dla wielu zamiennikiem Bożego Narodzenia?

Jak się wydaje, coraz mniejsze znaczenie ma także wymiar patriotyczny. Do wielu – mimo świętowania stulecia Niepodległej – coraz mniej przemawiają „polskie wigilie” czasów zaborów czy okupacji. Były czymś koniecznym w tamtych czasach, dzisiaj stają się dla licznych osób zbędne. Nie dla wszystkich religia jest koniecznym nośnikiem tradycji patriotycznych. Powiedzmy sobie szczerze: obecna sytuacja polityczna w Polsce sprawia, że według wielu im mniej religii, Kościoła, księży, modlitwy w przeżywaniu świąt Bożego Narodzenia – tym lepiej.

Morderca Jezusa

Niechęć do Kościoła nakłada się na laicki światopogląd tak dalece, że odrzuca się nawet śpiewanie zbyt religijnych kolęd na rzecz zupełnie neutralnych piosenek christmasowych, które nie wspominają o Bożym Narodzeniu, skupiając się na – jak to się mówi – „magii świąt”. W konsekwencji świętowanie musi nabrać nowych znaczeń. Na tzw. miejskiej wigilii w Zielonej Górze w pewnym momencie wywołano – jak to usłyszałem – najważniejszego gościa: Mikołaja. I wszedł na scenę krasnal w czerwonym kubraku. Ho, ho, ho! – zabrzmiało świątecznie.

Chociaż coraz więcej w społeczeństwie osób niewierzących czy dystansujących się od religii, to właśnie religijny kalendarz wciąż wyznacza im roczny rytm świętowania

Znamienne jest to przejmowanie przez święta Bożego Narodzenia mikołajkowej stylistyki estetycznej oraz terminologii. Jak wiadomo, tzw. Mikołaj wymyślony przez Huddona Sundbloma w roku 1931, a rozpropagowany dzięki reklamom Coca Coli, już dawno oderwał się do swojego świętego pierwowzoru. Ten jowialny staruszek z białą brodą w niczym nie przypomina św. Mikołaja, biskupa Miry. Trudno ich podejrzewać nawet o dalekie pokrewieństwo. Ale to on zdominował i zagarnął święta. Znamienny jest tutaj plakat autorstwa Darrena Cullena, na którym Mikołaj wyznaje „I killed Jesus”. Dzisiaj za najbardziej „bożonarodzeniowy” strój uchodzi czerwony szlafrok z białymi kudłatymi dodatkami. Wszystko, dosłownie wszystko, może dzisiaj nabrać charakteru świątecznego, jeśli tylko wpisze się w tę stylistykę. Nawet nie do końca ubrane tzw. śnieżynki, które towarzyszą kulturowemu mordercy Dzieciątka Jezus – których trudno szukać w Biblii – są świąteczne, o ile mają stosowne, kolorowe dodatki.

Skoro nie ma Pana Jezusa, nie ma narodzin, nie ma Betlejem i nie ma Pasterki – trzeba zaproponować jakieś nowe formy świętowania. Spędzanie Bożego Narodzenia poza domem, w kurortach, na nartach czy na wczasach all inclusive nad ciepłymi morzami jest coraz bardziej popularne. Ale pojawiają się także propozycje dla tych, którzy pozostają w domu. Będąc kilka dni temu w niemieckim Cottbus, znalazłem reklamę „Xmas Party”, które startuje 24.12. o godz. 23.59, a więc dokładnie w godzinę Pasterki. Party reklamuje pani – a jakże – w mikołajkowym szlafroczku.

Boże Narodzenie zaczyna się z Bogiem

„Reklamowanie” prawdziwego Bożego Narodzenia wydaje się coraz bardziej konieczne. Zobaczmy, jak to robią w Anglii przez międzywyznaniową inicjatywę ChurchAds.net.

Na plakacie przygotowanym w roku 2003 wykorzystano obraz holenderskiego malarza Van Honthorsta ukazujący typową scenę z betlejemskiej szopki: Józef, Maryja, pasterze i bydło pochylają się nad dzieckiem złożonym na sianie. W żłóbku nie leży jednak Jezus w pieluszkach, ale dziecko ubrane w komercyjny strój Mikołaja: czerwony kubraczek i czerwoną czapeczkę z białym pomponem. Slogan na plakacie zachęcał: „Go on, ask him for something this Christmas” (Podejdź, poproś go o coś w to Boże Narodzenie). Przedstawiając plakat, ks. T. Ambrose z agencji reklamowej powiedział: „Celem plakatu jest przeciwdziałanie materializacji Bożego Narodzenia w sposób świeży i będący wyzwaniem. Największym darem Bożego Narodzenia dla wszystkich czasów jest obecność Syna Bożego”. Komentując kampanię, napisano w gazecie „The Guardian”, iż dla wielu odbiorców jest to kampania szokująca i może wywołać nawet więcej kontrowersji niż kontrowersyjna kampania z roku 1999, w której wykorzystano postać Che Guevary w połączeniu z Jezusem. Uderza ona bowiem bezpośrednio w pełzającą komercjalizację świąt Bożego Narodzenia, a więc w religię nowoczesności.

W roku 2010 przygotowano plakat pt. „Ultrasound Jesus”, który jest stylizowany na zdjęcie ultrasonograficzne pokazujące ukształtowane już dziecko w łonie matki. Dziecko to różni się jednak od wszystkich innych, gdyż nad głową ma aureolę. Przesłanie wzmocnione jest sloganem: „He’s on His Way: Christmas starts with Christ”. Punktem wyjścia do podjęcia takiej inicjatywy były badania, według których 85 proc. Brytyjczyków jest przekonanych, iż angielska nazwa Christmas jest właściwa na określenie natury świąt Bożego Narodzenia („Christmas should be called Christmas because we are still a Christian country”). Jednocześnie badania pokazały, iż jedynie 12 proc. chrześcijan zna historię narodzenia Jezusa. Z kolei w 2009 roku wykorzystano plakat ukazujący narodzenie Jezusa na przystanku autobusowym, któremu towarzyszył napis: „Christmas starts with Christ”.

Na plakacie, który widziałem w Zielonej Górze, odnajdujemy ten sam pomysł: przypominanie, że Boże Narodzenie związane jest wprost z narodzeniem Boga. Bezreligijne świętowanie tego wydarzenia to jak urodziny pod nieobecność jubilata. Dodajmy: nieobecność zamierzoną.

Czy rzeczywiście w Polsce trzeba już o tym przypominać? Myślę, że ogromna większość społeczeństwa (wszyscy?) wciąż jednak wie, jaka jest religijna geneza i treść tych świąt. Coraz więcej jednak ten religijny aspekt świąt odrzuca albo – najwyżej – akceptuje w wersji light and soft, w stylistyce mikołajkowej, która pozwala zachować „magię świąt” bez konieczności wkraczania w ich religijne misterium.

Opłatki bez opłatka

Desemantyzacja Bożego Narodzenia w kulturze postępuje, co jest faktem bezspornym. Co więc robić? W dyskusji publicznej pojawiają się bardzo krytyczne głosy wobec tych, którzy propagują bezreligijne Boże Narodzenie: korporacyjne „opłatki” bez opłatka, wigilie bez wspominania o Jezusie, spotkania świąteczne bez kolęd. Pojawia się zarzut kradzieży czy przywłaszczenia sobie świąt i ich zakłamania. Ale są też głosy przeciwne. Że przecież świętować można w różny sposób, że trzeba być tolerancyjnym, że nie wolno nikomu narzucać religijnej pobożności itd. Że Bóg może i tak przemówić. Ano może. Co człowiek, to opinia.

Odżegnywanie od czci i wiary tych, którzy świętują Boże Narodzenie bez Bożego narodzenia, nie jest nazbyt chrześcijańską postawą

Nie wydaje mi się, żeby można było przyjąć jakieś jedno, „oficjalne” stanowisko w tej kwestii. Odżegnywanie od czci i wiary tych, którzy świętują Boże Narodzenie bez Bożego narodzenia, nie jest nazbyt chrześcijańską postawą. Ten hejt na niereligijne świętowanie ze strony pobożnych jest kompletnie nieewangeliczny. Z drugiej jednak strony, rozumiem, że usilne próby przekonywania, iż świętowanie Bożego Narodzenie bez narodzenia Jezusa jest równie fajne jak świętowanie „po kościelnemu”, są dla wielu wierzących po prostu irytujące.

Przyznam, że sam nie wiem, jak bym świętował święto o religijnym pochodzeniu, w które – mówiąc krótko – bym nie wierzył. Zaaprobowanie obrzędowości i form kulturowych mogłoby być odczytane jako świętowanie religijne, przyznanie się do określonej wiary. Ale czy trzeba być wierzącym Żydem, by zapalić świece chanukowe? Czy – z drugiej strony – zapalając świece chanukowe, stajemy się automatycznie wyznawcami religii mojżeszowej? Czy przełamanie się opłatkiem z osobą niewierzącą jest gwałtem zadanym jej wolności religijnej? Ja mogę to odbierać jako gest religijny, ona – jako zwyczajowy, kulturowy, towarzyski nawet. A co zrobić, gdy jest „ortodoksyjnie niewierząca” i nie akceptuje żadnych symboli o religijnym pochodzeniu, choć treści religijnej mają już one w sobie niekoniecznie wiele? Nie wiem.

Hodowanie Mikołaja

Jak zrobić, by nikt się nie czuł przymuszony – ja do wyrzekania się swej świątecznej religijności, a druga osoba – do jej przejmowania i wyznawania? Jedno jest pewne – póki co nie da się wypracować osobnego rytmu świętowania dla wierzących i osobnego dla niewierzących. Rytm świąt jest „spadkiem” po świecie chrześcijańskim, w którym wszyscy: wierzący i niewierzący razem żyjemy. Najważniejsze jest, by dla nas chrześcijan nie stał się martwym dziedzictwem. I żeby nie wykorzystywać religijnych świąt przeciw komukolwiek, wszak Boże Narodzenie przynosi „pokój ludziom, w których [Bóg] ma upodobanie”. A czy są tacy, w których nie ma? Ma nawet w tych, co reaktywują Dziadka Mroza (nawet bez ich chęci i wiedzy).

Czy przypominać o religijnym sensie tych świąt? Myślę, że tak, ale pewno najlepszą „reklamą” Bożego Narodzenia będą ludzie, którzy nim żyją. Oni są najbardziej przekonujący. Nie umierałbym także za przewłaszczoną przez świat choinkę, a już na pewno za jowialnego staruszka, który podszywa się pod świętego. Czy walczyć z nim za wszelką cenę? Ks. Janusz St. Pasierb cytuje Aleksandra Brücknera, który – analizując średniowieczne polskie kazania – doszedł do wniosku, że – paradoksalnie – nazbyt gorliwe krytykowanie obcych zwyczajów przez kaznodziejów przyczyniało się do ich wprowadzania i utrwalania. „Już wtedy sprawdziła się na kaznodziejstwie polskim przestroga, że zbyt namiętne zwalczanie ostatecznie utrwala i ocala od zapomnienia to, co zwalczane”. Żebyśmy sobie sami tego Mikołaja z reklamy Coca Coli nie wyhodowali.